Выбрать главу

Dźwięk, który teraz uderzył ich uszy, był zupełnie odmiennego rodzaju: zamiast spodziewanych czystych tonów rozległy się chrapliwe i ostre. Znieruchomieli oboje, potem spojrzenia ich spotkały się na chwilę. W dźwiękach, urywanych i szorstkich, można było rozpoznać coś w nieokreślony sposób bliskiego, choć treść pozostawała niezrozumiała.

— To musiało wyjść z ust… człowieka lub istoty o niezmiernie podobnej budowie narządów mowy! — powiedziała wreszcie Ewa stłumionym szeptem.

Ted skinął głową. Jemu także przyszło to od razu na myśl. Zastanawiał się jedynie, do którego z ziemskich języków podobna jest ta mowa przechowywana w fonotece nieznanych istot.

— Chodźmy! — powiedział wreszcie, gdy głos zamilkł. — W ten sposób nie zdążymy nawet pobieżnie przejrzeć reszty pomieszczeń. Sami i tak nic nie zwojujemy. Niech się tym zajmą lingwiści.

Do kilku dalszych pomieszczeń ledwie zajrzeli — były zastawione aparaturą, nad której działaniem nie było sensu teraz się zastanawiać, tak była odmienna od wszystkiego, co kiedykolwiek widzieli. Szukali w pierwszym rzędzie czegoś, co uważali za najistotniejsze — śladów twórców tego wszystkiego.

W następnym niewielkim pokoiku znaleźli jedynie długie, prostopadłościenne pudło ustawione w kącie pod ścianą. Ewa przeszła do dalszych pomieszczeń, lecz Ted nie oparł się ciekawości i zaczął majstrować przy pokrywie skrzyni. Nie dawała się początkowo uchylić. Po chwili dopiero spostrzegł na jej tylnej części proste urządzenie stanowiące zamek. Bez trudu odgadł jego działanie i uniósł pokrywę. Pod nią leżała jakaś miękka wyściółka — rodzaj gąbczastego materaca.

Ted uchylił róg tego przykrycia i natychmiast odskoczył ze stłumionym okrzykiem.

Jego krzyk zabrzmiał widocznie przerażająco w słuchawkach Ewy, bo przybiegła z rozszerzonymi oczami i dopadłszy chłopca potrząsnęła go silnie za ramiona.

— Co?! Co to było?

Ted stał sztywno, z wyciągnięta ręką, o kilka kroków od skrzyni. Patrzył wciąż w jej stronę, nie mogąc wyrzucić ani słowa z zaciśniętego gardła.

— Tammm… ktoś jest! — wykrztusił wreszcie.

Ewa przymknęła oczy. W jej pamięci odżyły wszystkie wyobrażenia o istotach z innych planet, istotach niepodobnych do czegokolwiek w świecie. i<

Uodporniwszy się w ten sposób na wszelkie możliwe niespodzianki i zaskoczenia, podeszła szybko do skrzyni.

Nie pomogły najfantastyczniejsze wyobrażenia. Ewa wydała coś w rodzaju westchnienia czy jęku i cofnęła się w stronę Teda.

W skrzyni — wtopiony w bryłę przejrzystego szkliwa — leżał człowiek.

— Czy… on żyje? — zapytała po dłuższym milczeniu Ewa, pochylając się nad skrzynią.

Ted wzruszył niepewnie ramionami.

— Wygląda jak model anatomiczny, jak dokładna kopia…

— Kopia kogo?

— Człowieka lub istoty człekopodobnej!

— Czyżby… tu byli ludzie? Absurd!

— Kto tam wie…

Ted raz jeszcze spojrzał na leżącego. Był to smukły, pięknie zbudowany mężczyzna o ciemnooliwkowej skórze i długich czarnych włosach. Leżał na wznak, z rękami równo wyciągniętymi wzdłuż ciała, powieki miał opuszczone. Czarna, łopatkowato przystrzyżona broda sterczała uniesiona lekko ku górze.

— Tamten głos — powiedziała Ewa — i ten tu… Jeśli to nie była wyprawa z Ziemi, to oznacza, że…

— Nic nie oznacza! — uciął Ted. — Nie sugerujmy się.

— Może są i inni, w innych pomieszczeniach? Chodźmy, zobaczymy…

Poszli dalej korytarzem. Nagle Ewa, zaniepokojona jakimś odgłosem, odwróciła głowę. Znieruchomiała, zacisnąwszy palce na przegubie Teda. Spojrzał w tym samym kierunku.

Platforma windy na skrzyżowaniu korytarzy unosiła się powoli w górę.

— Ktoś otworzył właz! — szepnęła Ewa blednąc.

Cofnęli się pod ścianę. Ted pchnął pierwsze z brzegu drzwi. Ukryli się w ich wnęce.

— Wracają… Jednak są tu! — szepnął Ted. Wychylając głowy, obserwowali korytarz.

— Nie! — zadecydował nagle Ted. — Nie będziemy się kryć! Nie boimy się ich przecież!

Odważnie wystąpił na środek korytarza. Platforma opadała powoli w dół. W pierwszej chwili dostrzegli trzy pary nóg, a gdy platforma zrównała się z poziomem podłogi — trzy postacie w skafandrach.

Ted poczuł lekki zawrót głowy. Więc stało się! Oto początek nowej epoki! Tylko… co dalej? Co robić? Mówić? Dawać znaki?

Jedna z trzech przybyłych istot wysunęła się naprzód. Ted bezradnie opuścił ręce, zrobił krok w jej stronę…

— Do licha! Przecież to nasi uciekinierzy! — w słuchawkach Teda i Ewy zadźwięczał głos… Hara Adlera.

— Niech ci się nie wydaje, że jesteś genialnym odkrywcą! — grzmiał Igen swym głębokim basem. — Jesteś tylko niezdyscyplinowanym i nieodpowiedzialnym smarkaczem! Masz szczęście, że nie urodziłeś się o dwieście lat wcześniej, wtedy bym ci skórę sprał!..

Ted stał z opuszczoną głową i nie śmiał powiedzieć ani słowa w swej obronie, bo ojciec miał, niestety, rację.

— Bez twojej wariackiej wyprawy też odkrylibyśmy wkrótce te podziemia. A tak… przerwaliśmy wszystkie prace, wywlekliśmy batyskaf z oceanu… — ciągnął Igen coraz ciszej.

Widać było po jego rozbieganych oczach, że pozbywszy się niepokoju o dzieci, najchętniej zabrałby się do obejrzenia Bazy. Toteż z wyraźną ulgą przyjął słowa Hara, który też rozglądał się coraz niecierpliwiej dokoła:

— Daj spokój, Igen. Przecież jakby nie było Ted i Ewa dokonali epokowego odkrycia! Skoro już tu jesteśmy, obejrzyjmy sobie „conieco”.

Fonotekę i postać w skrzyni Ted pokazał przybyszom na samym wstępie, licząc na to, że ich zaabsorbuje i w ten sposób uniknie dalszych wymówek. Nie pomylił się w swych rachubach. Mężczyzna leżący w skrzyni wywarł na innych członkach ekipy równie piorunujące wrażenie, jak na Ewie i Tedzie.

Rozbiegli się po Starej Bazie.

Har zaglądał do wszystkich pomieszczeń po kolei, wreszcie, wychylając głowę z jakichś drzwi na korytarz, zawołał wszystkich do siebie. Na środku „pokoju” stał na niskim postumencie ogromny blok szkliwa, podobny do dużego akwarium. W jego wnętrzu jarzyło się mnóstwo drobnych, różnobarwnych iskierek. Gdy wszyscy otoczyli kręgiem ten niezwykły przedmiot, Har spytał:

— Jak wam się wydaje, co to może być? — Z miny jego można było wyczytać, że sarn już odgadł.

— Plastyczna mapa nieba! Wygląda ono jak na stereoekranie w rakiecie — wykrzyknął po chwili zastanowienia Max.

— Aha! — zgodził się Har. — A ta linia, popatrzcie?!

Dwa spośród świetlnych punkcików wyobrażających gwiazdy w przestrzeni połączone były cienką kreseczką.

— Przede wszystkim, co to za gwiazdy? — zastanawiał się głośno Ted.

— Popatrzcie z tej strony, wzdłuż linii — wskazał Har.

— Ależ to… nasze Słońce i Lalande 21185! — zawołał Igen.

— Oczywiście! Widać tu jak na dłoni wszystkie najbliższe gwiazdy — podniecony Har wskazywał kolejno palcem — Syriusz, Proxima, układ Tolimaka, układ Procjona… Nawet o maleńkiej gwieździe van Maanena nie zapomniano!

— A więc ta linia to trasa lotu! — powiedział Max.

— Tak, tylko nie wiadomo, w którą stronę: z Ziemi tu czy odwrotnie — zauważył Igen.

— Ludzki głos, ten martwy czy też uśpiony człowiek, no i ta mapa zdają się wskazywać jednoznacznie… — próbował podsumować Ted.

— Ktoś śmiał nas wyprzedzić! — huknął Max i roześmiał się.