Cichy brzęczyk. Wykonawca obudził się. Otaczał go kompletny mrok. Podświetlił chronometr, nona 45. Uśmiech przemknął po wąskich wargach. Wziął pastylkę stymulu. Ani ciasnota pomieszczenia, ani panujący zaduch (ekipa zamurowująca go przed trzema dniami zostawiła tylko maleńki otwór wentylacyjny) nie robiły na nim wrażenia. Kryjówkę skonstruowano tak chytrze, że jego istnienie mogłoby zostać wykryte dopiero po dokładnych pomiarach strychu lub przez zburzenie ścian działowych. Jeszcze raz sprawdził broń, długi celmierz z optykalem, arcydzieło sztuki rusznikarskiej. Skontrolował miękkość spustu. Załadował jeden wielkokalibrowy nabój. Nigdy nie potrzebował dwóch. Uruchomił fonion. Mikroodbiornik umieszczony w uchu zaczął przekazywać transmisję z ceremonii.
Gurus ze zdenerwowania stracił zwykłą swadę i precyzję wypowiedzi. Dwa razy musiał opowiadać o swych podejrzeniach napotkanemu vigiliantowi. Ten przekazał chłopaka pretorianinowi w cywilu. Agent FOI wysłuchał go znacznie uważniej, nie dał poznać, czy uważa go za szaleńca czy proroka, zaproponował natomiast, żeby Gurus powtórzył wszystko pierwszemu zastępcy samego Marcellisa. Wybrał numer jego osobistego fonikonu.
– Czcigodny, mam tu chłopaka, który twierdzi, że pod mercatorium Janusa może być zorganizowana zasadzka na "Ofiarnika".
– Dawaj mi go.
Gurus jeszcze raz opowiedział o swych o podejrzeniach. O Narensie, o facecie z więzienia. O jego ostatnich słowach.
– Czy mogę porozmawiać z twoim opiekunem, chłopcze, – spytał niski głos po wysłuchaniu zdyszanych wynurzeń.
– Nie ma go tutaj. Ale ja się boję… Navigator za chwilę będzie przejeżdżać przed mercatorium.
– Nie martw się, chłopcze, zdążymy sprawdzić gmach od piwnic po strychy. Ty zaś zgłoś się zaraz do najbliższego stanowiska FOI. Dostaniesz nagrodę za obywatelską postawę. Pretor Noniusz cię zaprowadzi, daj mi go do aparatu.
Gurus pokraśniał z dumy. Oddając fonikon odruchowo popatrzył na wyświetlony numer. 679-22-354…
"Wykonawca" odczekał jeszcze chwilę i zbliżył się do frontowej ściany. Wyjęcie obluzowanych wcześniej cegieł nie sprawiło mu żadnego wysiłku. Teraz od Itinery dzieliło go jedynie pół cala porowatego tynku. Wcześniej sprawdził, że okruchy spadną najwyżej do rynny biegnącej skrajem nad gzymsem. Snop dziennego światła wpadł do kryjówki, oświetlając wielkiego pająka, który szybko znikł w cieniu. Transparent "Niech ci fortuna sprzyja, Cedrusie!" doskonale maskował otwór. Zawodowiec wysunął celmierz, na końcu lufy umieścił kropelkę kwasu. Czekał.
Dwadzieścia jeden pocztów poprzedzało rydwan Cedrusa ciągniony przez cztery mlecznobiałe hippozaury. Wokół rydwanu na elektrowrotkach sunęła dziesiątka najlepszych ludzi Druzzusa. Ich szef w zbroi centuriona unosił się bezpośrednio przed zaprzęgiem na latającym jednośladzie przypominającym morskiego konika. Rydwanem powoził osobiście nowy Navigator. Dzięki panovidom ustawionym wzdłuż Itinery wszyscy mogli śledzić całą trasę Quintusa. W czerwonej todze, z głową ozdobioną prostym wieńcem z wawrzynu, jedną ręką trzymał lejce, a drugą pozdrawiał tłumy. Jego twarz pojawiająca się co chwila na panovidach była piękna, acz dziwnie nieruchoma, spięta. Emocje? Niepokój? Przeczucia?
Potem obraz się zmieniał, pokazywano bowiem kroczącego elefantozaura, na którego grzbiecie wśród kwiatów i winnych gron siedziała Octavia w białej kobiecej todze ozdobionej złotymi liśćmi akantu. Uśmiechnięta i piękna jak sama bogini Flora, która w dobie chrześcijaństwa jako św. Flora patronowała ogrodnikom podczas święta plonów. Czemu jednak nie towarzyszyła mężowi podtrzymując obok niego trójząb Neptuna? Na to odstępstwo od rytuału wskazywali wszyscy sprawozdawcy dopatrując się w tym fakcie poparcia ruchów emancypacji kobiet.
Rydwan zbliżył się do fontanny Rusałek, oblepionej przez prymusów stołecznych gimnazjonów. Radosna wrzawa na moment zagłuszyła rozstawione wokół trasy orchestry.
Hippozaury drobnym truchtem przeszły pod łukiem Garmaniusza i zagłębiły się w dużo węższy odcinek Itinery obramowany przez trzynastowieczne insule. Z okien i perguli sypał się nieustający deszcz kwiatów i pachnących astrinetek.
– Ave, Cedrus! Ave, Cedrus!
Gurus ociekał potem i co chwila się odwracał podążając za torującym mu drogę pretorianinem. W oknach mercatorium Janusa nie widział najmniejszego ruchu. Nie wkroczyli tam żadni pretorianie. Cały czas zastanawiał się, skąd zna numer fonikonu zastępcy szefa FOI.
– Pośpiesz się, grubasku – funkcjonariusz szarpnął go za rękaw.
679-22-354…? Naraz przypomniało mu się. Pod ten numer dzwonił Ogniopiór z fonokubika!!! O Jedyny!
Tuż obok nich jakiś fanatyczny wielbiciel Błękitnych przeraźliwie zadął w róg.
Pretorianin puścił rękaw chłopaka, a ten jak pies urwany z łańcucha rzucił się z powrotem.
– Stój, szczeniaku – wrzasnął funkcjonariusz. Mógł sobie wołać. Z szybkością, o jaką nikt by go nie posądził, Gurus wyprysnął na pustawą jezdnię i popędził na spotkanie rydwanu. Pretorianin sapiąc wściekle biegł za nim, wzywając, by się zatrzymał. Vigilianci pilnujący ruchu tradycyjnie niechętni FOI nie zamierzali mu pomagać.
Mimo to po przebiegnięciu stu stóp Gurus spuchł, Noniusz go dopędzał. I naraz z tłumu wysunęła się szczupła nóżka. Funkcjonariusz potknął się i runął na bruk.
Dia pociągnęła Gurusa w stronę trybuny.
– To wszystko spisek, oni są w zmowie, gdzie Leo…? Trzeba ostrzec… – dyszał grubasek.
Po pokonaniu niewielkiego pagórka Apostołów Itinera zakręcała. Powożący rydwanem widział już zamykającą perspektywę Białą Bazylikę o Stu Schodach, na których wzniesiono Ołtarz Zaprzysiężenia. Na panovidach pojawiała się co i rusz rozłożona księga i dobrotliwa twarz sędziwego archipatriarchy.
Strzelec zdjął kubrak i złożył go starannie w kostkę na pokrywie wiadra od trzech dni zastępującego latrynę. Lubił porządek. Potem zbliżył czubek lufy do tkaniny. Kwas błyskawicznie wypalił otworek w transparencie w środku litery E.
Dla obserwatora mogło to wyglądać, jakby jakiś avozaur narobił.
Sprawozdawca, mocno już zachrypnięty, recytował optymistyczne prognozy dla nowej navigatury. Przypominał również najświeższe wiadomości z Ekumeny, gdzie zamieszki w Dolnej Akropolii zmieniły się w prawdziwą rewoltę.
Zawodowiec niczym pianista przebierał palcami. Potem pochylił się nad celmierzem.
Rydwan minął przepyszną kolumnadę hostelu Pompejańskiego. Cedrus pozdrowił sporą rzeszę recepcjonistów i chłopców hostelowych tworzących amarantową wyspę na trotuarze.
Gadorumaki przyśpieszyły. Minęły wciśniętą między siedzibę koncernu medialnego a Theatrum Arleatum kaplicę Bożej Przezorności, nie zatrzymał ich też wspierany przez cztery tłuste kariatydy szeroki tympanon Banku Federacyjnego. Na prawo zalśniły witryny Forum Witruwiusza, na lewo pojawił się kanciasty "Dom Janusa".
– Ave, Cedrus! Ave, Cedrus!
Na panovidzie znów szeroka perspektywa, najazd na grupę półnagich łowców equatoriańskich w naszyjnikach z zębów tigrozaurów.
– Czymże jednak są największe nawet gady wobec potęgi naszej demokracji! – woła spiker.
Dia i Gurus w tłumie usiłują ściągnąć wzrokiem lecącego Druzzusa. O Jedyny! I naraz wyrasta obok nich Noniusz, jego czerwona twarz przypomina maskę diabła.
– Nie warto było uciekać – syczy. I zgina się we dwoje powalony lekkim ruchem muskularnej ręki.
– Leo! – woła Dia. Gurus nie pozwala jej na czułości – "Janus" – krzyczy wskazując mercatorium – spisek, zamach… – zadziera głowę do góry i zauważa ciemną plamę wewnątrz litery E. – Tam, tam.