– Ty to powiedziałeś, Wielki Hipparchu. Kto jest za?
Wszystkie ręce bez ociągania podniosły się do góry.
– Teraz przejdziecie do bunkra sztabowego. Będziecie tam informowani o rozwoju wydarzeń. Hoplici zawiozą was na poziom 666.
Grupka przerażonych starców dała się potulnie zaprowadzić do windy. Niektórzy zastanawiali się, czy jeszcze kiedykolwiek tu wrócą.
Jeszcze chwila, a za wielkim stołem oprócz trupa Pauzaniasza pozostali jedynie Archiwariusz i oekonomikos.
– Nie mam pojęcia, jak to mogło się stać – mruczał Antygon. – Kto uprzedził Tajgenisa?
– Jakie mamy szanse zapanować nad sytuacją?
– Duże. Dysponujemy armią szczerze nie nawidzącą Szarej Straży, dzierżymy media, mamy… – przerwał. Z głębi korytarzy i sztolni przybliżał się odgłos strzałów. Leartonik przekręcił liczbę Pi zdobiącą brązowy pilaster. Usunęła się część ściany ukazująca przejście. Jeszcze dwukrotnie pokonywać musieli tajne zapory, nim wreszcie znaleźli się w małej windzie.
– Na powierzchnię – powiedział Antygon do mównika
– A co będzie teraz z operacją Nr 1? Wstrzymasz ją? – pytał Georgiasz, gdy sunęli w górę.
– W żadnym wypadku. Dziś nasze zwycięstwo w Federacji może mieć decydujące znaczenie!
Winda zatrzymała się. Parę kroków, a stanęli pod rozgwieżdżonym niebem. Dookoła ciągnęły się ruiny starej Akropolii i wkomponowane w nie współczesne stanowiska arkebuzyjne. Znajdowali się w Gwardyjskiej Jednostce Hoplitów.
Niewiele brakowało, by Tajgenis podzielił los Pauzaniasza. Docierał już do placu Periandra, gdy otrzymał zaskakujący fonikon. W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć. Wiadomość była zbyt nieprawdopodobna, a dzwoniący… Zatrzymał się jednak i zaczął sprawdzać doniesienie z innych źródeł. Georgiasz umknął z zasadzki w Czarnej Świątyni. Coś działo się w Strategejonie… Na kopyta Arymana! Nie wyglądało to jedynie na osłonę Planu Numer 1, o którym po południu poinformował go Antygon. Podczas rozmowy Leartonik był wylewny, przekazał pozdrowienia dla rodziny. Aliści Achil doskonale znał wszystkie kruczki starego gada. Zawracając sprzed placu Periandra natychmiast kazał ewakuować eforiat. Miał rację. Nie minęła quartina, a Szary Kompleks otoczyli hoplici Antygona.
– A więc zamach stanu! – na moment przebiegła mu myśl ucieczki na powierzchnię. I dalej… W sekretnym miejscu czekał miniwiropłat, dwie rozkoszne heterarki, komplety dokumentów, precjoza… Nowe życie.
Ale czy można wyobrazić sobie życie bez władzy?
Szary efor wydał niezbędne rozkazy. Zamierzał walczyć.
16. NOC I MOC
Po wysadzeniu Ursina na tyłach hostelu "Asilium", gdzie natychmiast przejęli go ludzie Druzzusa, Leontias skierował omnivanta ku morzu. Posuwał się blisko dna, unikając namierzenia. Wreszcie znalazł zaciszną zatoczkę pokrytą rzęsą i wielkimi liśćmi królewskiej helionii i tam pięć łokci pod powierzchnią postanowił spędzić noc. Wnętrze pojazdu było ciasne jak kapsuła kosmiczna. Gurus z obandażowaną głową rozciągnął się na przednich siedzeniach, natomiast Leontias z Dią rozłożyli koce w luku bagażowym. Miejsca starczało tam ledwie dla dwóch szczupłych osób. Sclavus strudzony zasnął natychmiast.
Przyśniło mu się dzieciństwo na wsi, drewniany dom, wyciszony o szarej godzinie, pełzające kwiaty teobiscusów na ścianach atrium. I babcia, która zaciągając z wenedzka, deklamująca mu, usypiającemu na ławeczce szkrabowi, stary wiersz napisany w wymierającym języku ginącego narodu.
Dlaczego właśnie przypomniał mu się wiersz? Dlaczego babcia? Zmarła rodzina śniła mu się rzadko. Tak jak od lat nie wspominał Pertesa i jego siepaczy. Jak wyrzucił z pamięci dziesiątki scen strasznych i ponurych. Cóż więc miał oznaczać ten sen? Że tam w zaświatach czekali na niego?
– Wkrótce do was dołączę? – pytał, ale babcia oddalała się, coraz mniejsza i mniejsza, aż stała się maleńka jak głuszczyk – maleńki stekowiec hodowany w domowych vivariach ku uciesze dzieci. Głuszczyk pokryty jedwabistym futerkiem, o szypułkowatych oczach w błękitnych obwódkach, ze śmiesznymi pazurkami i długim ruchliwym ryjkiem…
Obudziło go delikatne dotknięcie, jakieś zwierzątko dobierało się do jego ucha. Czuł gorąco warg, delikatność języka. Chciał się cofnąć. Nie miał dokąd.
– Dia – szepnął – co ty robisz?
– Cicho, bo obudzisz Gurusa. – Była całkowicie naga, gorąca, pachniała miodem i mlekiem…
– Jesteś szalona, dziewczyno!!!
– Kocham cię, Leo. Chcę być twoją żoną! Lecz jeśli mnie nie kochasz, powiedz to. Zrozumiem, odejdę… Mów!
Nie mógł tego powiedzieć. Czyż jednak mógł pozwolić, by drobna, na wpół dziecięca rączka głaskała jego kosmatą pierś nieśmiało podążając ku bardziej niebezpiecznym rubieżom, by całowały go te niedoświadczone usta?
– Nie możesz poczekać? – prosił. – Jesteś bardzo młoda, nie znasz świata, nie miałaś wyboru.
– Ty jesteś mym wyborem. A jeśli – zawahała się na moment – jeśli jutro zginiemy? I nagle zaczęła mu szeptać wiersz Scribonii, wieki całe pozostający na indexie:
I cóż miał jej powiedzieć. Że świat nie jest poezją. Że cięte róże więdną. Że nie ma nic prócz złudzeń i samotności. A za czarę nektaru przychodzi latami pić piołun. Że dziewczyny, które kochał przed laty, są już tylko cieniami na polach elizejskich lub więdną w domowych niemodnych wazonach… Ale jej tego nie powiedział.
Może rzeczywiście należy dawać ludziom to, czego pragną, bez zastanawiania się, dlaczego?
Więc zrobił to, o co prosiła.
I omnivant pomknął w gwiazdy. Tam, gdzie ryczał Lew i Niedźwiedź, gdzie warkocz Bereniki połyskiwał złociście, gdzie kaskadą brylantów spadała Mleczna Droga w rozchyloną pułapkę Oriona. A oni wspinali się poza progi kolejnych nieb. I rozbrzmiewała im muzyka sfer. Concerto jęków, oddechów, monosylab, pocałunków. I byli już jedną zespoloną kometą, która naraz znalazła się po drugiej stronie galaktyki.
A we własnych szeroko rozwartych oczach widzieli obracający się glob jednego księżyca, złocistość pustyń, szmaragd oceanów, zieleń dżungli, biel lodów. I we wspólnym spazmie wydarło się im jedno słowo – Ziemia.