Выбрать главу

— Ta niespodziewana inwazja roślinności nie mogła oczywiście nastąpić ot, tak sobie. Przyczyną mogła być tylko jakaś istotna zmiana warunków wegetacji. Tu właśnie przyszedł nam do głowy ten pomysł… raczej skojarzenie może… Otóż, jak zapewne wiecie, po przeprowadzanych w połowie dwudziestego wieku próbnych wybuchach atomowych na wyspach Pacyfiku okazało się, że już po dwudziestu niespełna latach roślinność rozkrzewiła się tam tak bujnie, iż nie tylko zabliźniła ubytki spowodowane wybuchem, ale także opanowała tereny uprzednio nie zarośnięte. Jeśli do tego dodać wyniki prac nad odpornością różnych gatunków’ zwierząt na takie wybuchy, wniosek narzuca się sam…

— A jak to jest z tą odpornością? — wtrącił Ted.

— Bardzo dziwnie: kataklizm atomowy są w stanie przetrwać zupełnie różne gatunki. Na przykład karaluchy, szczury… Trudno na pierwszy rzut oka określić, co decyduje o odporności. Podobnie mogło być i tu… — wyjaśniła Wera.

Zapadło ponure milczenie. Wszyscy, uzupełniwszy w myślach sugestię Adama, rozważali płynące z niej nieodparcie wnioski. Pierwszy odezwał się Har.

— Pomysł wasz nawiązuje do. pewnej starej teorii stworzonej bodajże właśnie w okresie prób z bronią jądrową… Ktoś powiedział wtedy, że rozwój cywilizacji technicznej może się odbywać tylko do pewnej granicy: do samounicestwienia się. Potem wszystko zaczyna się od nowa. Teoria ta nie jest chyba słuszna. Nasza historia pokazuje, że kryzys cywilizacji można przełamać i uniknąć takiej katastrofy. Nie jest jednak niemożliwy taki właśnie koniec rozwoju istot rozumnych. Smutna to hipoteza, ale nie wolno nam pominąć jej w naszych rozważaniach, gdyż pewne fakty mogą być interpretowane zgodnie z jej założeniami. Ja, niestety, nie jestem również w stanie określić dokładnych zależności czasowych, wzajemnych powiązań i kolejności poszczególnych zdarzeń. Wyłania się jednak zupełnie niezła koncepcja dziejów Flory: jakiś kataklizm, mniejsza o jego charakter, zmienił radykalnie oblicze planety, wyniszczył większość gatunków zwierzęcych i zniszczył cywilizację, której zaczątki znajdujemy w grocie. Niedobitki tej cywilizacji, stanąwszy wobec inwazji świata roślinnego, nie mogąc przeciwstawić się dynamice tego zalewu siłą, skorzystały z rozumu, który przecież dziedziczyły po przodkach wyrosłych w trudzie walki z przyrodą. W braku łownej zwierzyny zaczęli odżywiać się pokarmem roślinnym i przystosowali się do życia w dżungli, która okazała się dla nich doskonałym środowiskiem. Rozrost roślinności spowodował złagodzenie klimatu, nie było groźnych drapieżników — słowem, zabrakło bodźca do dalszego rozwoju technicznego.

— Wszystko się zgadza — powiedział Max — z wyjątkiem jednego: przy tak totalnym wyniszczeniu form zwierzęcych przetrwały mimo wszystko istoty rozumne…

— Mogły się schronić przed skutkami kataklizmu, część z nich mogła przetrwać… — podsunęła Ewa.

— Stożek! — wykrzyknął nagle Ted. — Przecież to mógł być schron przeciwatomowy dla Florytów i dla produktów ich cywilizacji… Słyszałem, że na Ziemi budowano takie schrony, dla ludzi, a nawet dla modeli wynalazków i na zapasy żywności…

— No, a Stara Baza? — rzucił Max z powątpiewaniem.

— Może częściowo schronili się na Orfie. Potem zaś wrócili i dali początek nowemu społeczeństwu!

— A ten… człowiek w Starej Bazie? — powiedziała Wera. — Aby wyjaśnić jego obecność, należałoby założyć, że Floryci sprzed kataklizmu latali poza swój układ… Nie, to już zbyt naciągane hipotezy.

— Dlaczego? — upierał się Ted. — Może katastrofa nastąpiła wtedy, gdy byli w drodze ku Ziemi. Po powrocie zastali ruiny swej cywilizacji i zaczęli od nowa…

— Nie, nie… Daj spokój, Ted, brniesz w fantazje — wtrącił Har. — Nie zaczynaliby przecież od zera, mając wszystkie urządzenia techniczne potrzebne do kosmicznej żeglugi. Nie! Ci, których zastaliśmy na Florze, nie mogą być potomkami wysoko rozwiniętej cywilizacji. Kataklizm — zgoda! Ale nie przesądzajmy o jego rodzaju. Powiedzmy, że był… Wszystko wskazuje na to, że miał miejsce w okresie nieco późniejszym niż ten, z którego pochodzą znaleziska w grocie. Nie na tyle jednak, by cywilizacja zdążyła osiągnąć znaczny postęp!

— Przerwijcie na chwilę — rzucił Max, wychodząc z kabiny. — Spróbuję połączyć się z Orfą.

Nie było go przez kilkanaście minut. Milczeli w tym czasie, by nie powtarzać przebiegu dyskusji, kiedy powróci. Gdy wszedł na powrót do kabiny, na twarzy jego igrał skrywany z trudem uśmieszek.

— Nowy głos w dyskusji — powiedział poważnie. — Tym razem z Orfy. Tam też był gwałtowny kataklizm, przewrót w rozwoju życia. Badania geologiczne i biologiczne w połączeniu z pracami oceanografów są zgodne co do okresu czasu, jaki upłynął od tego przewrotu: określają go na kilka tysiącleci!

Coś, jakby oddech ulgi wyrwał się ze wszystkich piersi. Zrozumieli, że jeśli ślady kataklizmu biologicznego znaleźć można na obu planetach, oznacza to, iż zjawisko nie miało lokalnego charakteru, lecz dotyczyło całego układu, i spowodowały je nie istoty zamieszkujące Florę, lecz raczej pochodziło z zewnątrz, było spowodowane przez działanie czynników kosmicznych.

— Doskonale! — zawołał Adam. — Bez żalu porzucam myśl o atomowej katastrofie. Mamy kłopot z głowy: niech się kosmolodzy biedzą nad wyjaśnieniem przyczyn tych gwałtownych zmian w skali układu planetarnego. Może jakieś ciężkie ciało niebieskie, mijając układ, poplątało tory planet? To nie nasza rzecz. Dla nas ważne, że zmiana, która nastąpiła na Florze, spowodowała zahamowanie cywilizacji, stwarzając, jeśli można tak się wyrazić, „za dobre” warunki bytu istotom rozumnym, jakie uprzednio zdążyły na niej powstać.

— Pozostaje jeszcze umiejscowić w tym przybyszów z Kosmosu! — powiedział Har. — Czy byli tu przed ową zmianą, czy też po niej? Logicznie rzecz biorąc, należałoby sądzić, że przed. Ale po co w takim razie pozostawiali stożek? Dlaczego zależało im na przyspieszeniu prawidłowego wówczas rozwoju Florytów? Musieli wiedzieć, że to nie ma sensu!

— Jeśli natomiast przyjmiemy, że przybyli tu po „przewrocie” — zauważył Adam — to nasunie się wątpliwość, czy celowe było wspomaganie „rozleniwionej” już cywilizacji, i to wbrew jej rzeczywistym potrzebom?

— Wykazaliśmy niezbicie — zaśmiał się Max — że przybysze, kiedykolwiek tu byli, postąpili wbrew zdrowemu rozsądkowi. Zniszczyliśmy ich, jednym słowem, pod względem intelektualnym! Coś tu się jednak nie zgadza! — dodał już poważnie.

— Dobrze byłoby ustalić, do jakiego poziomu doszli Floryci przed zmianą — zauważyła Ewa.

— To będzie trudne. Sądzę jednak, że pod względem technicznym nie była to jakaś olśniewająco genialna epoka… — Mas urwał nagle, nadsłuchując, a potem pognał do kabiny radiowej. Wybiegli za nim.

— Czujnik zbliżenia zasygnalizował czyjąś obecność koło rakiety — wyjaśnił Max, wpatrując się w ekran wizjera podczerwiennego. — Ciemno już zupełnie, nic prawie nie widać… O, jest! Tu, na skraju lasu!

Na ciemnym ekranie, na tle czarnej wstęgi lasu widać było oddalającą się w jego stronę podłużną, jasną sylwetkę poruszającą się dość szybko kołyszącym krokiem. Zaterkotała kamera — to Max zrobił serię zdjęć…

— Niewiele z tego widać… — mruknął po chwili, wydobywając gotowe odbitki z automatu. — Po pierwsze, za daleko już odszedł, a po drugie, podczerwień daje tylko kontur postaci.

Czego on tu szukał? — zastanawiał się głośno. — Na wszelki wypadek wyjdę i rozejrzę się po polanie.

Wciągnął skafander, wziął w rękę miotacz, lampę i wyszedł z rakiety.

Już po chwili był z powrotem. Niósł tobołek zawinięty w jakąś tkaninę. Podnosząc go do góry, zawołał wesoło: