Выбрать главу

Jak wszystkie rezydencje navigatorskie, również Castrum Goliathum ma swój "bezpieczny pokój", bunkier przekornie nazywany "Parthyjską Altaną". Do tej pory Cedrus nie używał jej do rozmów z Ursinem. Toteż Marek bardzo się zdziwił otrzymując późnym wieczorem wezwanie do tej caverny zdobionej przez pyszne reliefy ukazujące walkę smoków z Amazonkami. W rozsuwanym wejściu minął Ruffixa, który skłonił się z niezwykłym dla tego człowieka szacunkiem.

Cedrus blady, przemęczony, miał worki pod oczami, ale niewątpliwie był trzeźwy.

– Podobno wszystkie przygotowania zapięte na ostatni guzik? – zapytał.

Marek potwierdził:

– Takiej inauguracji jeszcze nie mieliśmy. Nawet kablowid ekumeński wykupił całość bezpośredniej transmisji. Rzecz bez precedensu.

– Wierzę – powiedział elekt i przeszedł do rzeczy. – Ile lat znamy się, Marku? – i kontynuował nie czekając na odpowiedź. – Prawie całe dorosłe życie. Mam nadzieję, że to wystarczy, by mieć odrobinę zaufania? Nie musisz potwierdzać, słuchaj. Doszło do mnie, że działasz na własną rękę, prowadzisz prywatne śledztwo.

– Ja… ale kto? – Przed oczyma stanęła mu twarz Ruffixa.

– Proszę o szczerość, powiedz mi, co się dzieje? Czy to ma związek z tym samobójcą z dnia wyborów… Jak mu…?

– Nazywał się Narens – rzekł Ursin. I opowiedział o wszystkim. O ich podejrzeniach związanych z tym zabójstwem. O pomyśle Druzzusa wdrożenia prywatnego śledztwa. O akcji dottora Darni i piętrzących się przeszkodach. Wreszcie o Leontiasie i jego pierwszych ruchach. Pominął jedynie ostrzeżenie Sclavusa przed wtajemniczaniem elekta. Quintus słuchał opowieści w milczeniu, parę razy jego dłonie zaciskały się nerwowo lub szukały szklanki.

– Dzielny człowiek z tego Słowianina – powiedział wreszcie. – Masz z nim stały kontakt?

– Nie. Jest bardzo ostrożny. Jego łącznik ma odezwać się do mnie wieczorem.

– Zorganizuj mi spotkanie z tym Leontiasem – powiedział impulsywnie elekt. – Jeszcze przed inauguracją.

– To przecież pojutrze.

– A zatem zobaczmy się jutro w nocy. I… Nikt nie może o tym wiedzieć. Ani Ruffix, ani Gnerus, ani nawet Druzzus… Znaczy, z Druzzusem sam porozmawiam.

– Postaram się, wodzu.

Lazaretum im. Marii i Marty na przedmieściu Viterbo należało do tych ogromnych nowoczesnych kombinatów medycznych, w których chorzy, lekarze i personel bywają tylko elementami wielkiej, nie ma co kryć, łatwo zacinającej się maszynerii. Wpół do octy dottor Darni w kitlu znalazł się w poczekalni lazaretum. Leontias podał mu salę, w której przebywał Gurus i fałszywe nazwisko, pod którym został zarejestrowany, zaś dottor już wcześniej dodzwonił się do swego kolegi, miejscowego starszego chirurga Manliusa. Ten oczekiwał go już w pokoju recepcyjnym. Po chwili mieli wszystkie dane pacjenta na wydruku.

– Chłopak będzie zdrów jak ryba – komentował Manlius – ogólne potłuczenia, silny szok, poza tym nic poważnego. Możemy go odwiedzić.

Czwarta kondygnacja składa się z rzędu izolatoriów rozmieszczonych wokół szerokiego korytarza. Przy obu końcach galerii czuwają dyżurne curatrony gotowe w każdej chwili śpieszyć pacjentom z pomocą. Obaj medycy weszli do izolatorium nr 432.

– Niemożliwe! Pół godziny temu rozmawiałem z chłopakiem – wykrzyknął Manlius, rozglądając się po pustym pomieszczaniu.

– Gdzie pacjent? – Darni dobiegł do bliższej curatrony. Ta szeroko otworzyła oczy.

– Pięć pacierzy temu zabrano chłopca na reanimację. Stwierdzono nagłe pogorszenie jego stanu.

– Kto stwierdził?

– Nie znam jej. Przedstawiła się jako dottor Claudia Dalboni. Chyba nowa, bo jej dotąd nie widziałam. Miała takie ciemne zrośnięte brwi. Towarzyszyło jej dwóch pielęgniarzy.

– Na którą salkę go zawieźli?

Curatrona przez chwilę posługiwała się menscompterem.

– Dziwne, nigdzie go nie ma… Zabieg nie został w ogóle zgłoszony, a ta… dottor Dalboni nie pracuje w naszym szpitalu.

Nogi ugięły się pod Darnim. W tym samym jednak momencie brzęknęły drzwi windy.

– Są w podziemiach, dottorze – wołała pobladła Dia, załadowali Gurusa do viviarki. Nie pozwólcie im wyjechać.

– Porwanie w naszym lazaretum?! – zdumiał się Manlius. – Nigdy do tego nie dopuszczę.

Widok opadających wrót parkingu wprawił Claudię w konsternację. Widziała zaniepokojone spojrzenia wspólników. Pozbawionych polotu facetów od brudnej roboty.

– Wiejmy stąd, szefowo – zaproponował jeden z nich. – Zanim pułapka zatrzaśnie się na dobre.

– Milcz.

Wyskoczyła z viviarki i dobiegła do stanowiska strażnika.

– Co to znaczy? Jesteśmy z gwardii navigatoriańskiej – machnęła plakietą służbową. – Bardzo mi się śpieszy. Otwieraj!

– Proszę poczekać – odparł służbiście. – Zaraz przybędzie tu mój szef. Ja dostałem polecenie…

– Reno – syknęła wymownie do najwyższego ze swych pomocników.

Fałszywy sanitariusz zbliżył się nieśpiesznym flegmatycznym krokiem i wypalił strażnikowi prosto w pierś. Potem zaczął szukać przycisku od bramy. Ale w tym momencie drzwi z tyłu viviarki otwarły się i wyskoczył z nich Gurus. Najpierw runął jak długi, ale natychmiast podniósł się i utykając rzucił do ucieczki. Reno uniósł repeter.

– Zostaw – powstrzymała go Claudia – to nasz zakładnik. – I sama pobiegła w ślad za Gurusem. Biegła jak łania, równym krokiem mistrzyni średnich dystansów. Grubasek nie miał szans.

– To ona – rozległ się nagle głos. Odwróciła głowę, po schodach zbiegała Dia. Fala wściekłości zalała czarnobrewą. Ta mała suczka żyła i w dodatku towarzyszył jej Darni, jeszcze jeden lekarz, trzej sekuryci… Uniosła broń i strzeliła w biegu.

Nie mogła chybić. Nie mogła. Ale w ostatniej chwili dottor Darni przeciął trajektorię lotu pocisku. Uderzenie w pierś rzuciło go na ziemię. Padając pociągnął Dię i nakrył ją swym ciałem. Sekuryci dobyli króciaków. Jeden z pocisków drasnął Claudię w udo. Uskoczyła za filar. Zrezygnowała z pościgu za chłopakiem. Kryjąc się między kolumnami pobiegła w stronę viviarki. Brama wyjazdowa już stała otworem. Kierowca musiał ją widzieć we wsteczniku, niemniej nagle wyprysnął do przodu. Puściła się za nim wykrzykując klątwy. Z przeciwka narastało wycie karetki. Kobieta biegła skosem, przesadzając rozjazdy, coraz bliższa nie zamkniętych drzwiczek. Przecięła jeden podjazd, drugi… Z zaskoczeniem przyjęła jaskrawą eksplozję świateł w twarz, rozdzierający skowyt syreny, pisk hamulców… Poczuła uderzenie w pierś, zdawała sobie sprawę, że wpada pod koła. A potem ogarnął ją mrok i cisza.

Dopiero po jakiejś quartinie, po stwierdzeniu zgonu dottora Darniego i Claudii Manlius mógł zainteresować się Gurusem i Dią. Ale oboje zniknęli.

– Co ja robię, co ja tu robię? – denerwował się Ursin klucząc po zatłoczonych uliczkach starej Florentyny. W popinie wyznaczonej na miejsce spotkania z Dią otrzymał od kelnerki fonikon, przez który nieznany głos polecił mu jazdę na zachód. Zdenerwowanie powiększał fakt, że wedle ostatnich wiadomości, których wysłuchał w swoim dionisionie, współpracował z kryminalistą. Rysopis Leontiasa jako nieznanego z nazwiska sprawcy rzezi w Portellito podawały wszystkie media. Lista oskarżeń była spora: od brutalnego napadu na grupkę straży obywatelskiej przygotowującej się do zabezpieczenia inauguracji po wysadzenie wytwórni ogni greckich. Był na czołówkach wiadomości. Na głowę Słowianina wyznaczono nagrodę tysiąca aureusów, a ścigali go pospołu i sekuryci, i vigilianci, i pretorianie z FOI, nie licząc rzeszy patriotycznie usposobionych obywateli. A Ursin miał umówić tego terrorystę z przyszłym SuperNavigatorem.

Paranoja!

Fonikon osobisty zadzwonił, gdy wjeżdżał na most Syren.