– A gdzie mielibyśmy się spotkać kilkanaście godzin przed Inauguracją, kiedy mediaferranci czyhają za każdym węgłem? Zresztą sam życzył sobie, aby jego usługi pozostały poufne.
Mgła leżała płatami w dolinach niczym strzępki waty. Jednak sam płaskowyż powinien być od niej wolny. Omnivant sunął ponad koronami drzew na podobieństwo szybującej harpii, cichy, niewidoczny. Skończyły się perełki świateł wzdłuż viafastów, coraz rzadsze świetliki wskazywały ludzkie sadyby na stokach gór. Skupiony Ursin milczał. Leo też nie palił się do rozmowy. Czuł jeszcze słodycz ciała Dii i lęk o nią, lęk o przyszłość niepewną…
Nośnik prześlizgnął się ponad linią zasieków, prawie je muskając, czujniki termiczne wykazały podłużne ciepłe bryły przyczajone wokół bunkra. Ponad dwudziestu… Lekko drgnęły żuchwy Leontiasa, nie rzekł jednak nic, szerokim łukiem okrążył dawną komendanturę i usiadł maszyną obok wiropłata elekta, ustawionego w cieniu gigantycznego szpilkowca. Mężczyzna w skórzanym kombinezonie, zaufany pilot Cedrusa, pokiwał im na powitanie.
– Czy będzie tu ktoś poza nim i Cedrusem? – zapytał Leo.
– Umówiliśmy się, że nikt – zapewnił consulantor. – Trzymaliśmy całą akcję w tajemnicy. Nawet ten pilot do ostatniej chwili nie wiedział, dokąd leci.
Pomiędzy nośnikiem a włazem do bunkra rozpościerała się otwarta przestrzeń. Dzięki reflektorom teren ten mógłby w mgnieniu oka zamienić się w rzęsiście oświetloną scenę. Leontias niezadowolony pokręcił głową.
Zeszli schodami, mechanizm hydrauliczny zamknął za nimi pancerne drzwi.
Umeblowaniem wnętrze przypominało ubogą popinę. Światło paliło się jedynie nad żelaznym stołem, dawną mapmensą. Na pustym blacie stał otwarty termos i szklanka z niedopitą kawą. Jeden z trzech prostych zydli zajmował mężczyzna z głową ukrytą w dłoniach. Spał?
Kroki najwyraźniej go obudziły. Wstał i mrugając jak człowiek wyrwany z głębokiego snu wyciągnął dłoń do Leontiasa.
– Witaj, herosie – rzekł.
Leo uścisnął rękę Navigatora z szacunkiem, wydawał się trochę onieśmielony. Ursin tymczasem zamknął drzwi. Rozległ się cichy syk uszczelniaczy. Od tej chwili byli odcięci od świata, z kapsuły nie mógł wydobyć się żaden dźwięk.
– Proszę usiąść – powiedział Quintus. – Spotykamy się na quartinę przed północą, ale chyba nie za późno. Marek opowiadał mi trochę o pańskim śledztwie. Chyba pora, abym poznał jego rezultaty.
– Otrzymałem zadanie wyjaśnienia śmierci pseudotrynitatysty Narensa, zgładzonego w dniu 7 żeńca bieżącego roku – referuje Leo. – Miałem wyjaśnić, co ów młody człowiek chciał przekazać wam, Quintusie, i jakimi motywami kierowali się mordercy oraz ich ewentualni mocodawcy. Jak podejrzewałem, zakres śledztwa przekroczył zakreślone zadanie.
– Zatem wie pan wszystko?
– Wiem dużo. Wiem, co chciał przekazać Narens i kto go zabił. Grupa ochroniarzy z "Błękitnego Raptularza" kierowana przez libratorkę Pinettę – z ust Cedrusa omal nie wyrwał się okrzyk zdumienia. – Ustaliłem też, kto kierował zabójcą, a następnie nieskutecznie zacierał ślady, co kilkunastu ludzi przypłaciło życiem.
– Kto to zrobił? – wyrwało się Cedrusowi.
– Jeden z pańskich najbliższych współpracowników. Człowiek obdarzony wielkim, jeśli nie największym zaufaniem. A zarazem pozbawiony skrupułów agent Ekumeny, kupiony jeszcze piętnaście lat temu podczas misji rozjemczej w Herrii. Szef Sztabu wyborczego – electorius Ruffo Ruffix.
Ursin skurczył się na swoim zydlu. Jednak elekt skomentował tę rewelację krótko:
– Wiem!
Leontias nie wyraził zdziwienia i mówił dalej.
– Ten niewątpliwie zdolny agent popełnił jednak duży błąd, nie zainteresował się tym, co miał do powiedzenia Narens. Założył, że trynitatysta jakimś sposobem dowiedział się o jego zdradzie, bo cóż innego mogłoby "zatrząść całym Archipelagiem". A wystarczyło dopuścić do waszej rozmowy, by dowiedzieć się, że Narensowi chodziło o co innego.
– A o co?
– Zanim odpowiem, muszę niestety postawić pytanie o pańską rolę. Jest pan marionetką lub zakładnikiem Ruffixa czy też jego mocodawcą? A może o niczym pan nie wie? Muszę zadać pytanie, kim pan jest, Quintusie?
– Po pierwsze, nie jestem Quintusem Cedrusem – odparł elekt.
Ruffix nadsłuchujący rozmowy i przypatrujący się im przez jednostronne lustro z wrażenia upuścił repetera. Brzęk dotarł do nich przez otwór wentylacyjny i nie uszedł uwagi Leontiasa. Jego źrenice zwęziły się jak u atakującego drapieżcy.
– Proszę się nie denerwować, to tylko Ruffix – wyjaśnił spokojnie Cedrus. – Cieszy się, że tyle o nim mówimy.
– Ruffix tutaj? – Ursin aż podskoczył.
– Nie denerwuj się, Marku. Jego uczestnictwo w naszym spotkaniu będzie dość bierne. Znajduje się za tą pancerną szybą. Widzi nas, ale nic nie może zrobić… – w tym momencie Ruffo zaklął i unosząc broń szarpnął za klapę wejściową. Ani drgnęła. – Cóż, może jedynie przysłuchiwać się naszej rozmowie, albowiem zablokowałem właz. – Zastawiliśmy wspólnie pułapkę na pana, ale wpadł w nią sam nasz przyjaciel. Teraz, jeśli wściekłość nie pozbawiła go możliwości logicznego myślenia, zapewne zastanawia się, jak z tego wybrnąć. Niestety, jego radiostacja, przez którą mógłby poderwać swych siccarów czuwających wokół bunkra, nie może przekazać sygnału. A poza tym we właściwym czasie rozwiążemy i ten problem. A teraz co do sprawy mojej tożsamości, przypomina mi się rozmowa, jaką odbyłem z szefem FOI Marcellisem dwa dni temu. Powiedziałem mu wprost: "Sądzę, drogi prefectissimusie, że powinien pan wiedzieć, iż nie nazywam się Quintus Cedrus tylko Hektor Talsus i jestem, czy raczej byłem, oficerem Ekumeńskiej Szarej Straży…"
– Co… takiego? – jęknął pobladły Ursin.
– Marcellis był niemniej zaskoczony niż ty, Marku. A ja kontynuowałem: "Prawdziwy Cedrus zginął wraz z całą rodziną w wypadku zaaranżowanym przez naszą grupę operacyjną…" – po twarzy Słowianina można było poznać, że wyznanie nie zaskoczyło go aż tak jak Ursina. – Nie miałem w tym udziału, choć oczywiście wykonałbym wówczas każdy rozkaz pochodzący od sług Arymana. Fakt, że zostałem wyznaczony na głównego realizatora Planu Nr 1 Mateczki Ekumeny był powodem mej dumy i zapału. Byłem do szpiku kości przekonany o słuszności mej misji. Akceptowałem jej koszty. Cóż zresztą wiedziałem o świecie? Ekumena stanowiła o jego sensie. Byłem sierotą. Nie znałem swych rodziców, dziś mogę tylko przypuszczać, że pochłonęła ich któraś z czystek wielkiego Periandra. Zresztą wówczas, gdyby zaszła potrzeba, osobiście wykonałbym na nich wyrok. Wychowywano mnie na żołnierza, na posłuszną, choć inteligentną maszynkę do zabijania. Ktoś chyba zorientował się, że jestem lepszy od mych rówieśników. Że mam małpią zdolność do języków, jestem niezłym matematykiem, dobrym mówcą, potencjalnie sprawnym aktorem. Zainwestowano w mój umysł. Nawet w despotyzmie potrzeba niekiedy ludzi mądrzejszych od innych. Lud może być trzymany w tępocie, ale nadzorcy powinni być inteligentni. Wysłano mnie więc do szkoły geniuszy. Nie zawiodłem oczekiwań Arymantei. Przeskakiwałem po trzy stadia w ciągu roku. Miałem rekordowe wskaźniki inteligencji. Sprawdziłem się też psychologicznie – mając 16 lat zadenuncjowałem najlepszego przyjaciela jako wyznawcę Jedynego, wydałem własną kochankę dowiedziawszy się od niej, że współpracowała z federacyjnymi mediaferrantami. Później miałem się przekonać, że oboje donieśli wcześniej na mnie i to przyniosło mi ulgę.
Mając siedemnaście lat płynnie posługiwałem się neołaciną i powandalszczyzną, znałem też bardziej popularne dialekty Archipelagu. Chyba wtedy wybrano dla mnie rolę. Rolę gwiazdy pierwszej wielkości. Operacja chirurgiczna zmieniła mi twarz, środki farmakologiczne pigment. Barwę głosu i sposób mówienia dopracowałem sam. Dostarczano mi stosy taśm z nagraniami Quintusa (wybrano go spośród innych optymalnych kandydatów do podmiany). Nasi agenci, w tym pokojówka zatrudniona w domu senatora, relacjonowali mi co do pacierza życie młodego Cedrusa, poznawałem jego zabawy, ulubione gry, obraźniki i książki, flirty i przyjaźnie. Przez dwa lata stawałem się nim. I chyba stałem. Nawet udało mi się odmłodzić o 3 lata. Wreszcie łódź podmorska przewiozła mnie na Nową Istrię, gdzie w pustym eremie rozpocząłem trening praktyczny. Sam wypadek w Górach Gadzich był majstersztykiem dywersji, zamiast Quintusa, którego trupa usunięto, ja sam pokaleczony i pokrwawiony odnalazłem się na dnie wąwozu (Przewidziano nawet, że dostanę twoją krew, Ursinie.). Co było dalej, chyba wiecie. Mogę tylko dodać, że agenci Ekumeny zadbali, aby wszystko mi się w życiu udawało. W odpowiednich momentach znikali moi rywale i konkurenci. A ja piąłem się w górę. Na szczyt! Realizowałem plan.