Выбрать главу

Rydwan jest już naprzeciw nich. Navigator unosi rękę pozdrawiając tłum.

Gurus rzuca się w jego stronę. – Padnij! – woła. Ale wiwaty zagłuszają wszystko.

Dia patrzy na Sclavusa. Słowianin przytrzymujący rozhisteryzowanego chłopaka wydaje się nieobecny. Nic nie robi.

W pierwszej chwili nikt nie usłyszał strzału. Tym, co stali najbliżej, zdało się, że poniosły hippozaury. Navigator zachwiał się. Na panovidzie natychmiast pojawiła się jego postać. Wszyscy mogli zobaczyć wielką czerwoną różę wykwitającą na jego piersi. Krótki krzyk wydziera się z tysięcy gardeł, a potem na moment tłumy cichną jak złapane za gardło. "Konik" Druzzusa opada na ziemię. Sekuryci tworzą żywy mur wokół rydwanu. Panovidy gasną. Rozlega się wycie viviarek salvatoriańskich. Drugiego strzału nie ma. Tłum stoi niemy. Wielu płacze.

– Dlaczego, dlaczego nie uratowałeś go? – Gurus wlepia oskarżający wzrok w smutną twarz Leontiasa.

Ustępujący prefectissimus ściszył obraźnik. Właśnie podano, że Quintus Cedrus zmarł nie odzyskawszy przytomności w salvatoriańskim wirowcu mimo rozpaczliwych wysiłków lekarzy. Marcellis nalał kieliszek wzmocnionej vinissy. Zadzwonił prywatny fonikon. Uniósł słuchawkę.

– Nie, to nie galeria, pomyłka! – rzekł zgodnie z umówionym hasłem. Zatarł ręce. Jeszcze przez chwilę obserwował chaos panujący na ulicy. Za kwadrans w atrium obok miał spotkać się ze swym sztabem. Spodziewał się również wizyty Longinusa. Cicho otworzyły się drzwi od terasy.

– Kto, u diabła, cię tu wpuścił?

Przybysz, potężne chłopisko, trzymał w ręku odbezpieczonego króciaka, a jego twarz nie ujawniała najmniejszej skłonności do żartów.

– Kim jesteś, do licha? – powtórzył Marcellis. – Nie próbuj mnie straszyć, bo nie wyjdziesz stąd żywy.

– "Kto wszedł, ten wyjdzie", powiada Pismo – odparł przybysz. – A przybyłem tu, aby podziękować. Bardzo nam pan pomógł, prefectissimusie.

– Ja?

– Nie muszę tłumaczyć fachowcowi, że zarejestrowane połączenie foniczne stanowi niezły dowód… Zwłaszcza gdy rozmówcą jest rezydent wandalijskiego wywiadu, dla którego pracuje pan od dawna.

– To, to są jakieś podłe insynuacje! – cała krew odpłynęła z twarzy Marcellisa. – Zaraz, zaraz. Czy ty nie jesteś ten… no… Leontias?

– Zgadza się.

– Niepokonany Słowianin! – Prefectissimus odprężył się. – Rozumiem, że upatrzyłeś sobie mnie jako nagrodę pocieszenia? Bo co tu ukrywać, osiągnięcia masz kiepskie. Wódz nie żyje, zleceniodawca w szpitalu. W obecnej sytuacji to raczej ja mogę ci stawiać warunki, ba, gotów jestem nawet zapewnić interesującą pracę. Sądzę, że Kasjusz Longinus po objęciu navigatury pozostawi mnie na stanowisku.

– Czyżby też był człowiekiem Wandalii?

– On? – roześmiał się szef FOI. – Po co? Longinus to polityk uczciwy, ale słaby, idealny do poprowadzenia przez zdolnych doradców. Proszę odłożyć króciaka. Porozmawiamy o twojej karierze.

– Dziękuję za ofertę. Niestety, nie przyjmę. I proszę nie liczyć na swoich współpracowników. Tam już nikt nie został. – Podszedł do obitych gadzią skórą drzwi i otworzył je. Nie licząc wartownika w mundurze ochrony navigatorskiej nie było tam nikogo. Marcellis zbladł.

– Niczego mi nie udowodnicie.

– A musimy? Istnieje cała gama rozwiązań pośrednich. Sądziłeś zapewne, o czcigodny, że trop ekumeński i spisek Ruffixa zajmą mnie do reszty. Zajęły i owszem, ale w wolnych chwilach szedłem drugim tropem. Mylisz się więc sądząc, że nie rozgryzłem i waszego spisku. Znalezienie powiązań nie było takie trudne: zawodowy zabójca z Wandalii, Narens przypadkowo asystujący przy jego agonii, klawisz z ogniopiórem na twarzy…W momencie gdy ustaliłem, że dzwonił do twego zastępcy, byłem w domu. W międzyczasie zidentyfikowałem zabitego więźnia, sprawdziłem przypisywane mu zabójstwa. Sądzę, że miał kontrakt na Cedrusa i wygadał się o tym Narensowi. Nie mogliście ryzykować wpadki przed wynajęciem następnego… Więc… Właściwie brakowało mi tylko dowodu na twoją osobistą współpracę z Wandalią. Ale tego dostarczyłeś mi, prefectissimusie, przed chwilą. Jeśli się mylę, proszę prostować.

– Dlaczego więc nie udaremniłeś dzisiejszego zamachu?

– Czy wolno było mi dopuścić, by najwyższy urząd objął Ekumeńczyk? Nawet nawrócony.

– Jesteś większym łajdakiem ode mnie! – maska obojętności spadła z twarzy Marcellisa.

– Niech to zostanie między nami! Oczywiście, zgadzam się z opinią, że Longinus z dobrymi doradcami może być świetnym Navigatorem. Zwłaszcza w chwili gdy rozpada się Ekumena, a i Wandalia dojrzewa do reform. Postaramy się, aby ProNavigatorem został ktoś, kto będzie go uzupełniać. Ktoś inteligentny, lojalny…

– Kto?

– Choćby Korneliusz Gnerus. Pracowity, zdecydowany, bardzo antywandalijski.

– A ty? Przyjdziesz na moje miejsce?

– Jestem tylko nauczycielem. Wracam do mojej młodzieży, może się ożenię.

– A co ze mną? Zabijesz mnie? – pyta Marcellis.

– Nie, sam to zrobisz. Za pięć pacierzy przybędzie tu centurion od Druzzusa. Proszę pomyśleć o swojej rodzinie, o synach. Lepiej oszczędzić im kompromitacji. Kiedyś historycy docenią twoją rolę w rozpracowaniu agentów Ekumeny. Dane o nie istniejącej operacji "Siatka" podrzuconej naszym wrogom zostały spreparowane doskonale. A ostrzegawczy fonik do Tajgenisa wpędzający greckie imperium w wojnę domową, to pociągnięcie zaiste genialne. Potrzebujesz właściwej kapsułki? Mogę pożyczyć.

– Jestem przygotowany! – Ręka prefectissimusa nie drży, gdy nalewa sobie trzeci tego dnia kieliszek vinissy. – Napijesz się, Leontiasie?

– Nie, dziękuję.

Kieruje się do wyjścia, gdy Marcellis powstał z wysiłkiem.

– Nie jesteś ciekaw dlaczego? Jak to się stało, że zacząłem pracować dla tych barbarzyńców, tych Huno-Parthów udających Wandalów w rzymskich kostiumach? Szantaż, pieniądze – to nie wyczerpuje zagadnienia. A może miałem własną koncepcję rozwiązania kwadratury globalnego trójkąta? Dwóch przeciw trzeciemu… A może wierzę, że nasz libertyński świat gnije, że wyczerpał już swoje możliwości i przyszłość Innej wykluwa się nad Zewnętrznym Oceanem.

– Proszę wybaczyć, ale nie interesują mnie motywy zdrady.

Za Słowianinem zamykają się drzwi. Oczy prefectissimusa są zgaszone, puste. Słychać komendy sekurytów zajmujących kolejne skrzydła rezydencji.

W prosektorium hospicjum św. Łazarza leżą nagie zwłoki zastrzelonego mężczyzny. Za chwilę zaufani wizażyści przywrócą Navigatorowi wszelkie pozory życia, uróżowią policzki, zamkną oczy. Naprawy wymaga też peruka. Padając Navigator rozdarł ją o krawędź rydwanu i teraz wyłażą rude kędziory…

18. EPILOG

Trzy lata później podczas składania wizyty w Niepodległej Republice Wenedów szef Officjum Exterioryjnego dostojny Marek Ursin zażyczył sobie, mimo napiętego programu, dnia wolnego, w trakcie którego chciał odwiedzić starych przyjaciół. Władze republiki przystały na to chętnie i zapewniły pełną dyskrecję. Przyjaźń Wenedów z Federacją stanowiła rękojmię świeżo odzyskanej wolności. Wbrew oczekiwaniom po wojnie domowej Ekumena, lubo utraciła szereg ziem podbitych, nie wstąpiła na drogę pełnej demokracji. Ani wysiłki Argona Georgiasza, ani powrót z wygnania Eumentesa niewiele pomogły. Zniesiony oficjalnie kult Arymana trwał po domach. Starsi wzdychali do porządków Periandra. A większość mieszkańców Dolnej Akropolii po prostu odmówiła wyjścia na powierzchnię. Wszechwładzę Szarej Straży zastąpiły bractwa przestępcze, składające się często z tych samych ludzi co Arymanteja.

Ursin z dużym trudem odnalazł dom Dii i Leontiasa. Położony w lesie na skraju Polanowa, niedaleko dawnych koszar, w których Słowianin i jego młoda małżonka prowadzili obecnie dom dla sierot. Młodzi wychowankowie rozpalili ognisko. Dia mimo zaawansowanej ciąży sięgnęła po formingę. Z miasteczka na dwukole dojechał Gurus. Ursin ledwie go poznał. Piegus wyrósł, zeszczuplał i zmienił oprawkę okularów. Był teraz bardzo interesującym młodym intelektualistą. Nie dziw, że niejedna ze starszych uczennic wodziła za nim zakochanym wzrokiem.