Выбрать главу

— Wiktor Iwanycz nigdy w życiu by nie rył bzdur na słupie — zaprotestowali Dawni. — To absolutnie niemożliwe… Nawet wyobrazić sobie trudno…

— Dlaczego by nie rył? Skąd wiecie? Co to on — głupszy od was czy co? Wy ryjecie, a on niech nie ryje, tak? O bramie to można, ryjcie do woli, a o człowieku nigdy, tak?

Wszyscy trzej milczeli i sapali.

— No tak — powiedział Nikita Iwanycz, wystawiający przed siebie obie dłonie. — Spokojnie. Chwileczkę! Zaraz się skupię i ci wyjaśnię. Dobrze. Pod pewnym względem masz rację. Człowiek jest ważny, na pewno. Ale gdzie jest sedno sprawy? — Nikita Iwanycz złożył trzy palce razem. — Sedno jest w tym, że ta pamięć — słuchaj uważnie, Benedikcie! — może istnieć na różnych poziomach…

Benedikt splunął.

— Za głupiego mnie macie! Jak z małym dziecięciem!.. Jak on wysoki jak tyka, to i pozium ma inszy! Na samej górze wyryje! A jak karzełek, to nie dosięgnie, na dole napisze! A tu pośrodku akurat dla wzrostu Wiktora Iwanycza. To on, jakże można wątpić!

— Steeep dokoooła, steeeeep — ni stąd, ni zowąd zaśpiewał Lew Lwowicz.

— Jaaamszczyk koooonie gnaaaaa! — uradował się Benedikt, który piosnkę tę ulubował sobie, zawsze w drodze śpiewał i wygeneratom też śpiewać kazał. — Czuuuje bliiiską śmieeeeerć…

— W oooku błyyyyszczy łzaaaa!

Zaśpiewali we trzech, Benedikt basem, Nikita Iwanycz ochryple, a Lew Lwowicz głosem takim pięknym, wysokim, rzewnym. Nawet Nikołaj na dworze się zdumiał. Przestał skubać trawkę i popatrzył na śpiewających.

Ty mnie, druhu móóóój Nie wspominaj źleeeeeee, Wykop w stepie gróóób I pochowaj mnieeee!

Tak śpiewało się, taka rzewność, letkość taka w nich wstąpiła, taka zgoda, skrzydła takie, jakoby zadymiona chatynka nie chatynką była, ale polaną, jakoby przyroda cała głowę podniosła, obróciła się, zdumiała, gębę otworzyła i słuchała, a ślozy jej tak płynęły, tak płynęły! Jakoby sama Królewska Ptaszyca od siebie, kochanej, się oderwała, oczami najjaśniejszymi na ludków spojrzała i dziwowała się wieldze! Jakoby nie wymyślali sobie dopiero co, serc nie rozpalali, złośliwym zwrokiem nie popatrywali, pogardy wzajemnej na gębie nie przybawiali, jakoby ręce nie swędziały, żeby wziąć i kułakiem w gębę zamalować towarzysza, żeby nie krzywił na cię swojej gębusi, paszczy w bok nie odsuwał, przez zęby nie cedził, warg nie odymał! A i nie za bardzo zeźlisz się, śpiewający, bo wtedy gęba otwiera się równiutko. Jak się pokrzywi, to piosnkę zepsuje: piśniesz nie tym dźwiękiem, zbijesz się z tonu, jakobyś co uronił, wylał! A gdybyś zepsuł piosnkę — to na głupiego wyjdziesz, winnego nie masz, jeno ty! Insi dalej idą, piosnkę wyśpiewują równiutko, ani się zachwieją, a ty jakobyś się potknął po pijaku i gębą w błoto rymsnął, taka hańba!

Zanieś, proszę, wieść Drogiej żonie meeeej…

Lew Lwowicz urwał piosnkę, walnął głową w stół i zapłakał tak, jakoby szczekał. Benedikt przestraszył się, przestał śpiewać, spojrzał na Dawnego, zapomniał i gębę zawrzeć, tak i na bukwie „e” została rozwarta.

— Lwie Lwowiczu! Lewku! — Zakrzątnął się Nikita Iwanycz, biegający we wszystkie strony, szarpał płaczącego za rękawek, łapał kubek, ciskał kubek, łapał ręcznik, ciskał ręcznik. — No i cóż pan tak?! Lewku! No, dajże pan spokój! Przecież jakoś żyjemy! Żyjemy, prawda?

Lew Lwowicz tłukł głową o stół to lewą, to prawą stroną, jakoby przeczył tamtemu, i nie chciał przestać.

— Beniu, niech pan da wody! On nie powinien się denerwować; serce ma chore!

Napoili Dawnego, wysuszyli ręcznikiem, a rękami przed nosem pomachali.

— Ładnie pan śpiewa! — pocieszał go Nikita Iwanycz. — Uczył się pan czy to wrodzony talent? Rodzinna tradycja?

— Na pewno… Tato był dentystą — chlipnął na ostatek Lew Lwowicz. — A po mamusi jestem Kozakiem.

JER MIĘKKI

Babskiego tułowia, powiadają, nigdy za dużo, i prawdę mówią. Rozparło Oleńkę wszerz i w ogóle — śliczniej już nie da rady. Gdzie raniej był podbródek z dołkiem, tam ich teraz osiem. Cycki sześć razy większe urosły. Siedzi na pięciu taburetach, bo trzech jej mało. Niedawno musieli poszerzyć drzwi, ale widać poskąpili, bo znowu poszerzać trzeba. Inszy mąż by się szczycił. A Benedikt patrzył na całą tę piękność bez żadnego wzruszenia. Nie ciągnęło go ani fiku-miku jej robić, ani łaskotać jej, ani łapać.

— Ty, Benedikcie, nic się na kobiecej urodzie nie znasz. Terentij Piotrowicz, ten to ceni… Idź spać do inszej izby.

A kij jej w oko. Jeszcze przygniecie w nocy, zatłamsi. Benedikt zrobił sobie legowisko w bibliotece. Tam chrapania jej prawie nie słychać. I sygnał prędzej przyjdzie.

Spał, nie rozbierający się, myć się przestał, bo to nudne. Za uszami miał to i owo: kurz, śmiecie, stwory jakieś się osiedliły, niespieszne i wielonogie. Po nocach z miejsca na miejsce przechodzą, krzątają się, może gniazda swoje przenoszą, ale kto taki — nie widać, za uszami przecie są. Nogi też spotniały i się skleiły. To bez różnicy. Leżysz jako trup ciepły; uszy nie słyszą, oczy nie patrzą. Ręce, co prawda, mył, bo taki wymóg w robocie.

A gdzie jest to światło? Nie widzę go nigdzie na ziemi.

Wstaniesz, do kuchni pójdziesz, kokiet z miski dwoma palcami wyłowisz, trzecim galarytę z niego objesz. I zjesz. Bez żadnego wzruszenia. Zjadłeś to zjadłeś. No i co? Pląsać masz z uciechy?

Odciągniesz pęcherz z okna — gęsty deszczyk rosi, w kałuże bije i bije; chmury niskie, całe niebo okryły, w dzień ciemno, jakoby wcale nie świtało. Przez podwórze rab idzie — połą siermięgi głowę od deszczu osłonił, kałuże omija, worek siana dźwiga dla wygeneratów. Kiedyś, dawno — o jak dawno, w dawnym życiu! — kiedyś zacząłby zgadywać: pośliźnie się czy nie? Upadnie? A teraz patrzysz tępo: tak, pośliznął się rab. Tak, upadł. Ale dawnej radości już nie ma.

Latarnik zapalić je winien, lecz pewnie drzemie.

Latarnik drzemie, radości moja…

A ja… cóż tu pocznę?8 W sypialnej izbie stuk i huk: Oleńka z Terentijem Piotrowiczem w domino igrają, śmieją się. W inszy czas wdarłby się do izby jako wicher srogi, Terentijowi pysk by rozkwasił, zęby powybijał, wykopał z rodzinnych pokojów. Oleńce by też odpowiednio przyserniczył: złapałby za włosy, za te jej kołki-stukołki, i o ścianę tą śmietankową gębą, i jeszcze! I jeszcze raz! A masz, a masz! I obczasami podeptać, i po żebrach, i po żebrach!

A teraz to mu wszystko jedno: igrają, to niech sobie igrają.

Leżysz. Leżysz. Leżysz. Bez jenijuszu, bez natchnienia. Bez łez, bez życia, bez miłości. Może miesiąc, może pół roku, i nagle: cssiii! Jakoby czymś powiało. A to sygnał.

Drgniesz od razu, nastroszysz się. Przyszło czy się pokazało? Chyba się pokazało… Nie! I znowu! Wyraźnie! Na łokciu się podniesiesz, ucho wystawisz, jakobyś słuchał.

Jakoby światełko małe w głowie, jako świeca za uchylonymi drzwiami… Nie przestraszysz go…

Troszeczkę okrzepło światło, widać chyba izbę jaką. Pośrodku izby — nic, a na tym nicu — książka. Kartki się przewracają… Jakobyś do oczu zbliżył, i już można rozróżnić, co napisane…

Wtedy wszystko w ustach wyschnie, serce wali, oczy całkiem oślepną: widzisz tylko książkę i jak się przewracają kartki, cięgiem przewracają! A co się wokół ciebie dzieje, tego nie widzisz, a jeśli nawet widzisz, to sensu w tym nijakiego! Sens, ot, gdzie jest? W książce! Jeno ona jest prawdziwie żywa, a twoje wyrko, taburet czy izba, teść z teściową abo żona czy tam jej miłośnik — nieżywi są, narysowani, same cienie biegnące! Jako od obłoku cień po ziemi przebieży, i nie masz go!