— Prezent dostaliśmy. On to przyniósł i położył koło wspornika.
Rzucili się do zawiniątka. Kiedy rozsupłali rogi niewielkiej płachetki utkanej z cienkich włókien, wysypały się z niej drobne jakieś przedmioty. Były to maleńkie figurki wyrzeźbione z twardej substancji, zapewne z drewna miejscowych roślin, niektóre zaś ulepione z nie wypalonej glinki. Wszystkie pokryte były kolorowymi barwnikami. Przedstawiały dość dobrze uchwycone postacie ludzi w kombinezonach. Jedna, większa, była dokładną miniaturą „Suma”.
— Do licha! — mruknął Har. — Wszystko to bardzo ładne, ale my chcemy wiedzieć, jak o n i wyglądają…
— Ciekawe, co chcieli przez to powiedzieć? — zastanawiał się Max.
— To chyba jasne! — powiedziała Ewa. — Chcieli powiedzieć: „Wiemy, jak wyglądacie. Mamy nadzieję, że nie uczynicie nam nic złego, tak jak my staramy się wam nie szkodzić. Zobaczcie, co potrafimy zrobić. Wiedzcie, że patrzymy na otaczający nas świat i staramy się rozumieć to, co widzimy. Nasze sprawy są odmienne od waszych, ale mimo to porozumiemy się na pewno…”
— Ho, ho… — zaśmiał się Ted. — Sporo wyczytałaś z tego „listu”!
— Mniejsza o to — powiedział Har. — Ważny jest sam fakt będący ponad wszelką wątpliwość wyrażeniem przyjaznych uczuć. Wielka szkoda, że nie możemy im podarować żadnego z wytworów naszej ziemskiej sztuki. Nie pomyśleliśmy o tym… A przecież sztuka jest jedynym językiem, który przemawia do wszystkich istot rozumnych. Gotowi pomyśleć, że nie mamy w ogóle czym się pochwalić w tej dziedzinie, a przecież to nieprawda.
— No i jaki wstyd na skalę kosmiczną! — powiedział Max udając wielkie zażenowanie.
— Spróbujmy podarować im coś z naszych narzędzi — zaproponował Ted.
— To na nic. I tak nie zrozumieją, do czego to służy. Dla nich ważna jest forma… Zauważyłeś, że wszystko, nawet przedmioty użytkowe, zdobią i upiększają? Nie przysłali nam zresztą żadnego ze swych narzędzi. Nie uważają ich zatem za coś wartego pokazania. Uznają narzędzia za środki do osiągnięcia celu, nieistotne wobec efektów ich działania. Ale wróćmy do naszej poprzedniej rozmowy. Doszliśmy do wniosku, że obcy przybysze chcieli wspomóc kulejącą cywilizację Florytów. Co dalej?
Har powrócił na swoje miejsce w kabinie ogólnej. Inni poszli za nim i po chwili dyskusja potoczyła się dalej.
— Być może — zauważyła Ewa — w legendach tego ludu pozostały jakieś wzmianki o przybyszach,z nieba”… Musieli to być dobrzy przybysze, skoro Floryci zachowują się wobec nas w tak uprzejmy sposób.
Ted milczał przez długą chwilę i najwyraźniej ważył w myślach jakiś nowy problem, nie słuchając, o czym mowa. Wreszcie, wykorzystując chwilę przerwy w dyskusji, powiedział nagle:
— Zgodzicie się chyba ze mną, gdy powiem, że na ogół nomenklatura wprowadzana dla określenia zjawisk w pewnej dziedzinie jest rzeczą formalną. Nie jest ważne, jak nazwie się daną rzecz, pod warunkiem, że będzie ją się później nazywało konsekwentnie tak samo. Powiedzcie mi więc, dlaczego budowniczowie Srebrnego Stożka potworzyli gotowe nazwy przedmiotów, nazwy nie istniejące w języku Florytów, lecz utworzone, jak przypuszczamy, zgodnie z ich językiem i wymową, nawiązujące, być może, do istniejących już słów?
Nikt jakoś nie kwapił się z odpowiedzią, więc Ted ciągnął dalej, bardzo zadowolony, że to on właśnie zauważył rzecz tak doniosłą.
— Otóż wydaje mi się, że przybyszom chodziło o „sterowanie” rozwojem technicznego języka Florytów! Po co? — tu Ted zrobił pauzę dla wywołania większego efektu. — Po to, aby móc się z nimi później porozumieć!
— Myślisz, że zamierzali powrócić tu. i sprawdzić efekty swej działalności? — spytał Adam.
— Niekoniecznie. Mam inną koncepcję celu takiego postępowania nie znanych nam istot. Nie muszę zapewniać was, że w podziemiach pod stożkiem — oprócz tego, co chciano pokazać Florytom, gdy się tam dostaną — muszą znajdować się urządzenia, których z tych czy innych względów pokazywać nie chciano. Za grubymi ścianami sali z eksponatami ukryto zapewne aparaturę wytwarzającą dźwięki i obrazy. Pod podłogą, w której osadzony jest filar podnoszący stożek, muszą znajdować się urządzenia, które go unoszą i opuszczają. Ukryto je, aby nie uległy uszkodzeniu i aby nie rozpraszały uwagi Florytów, którzy i tak nie potrafiliby od razu pojąć mechanizmu ich działania.
— Oczywiście! — zgodził się Har. — Do czego jednak zmierzasz?
— Aby się dostać do tych urządzeń, musielibyśmy przetapiać ściany, a tego robić nie chcemy — ciągnął Ted. — Chcę jednak zaproponować coś innego: zejdźmy raz jeszcze do podziemi stożka i poszukajmy wejścia do dalszych pomieszczeń!
— Jak to: „wejścia” — zdziwili się chórem Ewa i Har.
— Czy sadzisz, że gdyby istniało, przeoczylibyśmy je dwukrotnie? — dodał Har.
— Nie szukaliśmy go po prostu. A ono musi istnieć! Nie mogę uwierzyć, że tylko tyle chcieli przekazać Florytom przybysze z Kosmosu dysponujący niepomiernie wyższą techniką. Nadanie nazw przedmiotom miało ułatwić przekazanie dalszych wiadomości, miało stworzyć język techniczny, którym przybysze chcieli pouczać Florytów w następnych etapach szkolenia, gdy opanują i rozwiną to, co im pozostawiono…
— Zgoda… — powiedział Har w zamyśleniu. — Może jednak nie zdążyli doprowadzić do końca swych zamierzeń. Podejrzewamy przecież, że zginęli w katastrofie na Orfie…
— To tylko przypuszczenia. Równie dobrze mogli odlecieć szczęśliwie. Wybuch, którego ślady wykryliśmy w kraterze, mógł być spowodowany celowo dla zniszczenia tego, czego pozostawić nie chcieli, a zabrać ze sobą nie mogli: może były to urządzenia startowe, z którymi nie chcieli zapoznać nawet Florytów…
— Sądzisz więc, że Starą Bazę pozostawili także dla nich?
— Oczywiście! Przecież tam są zapisy w języku Florytów.
— No, nie tylko! — przypomniał Max. — Ale to nie przeczy twoim wywodom.
— Więc to Orfa miała być następnym etapem szkolenia Florytów? — podjął Har. — Bardzo mi się podoba ta hipoteza kolejnych etapów nauczania! Jest najzupełniej uzasadniona i prawdopodobna, a poza tym zgodna z naszymi pojęciami dydaktycznymi.
— Ostatnim etapem miał być lot na Orfę — ciągnął Ted. — Tam oczekiwały Florytów wiadomości o najbliższych sąsiadach kosmicznych, to znaczy o ludziach.
— A ten zakonserwowany osobnik? — zauważył Max.
— Rola tego człowieka pozostanie nie wyjaśniona do chwili, aż uda się przywrócić go do czynnego życia — powiedział Har. — Wszelkie zgadywanie zamąci nam tylko pogląd na cały problem.
— Brak nam jedynie pośredniego etapu szkolenia. Trudno sobie wyobrazić, by za pomocą tych prostych narzędzi Floryci mieli dotrzeć na Orfę. Dlatego też konieczny był, moim zdaniem, jeszcze jeden etap, jedna jeszcze porcja wiadomości na wyższym poziomie wspomagających florycki postęp. Jej to właśnie, a przynajmniej wskazówki co do sposobu jej odnalezienia, należy szukać w podziemiach stożka. Musi być zabezpieczona tak, aby nie mogli dostać się do niej zbyt wcześnie — zakończył Ted.
— Bardzo mi się podoba ta hipoteza — powtórzył Har. — Odwiedzimy stożek i sprawdzimy rzecz na miejscu.
— Mnie się także podoba — powiedziała Ewa. — Szczególnie dlatego, że nie zakłada ona katastrofy owych kosmicznych gości. Mimo iż nie potrafię sobie wyobrazić ich wyglądu, czuję do nich jakąś niewytłumaczoną sympatię i bardzo bym nie chciała, by spotkało ich coś złego. Musieli być bardzo mądrzy i… dobrzy — dodała cicho.