– Nigdy panu nie zapomnę tej przysługi – powiedział przy pożegnaniu. – Ożywił pan martwego człowieka...
Rozdział Xi: Przed wybuchem
Kiedy odgłos silników samolotu, w którym Seymour udawał się na południe, ucichł i rozpłynął się we mgle otaczającej nieprzeniknionym całunem lotnisko, Jan uderzył Renarda lekko po ramieniu.
– Chodźmy!
Ruszyli w kierunku samochodu. Noc była wietrzna. Rękaw powiewający nad dachem hangaru łopotał na wietrze wynurzając się z oparu jak wielki, nieforemny palec utajonego w mroku olbrzyma. Smolarski mimo woli wzdrygnął się. Nie zazdrościł przyjacielowi tej podróży. Pomyślał o tonącej w deszczu nadmorskiej równinie. biedny Seymour! Niedługo już zawiśnie w lodowatym powietrzu i kołysząc się na linkach spadochronu wyszukiwać będzie oczyma upragnionej ziemi.
W czasie drogi nie odzywali się prawie do siebie. Kiedy auto pomknęło po jednej ze śródmiejskich ulic stolicy, Renard pochylił się w stronę siedzącego za kierownicą Jana.
– A może byśmy wpadli do biura? Ostatnio ciągle są jakieś wiadomości.
– Dobrze – Jan przystał na to. Przystałby zresztą na wszystko, co zaproponowałby mu w tej chwili Renard. Śmierć Elżbiety, odjazd Seymoura i zbliżająca się szybkimi krokami inwazja, wytrąciły go z równowagi. Nie znosił problemów psychicznych. Niebezpieczeństwo grożące ze strony uzbrojonego nieprzyjaciela można było łatwiej znieść. Nadchodząca inwazja niosła z sobą gorączkowe wizje zwycięstwa. W myśli widział już dzień, w którym Niemcy zostaną powalone. Przez szereg lat starał się myśleć jak najmniej o rodzicach, domu i Kraju. Była to najlepsza recepta na nostalgię. Obecnie wszystko to wydawało się denerwująco bliskie.
Weszli do biura. Panował tu zwykły, codzienny nastrój. Dyżurni wartownicy drzemali z palcami na spustach pistoletów maszynowych. Służbowy podoficer podniósł się na widok wchodzących i zasalutował:
– Captain Renard and Captain Smolarsky?
– Yes?
– Orders for both of you!
Podał im dwie długie, zalakowane koperty.
– Szukaliśmy panów wszędzie. Miałem co godzina wysyłać gońców do domów, aby przekonać się, czy panowie jeszcze nie wrócili.
– Czy to tylko o nas chodzi?
Podoficer uderzył ręką w stos kopert wyglądających identycznie jak te, które wręczył przed chwilą obydwu oficerom.
– Od siódmej wieczór rozsyłam wszystkich ludzi, jakich mam do dyspozycji. Przyzna pan, że znalezienie człowieka w Londynie natrafia jednak na pewne przeszkody.
Renard roześmiał się.
Rozdarł kopertę i przebiegł wzrokiem kilka linijek maszynowego pisma.
„Stawi się pan natychmiast, po otrzymaniu tego rozkazu w...“
podpisano (–)
Popatrzył spod oka na Jana. Nie chciał wypytywać go o treść otrzymanego rozkazu, lecz przysiąc mógł, że brzmi on dokładnie tak samo. Wątpliwości jego rozwiał sam Smolarski. Odprowadziwszy Renarda na stronę, tak aby podoficer nie mógł ich usłyszeć, powiedział:
– Otrzymałem rozkaz natychmiastowego stawiennictwa w ... Nie wiem, kiedy wrócę. Muszę więc pana pożegnać.
– Niech pan sobie wyobrazi, że i ja tam teraz jadę.
– To świetnie – Jan ucieszył się, lecz już po chwili spoważniał. Widocznie rozkaz zaskoczył go.
W gmachu „XX“ obaj oficerowie znaleźli natychmiast wskazane w rozkazie biuro. Na pukanie Jana odpowiedział głośny okrzyk z wewnątrz. Rumiany kapitan siedzący za biurkiem rzucił okiem na ich papiery i natychmiast przywołał żołnierza.
– Odprowadzicie panów do autobusu!
Zamienili zdumione spojrzenia, lecz bez słowa udali się za idącym na przedzie kapralem. Prawie natychmiast po ich wejściu autobus ruszył. Znajdowało się w nim jeszcze kilkunastu wojskowych. Nie słychać było żadnych rozmów: Widocznie wszyscy jadący porwani zostali wprost z domów lub z miejsca pracy i nie znali się między sobą.
Po kilkunastu minutach znaleźli się poza miastem. Jan szepnął do siedzącego przy nim Renarda.
– Ciekaw jestem, co to wszystko znaczy?
– Mam przeczucie – Francuz uśmiechnął się.
– Nie myśli pan chyba, że to już...
Renard nie odpowiedział lecz kiwnął potakująco głową. Po godzinie zatrzymali się. Miejsce, w którym się obecnie znajdowali, wyglądało jak obóz wojskowy. W świetle przedzierającego się przez chmury księżyca, Jan dostrzegł zarysy baraków. Ciągnęły się one daleko. Reszta obrazu tonęła w mroku. W tej samej chwili z ciemności wynurzył się człowiek. Głos miał jasny i ostry. Kiedy zaczął mówić, wszyscy zwrócili głowy w jego stronę.
– Proszę panów. Od tej chwili jesteście odizolowani zupełnie od świata zewnętrznego. Jeżeli ktokolwiek ma jakąś niezwykle, powtarzam: niezwykle ważną sprawę do załatwienia na zewnątrz, proszony jest o przedłożenie jej natychmiast w biurze oficera „Intelligence“. Postara się on w miarę możliwości załatwić ją. Reszta panów, a więc ci, którzy nie mają naglących spraw do załatwienia, proszę za mną na kolację.
Weszli do dużej, żołnierskiej jadalni, gdzie czekały już zastawione stoły. W trakcie jedzenia na salę wszedł ten sam człowiek. Teraz dopiero Jan zauważył, że mimo młodego wieku ma na ramionach odznaki pułkownika.
– Po ukończeniu posiłku, wyczytani przeze mnie panowie udadzą się pojedynczo na odprawę do kasyna oficerskiego, które znajduje się na przeciw drzwi jadalni.
Jan, który skończył już jeść, podał rękę Renardowi.
– Przy tego rodzaju niespodzianych przejściach, niewiadomo, kiedy się znowu zobaczymy. Wolę wobec tego pożegnać się z panem.
– Szczęśliwej podróży! – Renard mocno uścisnął jego dłoń. Jan udał się do niskiego budynku na wprost jadalni. Skierowano go do dużego pokoju, w którym stały dwa biurka. Za każdym z nich siedział oficer. Jan zameldował jednemu z nich swoje przybycie.