„Sum” wylądował na środku dużej polany, wśród brunatnego koliska wypalonej ziemi.
Polana była pokryta wielobarwnym dywanem niskiej, lecz gęstej roślinności. Brzegi jej okalała zwarta ściana zarośli, spoza której przezierały miejscami ciemnobrunatne pnie wysokich drzew. Przez chwilę penetrowali polanę i skraj puszczy za pomocą kamer i lornet.
— Nikt nas jakoś nie wita… — powiedział Ted. — Nieładnie ze strony gospodarzy…
— Jeszcze w epoce przedkosmicznej wywiódł ktoś uczenie — zauważył Max — iż napotkanie mądrzejszych od nas istot na planecie, do której zdołamy dotrzeć, jest niemożliwością. Gdyby bowiem osiągnęły przed nami odpowiedni poziom rozwoju, przybyłyby do nas pierwsze.
— Pogląd słuszny, ale jedynie wtedy, gdy się założy, że podróże kosmiczne są koniecznością życiową wysoko rozwiniętych istot. Jeśli jednak ktoś mądrzejszy od nas doszedł do innego wniosku i inaczej ukierunkował wysiłki techniczne? — zauważyła Wera.
— Ci jednak, którzy budowali Starą Bazę, przybyli skądś na Orfę! Odbywali zatem podróże kosmiczne, a trudno nie uznać ich za mądrzejszych od nas w dziedzinie techniki — wtrącił Adam.
— No, a ten… zakonserwowany osobnik? — przypomniała Ewa.
— Nie, moi drodzy. Nie będziemy tyle gadać — zgromił ich Har. — Wiem, że każdy ma swoje ukryte przypuszczenia i teorie, ale pozwólcie, że skorzystam z prawa dowódcy grupy i poproszę o przyjęcie do wiadomości roboczej hipotezy, z którą zapoznałem was w drodze na Florę. Przyznaję, że hipoteza nie wydaje się teraz zbyt uzasadniona, ale trzymamy się jej w braku wiedzy o stanie faktycznym.
— Uff! — sapnął Ted. — Mamy więc wierzyć w człekokształtnych Florytów, którzy bywali na Orfie…
— Tak. To rozkaz! — powiedział Har, tłumiąc śmiech. — Dla dobra sprawy, by nie tracić czasu na jałowe dociekania.
— A tak prywatnie — mruknął Adam, przysuwając się do Adlera — to co ty myślisz o mieszkańcach tej planety?
— Do licha! — warknął Har. — Nic sobie nie robią z moich rozkazów! A poza tym ci przyrodnicy są nieznośni! „Co myślisz?”, „co sądzisz?”, i tak w kółko. Czy ja muszę wiecznie myśleć? Nie wolno mi przez chwilę nie myśleć o niczym?
A potem — wyglądając przez iluminator — powiedział:
— Myślę… że tu jest naprawdę bardzo ładnie!
Nie mogli nie przyznać mu racji. Wokoło było naprawdę pięknie.
Nie od razu jednak można było opuścić rakietę. Drobiazgowe badanie warunków fizykochemicznych i biologicznych zajęło przeszło pół godziny. Ku ogólnemu zadowoleniu okazało się, iż nie będzie konieczne używanie ciężkich i niezbyt wygodnych ubiorów kompensacyjnych. Należało jednak zachować pełną izolację organizmów od atmosfery floryjskiej. Zdecydowano się więc na lekkie ubiory z cienkiej, lecz mocnej folii, połączone z przejrzystą maską, osłaniającą twarz.
Maska była skonstruowana w ten sposób, że przez jej ścianki wykonane z półprzepuszczalnej błony silikonowej można było swobodnie oddychać tlenem zawartym w dostatecznej ilości w atmosferze. Tym sposobem uwolniono się od konieczności obładowywania się zapasami ciekłego tlenu.
W skład osobistego ekwipunku wchodziły poza tym plecaki z wbudowanym odrzutowym aparatem lotnym i zapasem materiału napędowego oraz ogrzewane śpiwory i koncentraty odżywcze.
Wyprawa — na razie tylko w promieniu trzydziestu kilometrów wokół miejsca lądowania — miała posiadać charakter „turystyczny”. Była to część planu zaprojektowanego przez Hara, który dowodził, iż badać planetę, a szczególnie jej ewentualnych mieszkańców, można z powodzeniem tylko wtedy, gdy nie zakłóca się w znaczniejszej mierze jej naturalnych warunków.
Pomysł budził początkowo poważne obawy, lecz po zanalizowaniu szczegółów okazał się mniej niebezpieczny, niż się zrazu wydawało.
— Moglibyśmy co prawda zawitać tu z całym naszym wyposażeniem technicznym, ze sforą pojazdów i automatów, słowem: z paradą i hałasem — tłumaczył Har, gdy Ewa i Ted dopasowywali kombinezony — ale skutek byłby taki, że mieszkańcy planety albo przeraziliby się nas na samym wstępie, albo, co gorsza, mogliby nasze wkroczenie poczytać za próbę inwazji. Gdyby okazało się przy tym, iż mamy rzeczywiście do czynienia z twórcami Starej Bazy, nasza technika i środki obrony mogłyby się na nic nie przydać wobec ich możliwości…
Przejrzyste maski nie zniekształcały normalnego, ludzkiego wyglądu twarzy i dopiero z bliska można było je dostrzec.
— Wiesz, Har — powiedziała Ewa — wyglądasz nawet dość podobnie do tego brodacza ze Starej Bazy. Jeśli Floryci wyglądają tak, jak on, to nie wzbudzisz wśród nich najmniejszego zdziwienia!
— Prawdę mówiąc — uśmiechnął się Har — właśnie to podobieństwo nasunęło mi pomysł „prywatnego” kontaktu z Florytami. Teraz jednak wydaje mi się, że nie na wiele się to przyda.
— Sądzisz, że ten ze Starej Bazy nie pochodził z Flory? — spytał Ted w nadziei, że wydobędzie z Hara jego skrywane poglądy.
— Dlaczego właściwie — mruknął Har z lekką irytacją — wszyscy tak bojaźliwie omijają słowo „człowiek”, gdy chodzi o określenie tego osobnika! Wszystkie badania wskazują na identyczność jego organizmu z ludzkim!
Ted spojrzał porozumiewawczo na Ewę. A więc to tak! Więc Har, mimo że historyk i znawca przeszłości Ziemi, w głębi ducha zdaje się wierzyć w jakąś zaginioną cywilizację ziemską, której przedstawiciele dotarli aż tutaj!
Po chwili nadeszli Wera i Adam, również z plecakami i całym ekwipunkiem.
Max został w rakiecie, a reszta wyszła przez śluzę na zewnątrz.
Wystarczyło przekroczyć granicę kręgu wypalonego płomieniem „Suma”, by stopy utonęły w miękkim, wielobarwnym kobiercu, który oglądany z bliska rozpadał się na dziesiątki przeróżnych odmiennych form roślinnych. Zarówno Ewa, jak i Ted brnęli na wyścigi przez polanę, oszołomieni niespotykaną mnogością barw i kształtów. Co krok widać było jakiś zaskakujący okaz roślinności — nic więc dziwnego, że Adama poniosło również i po chwili, prawie leżąc, myszkował wśród niskich łodyg. Nawet poważny historyk Har odczuł nieprzepartą chęć wytarzania się w tej zielonej kąpieli i tylko fakt sprawowania funkcji dowódcy grupy powstrzymał go od urzeczywistnienia tej chętki. Pobłażliwie pozwolił jednak pozostałym ochłonąć i dopiero po kilku minutach zwołał ich do siebie.
Wypróbowawszy sprawność radiostacji obu grup badawczych, Wera i Adam skierowali się na zachód, w stronę odległej o kilkanaście kilometrów doliny najbliższego potoku. Po chwili zniknęli za pierwszymi krzewami na skraju dżungli.
Grupa Hara udała się w kierunku gór. Oglądany ze środka polany szczyt z tajemniczym obiektem widać było dość wyraźnie. W szkłach silnej lornety można było dostrzec wystające ponad skalnym rumowiskiem wąskiej grani coś na kształt lśniącej, spiczastej nadbudówki. Gdy dotarli do zarośli, stracili z oczu górski krajobraz i kierowali się tylko żyrokompasem. Ściana lasu rozpadła się na pojedyncze, dość rzadko rosnące grube pnie, między którymi można było swobodnie poruszać się pieszo. Na wysokości dwóch metrów nad ziemią pnie rozwidlały się, dając początek grubym, bezlistnym konarom o gładkiej powierzchni. Te z kolei rozwidlały się wyżej w sieć cieńszych, tworząc na pewnej wysokości gęstą plątaninę różnej grubości gałęzi, splatających się z sąsiednimi drzewami. Dopiero gdzieś u samej góry z ostatniej kondygnacji konarów wyrastały wielkie, koliste płachty liści o skórzastej, lśniącej powierzchni, tworzące nieprzejrzysty dach.