Выбрать главу

Portellito (porcik) – trudno o bardziej mylącą nazwę. Kiedyś rzeczywiście była to niewielka osada rybacka oddalona od Florentyny o wiele dni marszu lub dwie doby intensywnej wspinaczki. Choć w prostej linii brzeg morza i metropolia nie leżały dalej od siebie niż trzydzieści mill, imponującą barierę tworzył masyw Gaju Florentyńskiego, stosunkowo łagodny od strony stolicy, ale od morza spadający półtora millowym urwiskiem na szeroki taras nadbrzeżnej niziny. Ongiś był to szaniec nie do przebycia i morskimi wrotami Florentyny musiała być oddalona o 100 mi Lidona. Obecnie pneumatyczna kolej tunelowa przebywa ten dystans w quartinę, a pędnik poruszający się starszym systemem wiaduktów i serpentyn potrzebuje około dwóch hor. Natomiast dzięki dźwigom i podziemnym śluzowniom możliwy jest transport całkiem sporych barek z morza w dolinę rzeki Zielonej. Toteż senne Portellito przeobraziło się w supernowoczesne centrum mercuralne. Stocznie, doki, lotniska (w znacznej części zajmujące tereny osuszonych polderów) tworzą dziś największy węzeł komunikacyjny Innej.

Leontias wysiadł na stacji "Doki III", tam wynajął małą, motorową łódź (omnivant nazbyt rzucałby się w oczy) i zapuścił się w labirynt wodnych kanałów pomiędzy dźwigi, elewatory, magazyny niejasnego przeznaczenia, suche doki, remontownie, siłownie otaczające wąskie dukty wodne na podobieństwo fantastycznych ścian kanionów. Magazyny ogni greckich leżały w zachodniej części labiryntu w dużej mierze wyglądającej na opuszczoną. Wszędy trwało wyburzanie starych silosów pod nowe nadbrzeże. Leo w słonecznym kapeluszu i kubraku pracownika doków przepłynął obok ceglastych hal z powybijanymi szybami, robiących wrażenie odludnych. Chociaż…W momencie w którym mijał zakręt, zauważył błysk na dachu opuszczonego terminalu po przeciwnej stronie kanału. Mógł oczywiście blikować odprysk szkła, ale doświadczenie zawodowca podpowiadało mu, że takie refleksy wywołuje zachodzące słońce, gdy natrafia na optocelnik szybkostrzelnego repetera.

Dalsza obserwacja z poziomu kanału niosła ze sobą zbyt wiele ryzyka. Słowianin postanowił przyjrzeć się terenowi z lotu avozaura. Idealnym do tego celu wydawał się pozbawiony obsługi dźwig górujący nad całą okolicą. Za następnym zakrętem ukrył łódkę wprowadzając ją pod nieduży mostek. Dozorca budowy okazał się człowiekiem spolegliwym i pazernym na pieniądze, toteż wnet mała winda dostarczyła Leontiasa do kabiny dźwigu. Chyba nikt nie spodziewał się go od tej strony. Widok rzeczywiście był rozległy. Od latarni morskiej na przylądku Ognistym po owalny wysokościowiec Kompanii Wandalijskiej. Znacznie bliżej na szczycie starego terminalu zauważył dwie szare sylwetki niemal wtopione w stropodach. Czubek lufy wyzierał również zza komina składnicy ogni sztucznych. Bliżej w głębi zagraconego podwórka dostrzegł zaparkowanego całkiem nowego herakuliona. Nieco dłuższa obserwacja wykryła ruch również za nieszczelnymi żaluzjami przeszklonej mansardy ponad zamkniętym magazynem. Ktoś spodziewał się gości? Co gorsza, Leo nie miał żadnej pewności, czy Darni – żywy czy martwy – znajdował się w środku… Mógł tylko żywić nadzieję, że tam był. Na tym założeniu oparł swój plan działania. Wyruszając do Portellito na wszelki wypadek zajrzał w mercatorium do działu przeznaczonego dla majsterkowiczów i zakupił tam sporo interesującego sprzętu.

Nie przestając obserwować dachów otworzył swoją walizkę. Szybkimi ruchami złożył dwulufowiec dalekiego zasięgu, wyjął pudełko zdalnego sterowania…

Nadajnik uruchomił motor. Zaparkowana pod mostkiem łódka drgnęła. Nabrała rozpędu. Prując ciemną, pokrytą plamami oleju wodę kierowała się w stronę magazynu. W sterówce było dość ciemno, ale bystre oczy zawodowców musiały wypatrzyć przygarbioną sylwetkę za kołem sterowym. Na manekin sternika składało się kilka kamizelek ratunkowych, melon nadziany na bosak i charakterystyczny kapelusz. Obok do pulpitu Leo przymocował dwa repetery połączone ze sterownikiem dziecinnej kolejki. Jeszcze inna zabawka kierowała sterem. Śledząc ruchy łódki Leontias odczekał, kiedy mansarda znajdzie się w zasięgu luf automatów. I wysłał impuls… Seria z repetera skosiła żaluzje w oknie.

Modlił się, by przeciwnik dał się nabrać. Przynęta chwyciła! Odezwali się strzelcy z dachów, nagle rozszczekał się repeter ukryty w kępie drzew, dwóch innych siccarów ujawniło się w samym magazynie, jeden wychynął z bramy.

Wszyscy prażyli w kabinę łodzi. Leontias zdalnie zatrzymał silniki, lecz nadbudówka ciągle prażyła ogniem. Najemnicy musieli przypuszczać, że kierujący łódką jest nieśmiertelny. Oberwał parę kilo ołowiu, a mimo to nie zaniechał kanonady. Jednocześnie Sclavus delikatnie manewrując wysięgnikiem dźwigu, powolutku począł go przesuwać, aż ramię z doczepionym potężnym segmentem budowlanym znalazło się dokładnie nad podwórkiem z zaparkowanym pędnikiem.

Wtedy sam otworzył ogień. Strzelał pojedynczo, pneumatyk był cichy i celny. Trafiani nie wiedzieli nawet, skąd przychodzi śmierć.

Pierwsi padli wartownicy z dachu. Następnie zdmuchnął strzelca ze szczytu elewatora. Pozostali nadal koncentrowali swą uwagę na łódce. Tymczasem dwóch czy trzech najemników wypadło na podwórko. Zrywali płótno z naczepy herculiona ujawniając szybkostrzelne aviorepetery. Czyżby ich celem był dźwig? Leontias westchnął tylko i nacisnął dźwignię. Wielotonowy ładunek runął w dół, wypełniając nieomal całe podwórko. Od wstrząsu wyleciały nieliczne ocalałe szyby. Teraz ruszył sam dźwig, przejechał aż do końca szyn, tak że kabina znalazła się ponad mansardą. Leo natychmiast cisnął linę zakończoną małą kotwiczką, zahaczył ją o jakieś anteny i błyskawicznie opuścił się na stropodach. Ciężko ranny strzelec leżący obok komina chciał sięgnąć po broń. Ale Sclavus nie zwalniając biegu przygwoździł go rzuconym nożem.

Przez rozpryskujący się pod jego ciężarem świetlik wskoczył do wnętrza. Miał przed sobą amfiladę pokojów dyrektorskich. W ostatnim na miękkiej selli skrępowany jak mumia siedział dottor Darni. "Idę do ciebie!" Dottor nie odpowiadał, był zakneblowany. Na progu Słowianin potknął się o jakieś ciało. To potknięcie ocaliło mu życie. Obok głowy świsnął pocisk z króciaka. Znów Pinetta!

Krótkie przekleństwo wydarło się z pięknych ust. Libratorka nie wyglądała w tym momencie ani seksownie, ani dobrodusznie. Złożyła się do ponownego strzału. Ale Darni, lubo skrępowany, poderwał się, popchnął ją. Strzał grzmotnął w sufit. Teraz Sclavus kopniakiem wytrącił jej broń.

Stali twarzą w twarz mierząc się wzrokiem.

– Porozmawiajmy – zaproponował Leo. – Mam parę pytań na temat Ruffixa. – Zaśmiała się, odwróciła i skoczyła ku schodom przeciwpożarowym. Czyżby była pewna, że nie strzeli jej w plecy?

– Wal do niej, wal… – dopingował dottor, wypluwając knebel.

Ale Leontias, nie tracąc czasu na rozwiązywanie supłów lekarza, tylko porwał go na ramię jak zrolowany dywan i rzucił się do tylnego wyjścia. Pinetta krzycząc "On jest tutaj" zbiegała na nadbrzeże. Repetery łódki już nie strzelały. Ocaleli najemnicy gapili się na biegnącą. Jeszcze nic nie pojmowali. Wtem krzyk zamarł Pinetcie na ustach. Jak urzeczona wpatrywała się, jak płynąca z rozpędem łódka uderza w nadbrzeże, przełamuje bariery i wbija się w drewniane wrota magazynu, opatrzone napisem – "Ostrożnie z ogniem". Pierwsza eksplozja była w miarę niewielka, ale potem przyszły następne. Leontias ze swym żywym ładunkiem padł między betonowe elementy budowlane. Nad ich głowami przedwieczorny nieboskłon rozbłysnął milionami ogni greckich. A potem jakby całe niebo upadło na ziemię.

– Paru drani ma wystrzałową drogę do piekła – skomentował dottor Darni i dorzucił: – Nic się nie bój, nic im nie powiedziałem. Dopiero zamierzali mnie profesjonalnie przesłuchać.