Atoli moi przełożeni nie przewidzieli jednego. Pogrążeni w mrokach Dolnej Akropolii nie brali pod uwagę możliwości odtrucia organizmu zaczadzonego fanatyzmem. Nie wiedzieli, co spowoduje długoletnie przebywanie w odmiennym środowisku. Wierzyli w nieodwracalność tresury, a jako arymaniści byli pewni przewagi ciemnej strony ludzkiego charakteru. Zresztą, co ich obchodził człowiek? Liczyła się jedynie władza. Ludzie dzielą się wedle nich na dwie kategorie – do kupienia i do zastraszenia. A na wszelki wypadek wszystkich trzeba pilnować. I tak w moim towarzystwie znalazł się ten cerber, który teraz tam za lustrem bezsilnie zgrzyta zębami. Jak powiedziałem, moje odtruwanie trwało latami, najpierw niepostrzeżenie, potem coraz silniej. Pamiętasz, Ursinie, moje depresje sprzed poznania Octavii. Moja misja zaczęła mnie męczyć. Przerażać. Wiesz, że myślałem nawet o samobójstwie. Pobyt u ciebie, małżeństwo z Octavią stały się moją drogą do Damaszku. Przejrzałem na oczy, nagle ujrzałem arymanizm w całym jego turpizmie, jako paranoiczny sen starych schizofreników, wielką pomyłkę eksperymentatorów, antyreligię opartą na najgorszych ludzkich kompleksach. Po prostu obudziłem się.
Po przebudzeniu zrazu ogarnął mnie strach. Uciec nie mogłem, bo za dobrze znałem potęgę szarych macek. Udać się do FOI – cóż, mogłem donieść na siebie, na Ruffixa, lecz na nikogo więcej, zresztą nie miałem żadnych dowodów. Zresztą czy poświęcenie siebie zniszczyłoby "Plan Nr 1"? Czy nie mieli w zapasie innych "Cedrusów"?
W ten sposób nie mogłem pomóc Federacji. Zresztą, nie zrozumcie mnie źle, kochając Octavię, ustrój Archipelagu i wierząc w Jedynego, w głębi serca pozostałem Grekiem, współczującym mym rodakom zepchniętym w podziemia.
Po paru miesiącach rozterek znalazłem odpowiedź. "Muszę doprowadzić Plan Nr 1 do końca. Zostać Navigatorem. I wykorzystać swoją pozycję do celu odwrotnego niż zamiary Antygona i jego kliki". Tyle mniej więcej opowiedziałem Marcellisowi.
Do tego momentu prefectissimus słuchał mnie spokojnie, wybierając zapewne już miejsce mego odosobnienia i główkując, jak uzasadni w mediach moją eliminację. Ja tymczasem ciągnąłem dalej: – "Nie mam zamiaru poprzestać na planie minimum. Gdybym zamierzał tylko ujawnić siebie i agentów przewidzianych na kluczowe stanowiska w państwie (tu podałem listę), nie składałbym panu tej wizyty. Chcę dać wolność moim rodakom. Dać szansę Ekumenie, tak by jej społeczeństwo samo zdecydowało o swym losie. I w tym dziele liczę na pańską pomoc, prefectissimusie".
Marcellis chyba uwierzył mi, zrozumiał istotę mego pomysłu i obiecał pomoc. W ciągu jednej nocy jego ludzie zdołali sporządzić dokumentację planu "Siatka", tajnej, nigdy nieplanowanej operacji przeciwko Ekumenie. Dokumenty zostały ukryte, ale tak, aby Ruffix w ramach przejmowania FOI trafił na ich ślad, dogrzebał się do nazwisk prominentów ekumeńskich, rzekomo współpracujących z nami i bezzwłocznie przekazał do Dolnej Akropolii. Listę zdrajców na naszym żołdzie (zadbaliśmy nawet, aby otworzyć im antydatowane konta w bankach) opracowaliśmy tak, aby umieścić na niej możliwie jak najwięcej kreatur z Tajgenisem i Pauzaniaszem na czele. Marcellis wykazał w tym względzie wyjątkową pomysłowość. Nie poprzestaliśmy na tym. Kiedy dokumentacja zdobyta przez Ruffixa dotarła do Archiwariusza, równocześnie inny nasz agent ostrzegł Tajgenisa. Rozumiecie, rzeź jednej frakcji arymanistów przez drugą nie zniszczyłaby systemu, który odrósłby jak ogon jaszczurki. Różnice między Pauzaniaszem a Ksantypposem dotyczą środków i stylu władzy, obie koncepcje jednak mają na celu wyłącznie usprawnienie imperialnego arymanizmu. Natomiast walka hierarchów… Ta, wraz z kompromitacją Planu Nr 1 może nadwerężyć przegniły system, obudzić aspiracje uśpionego społeczeństwa.
Ruffix z bezsilnej wściekłości zaczął tłuc kolbą w szybę. Ale pancerne szkło spokojnie znosiło wszystkie ciosy.
– Daj sobie spokój, Ruffo – Cedrus zwrócił twarz w stronę lustra. – Jesteś zwolniony ze służby. Bezrobotny! I osamotniony. Ludzie Marcellisa już pewno zajęli się ekumeńskimi śpiochami. W końcu przygotowywałem z tobą ich nominacje. Znam wszystkich. Nikt ci nie pomoże. Twoi mocodawcy też mają wielkie kłopoty. Ale nie bój się, nie spróbujemy inwazji na Ekumenę. Po co nam brać na garnuszek taki ogromny, zrujnowany kraj… Będziemy się tylko życzliwie przyglądać postępom demokracji, wspierać reformy, zapobiegać klęsce głodu. Tobą zajmie się sąd, jak wiesz, nie zapadła jeszcze decyzja o zniesieniu kary śmierci.
– Ja ze swojej strony mógłbym zaproponować jeszcze inne rozwiązanie – odzywa się Leontias. – Będziesz miał pięć minut na decyzję, Ruffonie…
Ogłupiały Ursin popija kawę wprost z termosu. W gardle mu zaschło, a wyznania Cedrusa po wielekroć przerosły jego wyobraźnię.
Tymczasem Quintus zwraca się do Słowianina. – Pan naturalnie przewidział tę pułapkę?
– Brałem ją pod uwagę.
– A gdybym jednak to ja był szefem spisku?
– I na to byłem przygotowany – tu Leontias wyciąga nóż i wyłuskuje ze szwów kombinezonu osiem niewielkich kapsułek. – Stłuczenie choćby jednej z nich poprzez mój upadek na ziemię – mówi, starannie chowając je do metalowego pojemnika – spowodowałoby uwolnienie toksycznego gazu i natychmiastową śmierć nas wszystkich. Teraz nie będą już potrzebne, chyba że pan Ruffix reflektuje na odrobinę thanatonu. – Uchyla klapy. – Bądź uprzejmy wyrzucić na zewnątrz swoją broń, potem wyjść z podniesionymi rękami.
I szef sztabu spełnia polecenie Słowianina.
Poddając się Sclavusovi Ruffix nie przestawał liczyć na odwrócenie biegu wydarzeń. Wierzył w swoich ludzi, nade wszystko zaś w umiejętności Aulusa, którymi wykazał się choćby podczas likwidacji Narensa. Krępy osiłek cieszył się opinią profesjonalisty w każdym calu. W sprawach zawodowych był arcypedantem. Na akcję każdy posiadacz repetera zabierał dwa magazynki. Aulus trzy. Nadto o ile większość sekurytów minimalizowała bagaż, on nie rozstawał się nigdy z długą linką, zestawem kotwiczek, składanym pontonem czy maską przeciwgazową.
A co mógł wymyślić Sclavus? Ściągnąć ludzi Druzzusa. Na dwudziestkę Ruffixa potrzeba by było ze trzy centurie sekurytów gotowych na bitwę. A w górach czekał przecież elitarny odwód ekumeńskich desantowców…
Słowianin doszedł tymczasem do pancernych drzwi. Wyjął z kieszeni mały nadajnik, dotknął nim szyby. Mimo warstw izolacyjnych dotarł do nich grzmot wybuchu.
– Co to było? – zawołał Cedrus.
– Wysadziłem w powietrze pański nośnik. Ściślej mówiąc eksplodowała wewnątrz niego bania z gazem paraliżującym. W promieniu milli wszystko, co żyje, straciło na dwie hory przytomność. Bunkier na szczęście jest hermetyczny.