Выбрать главу

I wylądowali.

Na przednich siedzeniach Gurus wbił zęby w swoje przedramię. Dygotał, klął w myśli i modlił się o własną śmierć, bo wiedział, że taka miłość jest jak dotknięcie Boga i zwykłym ludziom może nigdy się nie zdarzyć.

Po każdej kampanii dzień Inauguracji był zawsze na Archipelagu świętem pojednania. Już w wigilię Zaprzysiężenia, wieczorem 20 żeńca, w całej Federacji zapanował nastrój świąteczny. Dla czołówki politycznej był to czas wypoczynku, nabierania oddechu przed diabelskim młynem, który miały rozkręcić dni następne. Nie dziw, że bohaterowie spędzali ów "kawalerski wieczór" ukryci przed mediaferrantami, w gronie najbliższych. Kasjusz Longinus zaszył się na wsi w otoczeniu swoich sześciorga dzieci, Quintus Cedrus odwiedził teściów, poczciwych weteranów, którzy niedawno nabyli stary dom koło Avillei, Marek Ursin spotkał się na winie w gronie szkolnych przyjaciół, a Druzzus wespół z dowództwem gwardii na zamkniętym wieczorku w Starych Koszarach Pretorianów. Nawet prefectissimus Marcellis opuścił swój matecznik i wirowcem udał się do sanktuarium św. Zenobii w Górach Florentyńskich, aby się zrelaksować polując na grubego gada.

Wszystkie przygotowania zostały zakończone. Lśniły wypucowane itinery, pyszniły się świeżymi tynkami frontony insul i mercatoriów. Akcja vigiliancka pod kryptonimem "elementy" wymiotła z centrum tumanantów i trynitatystów. Szybko zapomniano o niefortunnej wypowiedzi wieszczki Nerinii, która w programie "Auspicje" zapytana o prognozy dla nowej navigatury zaczęła zawodzić nad czarą z magiczną breją: "Widzę krew, widzę krew…" – ale szybko po maleńkiej pauzie przyprawiającej wielomilionowe spectatorium o skurcz serca dorzuciła – "krew z mlekiem, toż to cera naszego Cedrusa".

Nastroju nie zmąciły doniesienia agencyjne o nagłym urwaniu łączności z Ekumeną – wyłączenia fonikonów w kontynentalnym imperium zdarzały się często, przynajmniej raz na miesiąc. Wystarczyło, aby jakiś Ekumeńczyk podpalił się pod Wielką Świątynią Arymana albo ktoś rzucił jajkiem stekowca w luxpędnik hierarchy, a już sturęka, niewidzialna siła przerywała programy, zagłuszała łączność orbitalną, skazując resztę Innej na domysły i spekulacje. Oczywiście przygotowani na taką okoliczność czołowi rezydenci medialni hodowali (w tajemnicy, proceder bowiem był zakazany) avozaury pocztowe. I jeśli tym bystrolotnym szybownikom udawało się ominąć wszystkie zasadzki i pułapki, już po kilku dniach świat dostawał porcję prawie prawdziwych informacji.

Tym razem jednak nawet ci, którzy powinni być najlepiej poinformowani, nie mieli pojęcia o wojnie domowej ogarniającej Dolną Akropolię. Jak było do przewidzenia, armia opowiedziała się za legalną władzą, a Szara Straż za Tajgenisem. Oczywiście społeczeństwo rozległej Ekumeny dobrą dobę nie będzie miało pojęcia, co się dzieje. Części prawdy dowie się dopiero za kilkanaście godzin z dramatycznego apelu Ksantypposa, który razem z Georgiaszem postanowi odwołać się do narodu. Poinformuje o zgonie, z powodu niewydolności krążenia, Antygona Leartonika. Będzie to tylko w połowie prawdą. Antygon przestanie krążyć po kabinie orbitowca, na który przeniósł się wraz ze swym sztabem, jednak niedokrwistość mięśnia sercowego nie będzie miała z tym nic wspólnego.

Bardziej desperackie będzie zagranie Tajgenisa. Efor po opanowaniu Dolnej Akropolii wyda bowiem manifest "Do Całej Ekumeny". Ogłosi w nim wolność wszystkich kultów religijnych, prawo każdego z ludów Ekumeny do decydowania o własnym losie, zgodę na dobrowolne opuszczenie podziemnych miast, otwarcie granic i natychmiastowe negocjacje z Federacją na temat pomocy żywnościowej.

– Zwariował, zwariował – zaryczy słuchający tego orędzia Antygon.

– Zachowajmy spokój – odezwie się na to Ksantyppos. – Ten apel nie ma szans wydostać się z Akropolii. Najwyżej przedłuży opór buntowników.

– Zatem nie mamy wyjścia. Należy uderzyć balistą w górny zbiornik.

– Zatopić stolicę? A 3 miliony ludzi, a elita, a internowani hierarchowie?… – zakrzyknie Georgiasz. – Na Arymana, Antygonie!…

– Wykonać… Albo każę przywiązać cię do czubka pierwszego pocisku. Niech pilot włączy odliczanie.

I wówczas dobry, miły Argon, ucieleśniający rozsądek i umiarkowanie, użyje noża, jednym cięciem poderżnie suchą szyję hierarchy, aż czarna jucha splami delikatne dłonie oekonomikosa.

Obiekt FLX położony w najwyższej partii Lasu Florentyńskiego pozostawał nie wykorzystywany od lat wojny herriańskiej. Przez jakiś czas baraki z szarej iłowej cegły stanowiły ostoję tumanantów i trójczubów, zanim nie przegnali ich sekuryci miejscowego rezerwatu. Projekt przekazania koszar i bunkrów na magazyny pasz upadł z powodu braku łatwego dojazdu.

Biła decyma, gdy prywatny nośnik Elekta, pomalowany w faliste pasy symbolizujące dwadzieścia jeden diecezji Federacji, zawisł nad spękanym pasem startowym. Terkot płatów zmącił ciszę zakątka, a tumany kurzu na moment przysłoniły niebo.

Cedrus wyskoczył energicznie z kabiny, pozostawiając pilota na zewnątrz wiropłata. Postąpił parę kroków w stronę bunkra "A", otoczonego gęstwą iglaków. Owionęło go nocne powietrze przesycone żywicznym zapachem ziół. Silniki umilkły i znów rozbrzmiewało jedynie granie cykad i szmer nieodległego strumyka. Quintus przybył sam, wymknął się swoim ochroniarzom, a o wycieczce wiedziała jedynie żona, pozostająca u teściów w Avillei.

– Jesteś – z cienia wychylił się kędzierzawy Ruffix. – A gdzie ten Słowianin?

– Ursin sprowadzi go swoim nośnikiem. Wystarczy ci ludzi?

Rufo cicho zagwizdał. Spod baraków odezwał się zawodzący głos avozaura, z drugiej strony w rowie zakumkała żaba, skrzypnęła jakaś framuga na wieżyczce dawnego stanowiska kontroli lotów… Quintus doliczył się co najmniej dziesięciu odpowiedzi.

– Doskonała robota – pochwalił. – Mam nadzieję, że nic z dzisiejszych wydarzeń nie przeniknie na zewnątrz.

Ruffix wykrzywił mięsiste wargi.

– Gwarantuję to. Nie można było wybrać lepszego miejsca na załatwienie sprawy: blisko stolicy, lecz spokojnie, żadnych zbędnych świadków. Nie podoba mi się jedynie, że przybyłeś tu osobiście. To człowiek niebezpieczny.

– Dlatego muszę z nim porozmawiać przed waszą akcją. Jestem pewien, że nie da się wziąć żywcem. Muszę się dowiedzieć, kto jeszcze jest w to zamieszany.

– Rozumiem. Pozostaje jeszcze jedna drobna kwestia…

– Słucham? – Cedrus odwrócił się do szefa sztabu. Na tle rozgwieżdżonego nieba ich sylwetki wyglądały wręcz bliźniaczo. Rozpoznać ich można było tylko po kędzierzawej czuprynie Rufona i kapturze, który naciągnął na głowę elekt.

– Chodzi o Ursina.

– Nie rozumiem. To mój najlepszy przyjaciel. I niczego nie podejrzewa.

– Właśnie. Jest wierny, ale nie nasz. Nie możemy pozwolić sobie na dyskomfort istnienia świadka.

Przez chwilę Quintus milczał, wreszcie rzekł bardzo powoli.

– Nie chcę znać szczegółów, Rufo. Ty nadzorujesz operację.

Bunkier wybrany na spotkanie ze Słowianinem wyglądał solidnie. Wyglądał na nietknięty zębem czasu. Głęboko wkopany w ziemię, dość przestronny, oświetlony i hermetyczny, znakomicie nadawał się na miejsce poufnej rozmowy.

Może zresztą używano go od czasu do czasu przy podobnych okazjach. Z salą operacyjną sąsiadowała niewielka zamaskowana caverna, w której miał się ukryć Ruffix.

– Doskonale wybrałeś ten obiekt – w głosie rudzielca zabrzmiało uznanie.

– Kiedyś odbywałem tutaj szkolenie wojskowe – powiedział Cedrus.

– Mam nadzieję, że ten pieprzony Sclavus nie uznał spotkania na takim odludziu za coś podejrzanego?