Выбрать главу

— Komu, powiadam, byłaś potrzebna, Anno Piotrówno, komarze ty mizerny! Interesowała cię tylko kuchnia, od pieca nie odchodziłaś! I co po tobie zostało? Przepisy kulinarne, i tyle! A przecież szkoda nam ciebie, Anno Piotrówno! I tę stratę odczuwamy dotkliwie!

Wiktor Iwanycz uścisnął rękę ludkowi, podziękował:

— Dobrzeście powiedzieli, towarzyszu. Dziękujemy wam. W imieniu towarzystwa ochrony pomników, Nikita Iwanycz, poproszę was! Nikita Iwanycz wyszedł, też się wysmarkał.

— Przyjaciele! — zaczął. — Co mówi nam ten pamiątkowy przedmiot? — wskazał na poduszeczkę. — Bezcenna relikwia przeszłości! Co by nam opowiedziała, gdyby mogła przemówić? Ktoś wzruszy ramionami: kurz muzealny, śmietnik historii! Instrukcja do maszynki! Też coś! Nie, moi przyjaciele! O, nie! Jako były pracownik muzeum, które to obowiązki nadal staram się pełnić, póki mi siły pozwalają, powiadam wam! W tych trudnych latach, kiedy dokoła wiek kamienny, zmierzch Zachodu, zmierzch bogów, po wszystkim, przyjaciele, cośmy razem przeżyli — instrukcja obsługi maszynki do mięsa nie jest mniej cenna niż papirus z Biblioteki Aleksandryjskiej! Niż integralna część arki Noego! Niż tabliczki Hammurabiego! E, co tu mówić! Kultura materialna, przyjaciele, w każdej minucie się odbudowuje. Znowu wynaleziono koło, powraca koromysło, powraca zegar słoneczny! Wkrótce nauczymy się wypalać garnki! Prawda, przyjaciele? Przyjdzie kolej i na maszynkę do mięsa. I chociaż na razie wydaje się równie zagadkowa jak piramidy — a nie wiemy nawet, czy jeszcze stoją — tak samo niedostępna rozumowi jak kanały na Marsie — ale wybije godzina, przyjaciele, i maszynka zacznie działać! I ma rację Wiktor Iwanycz — stanie przed nami w postaci widzialnej, namacalnej, ważkiej, tak jak za naszych czasów stanął wodociąg, zbudowany jeszcze przez rzymskich niewolników! Wodociąg, niestety, do naszych czasów nie dotrwał, ale i jego tylko patrzeć! Będzie, wszystko będzie! Najważniejsze jest zachowanie dziedzictwa duchowego! Przedmiotu jako takiego nie ma, ale pozostała instrukcja jego obsługi, duchowy, nie boję się tego słowa, testament, nowina z przeszłości! I Anna Piotrówna, niepozorna, skromna babina, przechowała tę nowinkę aż do swojej śmierci! Westalka domowego ogniska, kamień węgielny, całego świata podstawa! To lekcja dla nas wszystkich, przyjaciele. Pomnik to, nie trudem rąk ciosany! Trwalszy niż ten ze spiżu, wyżej sięgający niż piramidy egipskie! Niski pokłon ci składamy, Anno Piotrówno, duszo święta!

Zapłakał i odszedł.

— Bardzoście dobrze powiedzieli, Nikito Iwanyczu. Dziękujemy wam. W imieniu dysydentów poproszę Lwa Lwowicza — rzekł Wiktor Iwanycz.

Wyszedł ludzik kudłaty, chudy. Gębusię skrzywił, paluszki na brzuchu splótł. Zakołysał się w przód i w tył.

— Tak, to, proszę państwa, jest symboclass="underline" świat ginie, ale maszynka do mięsa jest niezniszczalna. Maszynka dziejów. I tutaj pozwolę sobie nie zgodzić się z przedstawicielem towarzystwa ochrony pomników. — Znowu się skrzywił. — Maszynka do mięsa, proszę państwa. Z wymiennymi nasadkami. Ale ciągle ta sama. Tylko nasadki się zmieniają. A wolności jak nie było, tak nie ma. I co jest najbardziej przykre? To zakorzenienie. W świadomości ludu. Instrukcja… przykręcania śruby. Wiecznie kręcące się i wszystko miażdżące tryby. Przypomnijmy sobie Dostojewskiego: niechaj ginie cały świat, bylebym ja mógł pić herbatę. Albo kręcić mięso. Mięso armatnie, proszę państwa. Dlatego w tej godzinie czuję gorycz. Nas już przekręcono. A nadal chcą kręcić. O sytuacji gospodarczej nie będę teraz mówił: wszyscyśmy zmarzli. Po prostu chcę zwrócić waszą uwagę. Tak, maszynka do mięsa. Zrobiona jeszcze przez niewolników Trzeciego Rzymu. Niewolników! A gdzie są kserokopiarki?

— Bardzo dobrzeście powiedzieli, Lwie Lwowiczu. Dziękujemy wam. W imieniu społeczności kobiet! Lilia Pawłówna!

Benedikt nie chciał słuchać baby, przysiadł z boku na kępce, czekał, póki nie skończą. Zaczęło podmarzać, udeptaną nogami glinę ściął mrozik; przykryła ją śnieżna kasza. Wiosna nie może się przebić, jakoś jej się nie udaje. Do ciepełka by tak, do wyrka. A Oleńka żeby placuszków przyniosła i kwasu gorącego. Oleńkal… To ci krasa dopiero! Z taką krasą nawet strach się żenić! Kosa długa… Oczka jasne… Twarzyczka jak jajeczko abo, lepiej powiedziawszy, trójkącik… Pulchniutka ci jest, a może to szatek ciepłych tyle na nią nakładli. Paluszki cienkie. Niechby już tak nastał Majowy od Roboty Wolny… Niech u okna siedzi i wyszywa, a Benedikt na nią przez dzionek cały by patrzył.

Dawni tymże czasem pogadali, popłakali, coś ponurego zaśpiewali, zakopali staruchę i zaczęli się rozchodzić. Nikita Iwanycz, nosem pociągający, przysiadł się do Benedikta, rozwiązał kapciuch, rdzy do listeczka nawtykał, sobie skręta i Benediktowi skręcił. Ogienkiem chuchnął i zapalili.

— Na co pomarła, Nikito Iwanyczu?

— Nie wiem, Beniu. Któż to wie?

— Objadła się, czy co?

— Ej, Beniu!

— Nikito Iwanyczu, żenić się zamyślam.

— Mądra rzecz. A nie za młodyś jeszcze?

— Nikito Iwanyczu! Trzeci krzyżyk mam!

— Też prawda… A ja chciałem cię zachęcić do pewnej sprawy… Po starej przyjaźni…

— Co to za sprawa? Stawianie słupów?

— Nawet lepsza… Chcę postawić pomnik Puszkinowi. Na Bulwarze Strastnym. Kiedyśmy chowali Annę Piotrównę, pomyślałem sobie… Takie skojarzenia, wiesz? Tam Anna Piotrówna Kern, tu też Anna Piotrówna… Pamiętam nagłe zachwycenie… Jeśli minie, to miło będzie… Powinieneś mi pomóc.

— Co za pomnik?

— Jak by ci to wytłumaczyć? Figurę z drewna wytniemy, ludzkiego wzrostu. Piękny taki, zamyślony. Głowę ma pochyloną, rękę na piersi położył.

— Jako się baszy kłaniają?

— Nie… To tak, jakby się przysłuchiwał: co nadejdzie? Co minęło? I rękę — do serca. O, tak… Puka? A to jest życie właśnie.

— Kto to jest ten puszkin? Miejscowy?

— To geniusz. Umarł. Dawno.

— Objadł się czego?

— O Boże, za co mnie tak karzesz? Że też, Panie, musiałeś stworzyć takiego barana, takiego ćwoka…! Głupi Gabryś, Nieumiałek, a przecież syn Polipy Michajłówny! Zresztą sam jestem temu winien. Trzeba było się tobą zaopiekować wcześniej. Za to teraz będę miał zajęcie na starość. Musimy cię okrzesać. Zawód masz dobry, jesteś oczytany — prawda?

— Oczytany, Nikita Iwanyczu! Strasznie lubię czytać. I w ogóle sztukę. Muzykę kocham.

— Muzykę… Tak… Ja lubiłem Bacha…

— No, pewnie. Mnie też się podoba.

— A skąd ty go możesz znać? — zdziwił się stary.

— No jakże! He! Przecie Siemion — znacie Siemiona? Tego, co nad Zaświnionym Stawem ma chatkę? Obok Iwana Wołowicza? O tu — Iwana Wołowicza chatka, a tu — Siemiona? Po prawej, tam gdzie rozpadlina.

— Tak, no i co ten Siemion?

— No to jak ten się kwasu nachleje, to taką głośną muzykę gra: wiadra, garnce do góry dnem obróci i dalej kijem tłuc — umpa, umpa, umpa, a potym w beczkę, też odwróconą: Bach! Bach! Bach!

— Tak… — westchnął Nikita Iwanycz.

Posiedzieli, pomilczeli, popalili. Tak, miło myśleć o muzyce. Abo o śpiewaniu… Trzeba Siemiona zaprosić na wesele. Wiater zadął, rzucił jeszcze śnieżną kaszą.

— No co, pójdziemy, Nikito Iwanyczu?… Bo mi ogonek marznie.

— Jaki ogonek?!

— Jak to jaki? Zwyczajny. Ten z tyłu.

EN

Masz ci los! Takie rzeczy. Człek zamierzy, a Bóg uderzy. W życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłeś się lasu! Żyłeś, żyłeś, cieszyłeś się słoneczkiem, patrzyłeś na gwiazdki, wąchałeś kwiatki, marzenia miłe snułeś, i nagle — taki cios. Krótko mówiąc — dramat. Hańba i dramat — takie okropieństwo jeszcze nikomu się nie przytrafiło, nawet kołaczykowi!