Włączyli aparaty i ruszyli w górę. Har asekurował ich na wypadek, gdyby kierowany niezbyt wprawnymi rękami aparat lotny odmówił posłuszeństwa. Wybierał powoli linę, a Ewa i Ted — po raz pierwszy od wyruszenia z groty — mogli spokojnie rozejrzeć się dokoła. Ten sposób podróżowania był o wiele przyjemniejszy od mozolnego „skrobania się” pod górę. Byli teraz wysoko ponad wierzchołkami lasu. Po prawej stronie ciągnęło się kamieniste osypisko, po lewej ściana stawała się zupełnie pionowa, a nawet jakby nieco przewieszona. W dole, po lewej stronie grani, którą dotarli do stóp ściany, zieleniał zarośnięty żleb, wcinający się głębokim kanionem w masyw skalny. Środkiem wąwozu, między gęstym kożuchem krzewów, przebłyskiwało srebrzyste pasemko strumienia.
— Popatrz, woda! — Ewa trąciła Teda łokciem. — Pierwszy strumień, jaki spotykamy na tej planecie. Myślę, że dalej pójdziemy jego doliną… To znaczy, pójdziemy jutro, po powrocie z góry. W ten sposób najłatwiej trafić do jakichś osiedli tubylców…
— O ile oni potrzebują wody w tym stopniu, co my — mruknął Ted sceptycznie.
W podobny sposób przebyli następny odcinek ściany i znaleźli się na szczycie wąskiego grzebienia skalnego ciągnącego się aż po wierzchołek stanowiący cel ich wędrówki. Pozostawione w skale haki miały posłużyć w drodze powrotnej do opuszczania się w dół bez pomocy aparatów.
W szkłach lornety nieznany obiekt przedstawiał się teraz jako jasny równoboczny trójkąt czy piramida o ostro zarysowanych, prostych konturach, wykluczających możliwość przypadkowego ich uformowania przez przyrodę. Wiodła ku niemu w miarę gładka droga wzdłuż grani, przecięta tylko wąską rozpadliną stanowiącą przedłużenie kanionu widzianego podczas wjazdu na górę. Trzeba było raz jeszcze uruchomić aparaty lotne, by wykonać trzydziestometrowy skok na przeciwległą krawędź żlebu. Powiązani linką wszyscy troje oderwali się od zbocza. Ted, który śledził uważnie dno wąwozu, zawołał nagłe:
— Patrzcie, tam, między krzewami, nad strumieniem!
W dole, niknąc wśród zieleni i pojawiając się w miejscach, gdzie roślinność była rzadsza, przemykały szybko trzy maleńkie punkciki, kierując się wzdłuż strumienia w dół jaru. Har, który właśnie dotknął stopami skały po drugiej stronie rozpadliny, sięgnął po lornetkę i spojrzał w dół. Nim jednak Ted i Ewa znaleźli się obok niego, ruchome postacie zaszyły się w gąszczu.
— Widziałem niewiele — powiedział Har — ale wydało mi się, że biegły w pozycji wyprostowanej.
— Więc to oni! — zapalił się Ted. — Czy opuścimy się na dno jaru?
Har pokręcił przecząco głową i poprawił plecak.
— Nie, mój drogi. Mamy w tej chwili inne zadanie. Nie możemy biegać za każdym spotkanym tubylcem. W ten sposób niczego nie osiągniemy.
— Dlaczego mamy ich unikać.? — Ted nie potrafił opanować niecierpliwości. — Przecież nawiązanie kontaktu…
— Spadając prosto z nieba nie mielibyśmy zbyt wielu szans na nawiązanie kontaktu. Pewne jest natomiast, że napędzilibyśmy im strachu. Zanim spróbujemy zbliżyć się do nich, musimy o nich to i owo wiedzieć. A co wiemy?
Ted musiał w duchu przyznać, że niewiele, i bez dalszych protestów ruszył śladem Adlera, potykając się na kamieniach, bo głowę wciąż mimo woli zwracał to w lewo, to w prawo, wypatrując po dolinach tubylców czy choćby śladów ich obecności. Po obu jednak stronach grzbietu rozciągały się tylko dzikie, zarośnięte doliny, na dnie których połyskiwały cienkie strużki potoków. Jedynym śladem rozumnej działalności był ten trójkątny zarys przed nimi, kontrastujący z nierównymi, poszarpanymi grzebieniami skał, które co pewien czas przesłaniały jego widok.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
O POTĘDZE MATEMATYKI, ZŁODZIEJACH NIEZBYT ODWAŻNYM POTWORZE
W miarę zbliżania się do niego, trójkąt nabierał kształtów bryły. Jego lśniąca powierzchnia uwypukliła się w pobocznicę stożka spoczywającego podstawą w środku równej jak stół płaszczyzny szczytu. Miał około dziesięciu metrów wysokości i tyleż średnicy u podstawy.
Srebrzysta jak zwierciadło powierzchnia była jednolita i gładka. Otoczenie oczyszczone z głazów i jakby specjalnie zniwelowane sprawiało, że stożek wyglądał jak pomnik w środku brukowanego miejskiego placu jakiegoś starożytnego miasta. Porównanie takie nasunęło się oczywiście tylko Adlerowi. Ewa i Ted przystąpili od razu do bliższych oględzin stożka. Po przeciwległej jego stronie, na wysokości ludzkiej twarzy, widniało kwadratowe zagłębienie, którego dno pokryte było rzędami wypukłości, przypominających główki śrub czy nitów.
Har, przywołany w to miejsce, z nadzieją oglądał z bliska i przez lupę owe wypukłości. Ostrożnie zbliżywszy palec, nacisnął pierwszy z brzegu guziczek. „Nit” cofnął się bez oporu na kilka milimetrów w głąb ściany, a po odjęciu palca powrócił do pierwotnego położenia. Har nacisnął koleino kilka przycisków bez żadnego jednak widocznego rezultatu.
Przycisków było sześćdziesiąt cztery — osiem rzędów po osiem w każdym. Dawały się wciskać kolejno i po kilka naraz, a nawet wszystkie razem.
— No i co nam powiesz, specjalisto od tajemniczych budowli? — zapytał Har poważnie, patrząc na Teda. — Czyżby gospodarzy nie było w domu? Na dzwonek nie odpowiadają!
— Myślę — powiedział Ted niepewnie — że to jest zamek szyfrowy…
— Na to wygląda. Trzeba jednak jeszcze znaleźć szyfr oraz… drzwi, które on otwiera.
— Przy tej ilości przycisków liczba kombinacji jest wprost niewyobrażalna. Nie zgadniemy, które należy wcisnąć, a które muszą pozostać nie wciśnięte, by urządzenie zadziałało.
— Jeśli to jest dzieło twórców.Starej Bazy, to znając ich upodobania do drążenia tuneli w skałach, można przypuszczać, że pod stożkiem znajduje się zejście do podziemi — zauważyła Ewa.
— Tylko że tam nie stosowano takich przemyślnych zabezpieczeń — powiedział Ted.
— To chyba nie powinno nas dziwić — wtrącił Har. — Tam, na nie zamieszkanej Orfie, nie było przed kim zamykać…
— Więc przyjmujemy hipotezę, że i Starą Bazę, i ten stożek zbudowały te same ręce? — zapytała Ewa.
— O rękach nie było mowy! — zaśmiał się Har. — Powiedzmy raczej: macki. Istoty pozaziemskie powinny mieć macki. Tak piszą we wszystkich prawie powieściach. A tak zupełnie poważnie mówiąc, to jestem skłonny posądzać o to przybyszów spoza tego układu.
— Dlaczego nie mieszkańców Flory? — zagadnęła Ewa.
— Te dzikusy na etapie struganego kija? — oburzył się Ted. — Oni mieliby wznosić takie budowle? I może jeszcze latać na Orfę? Nonsens!
— Mylisz się, Ted! — zaoponował niespodziewanie Har, który raz jeszcze zabrał się do oglądania przez lupę powierzchni stożka. — To, że potrafią zastrugać kij, nie określa górnej granicy ich możliwości, tylko dolną.
— Hm… Niby racja… — zgodził się Ted po chwili namysłu. — Może w chwilach wolnych od genialnych poczynań zajmują się głupstwami, rzucają patykami w istoty przybyłe ż innego układu planetarnego i tak dalej…
— Wcale nie powiedziałem, że to Floryci zbudowali stożek — wyjaśnił Har spokojnie. — Nie chcę tylko, byśmy sobie wmawiali jakieś zdanie na temat ich inteligencji. Lepiej przecenić niż nie docenić ich możliwości. A co do stożka, to jednak wydaje mi się, że został zamknięty przed Florytami.
— Przez kogo?
— Przez budowniczych oczywiście!
— Może jedni Floryci ukryli tu coś przed innymi? Na przykład jakaś lepiej rozwinięta rasa przed inną, żyjącą w stanie półdzikim? — podsunęła Ewa.