Postanowiono, że następnego dnia dwie osoby udadzą się raz jeszcze z odpowiednią aparaturą do stożka, a pozostali będą się starać nawiązać bezpośredni kontakt z Florytami, by zdobyć przynajmniej ich zdjęcia i pobieżne choćby informacje o ich życiu.
Przed północą czasu miejscowego Max ponownie uzyskał łączność z bazą na Orfie. Słyszalność była lepsza, lecz wciąż niezbyt zadowalająca. Po wymianie testów kontrolnych przystąpiono do nadawania kodowanych sprawozdań. Procedura była dość skomplikowana, bo na potwierdzenie odbioru każdego fragmentu czekało się kilkanaście minut — tyle bowiem czasu trwało, nim fale dobiegły na Orfę, tam zostały odebrane i wróciły, niosąc potwierdzenie i odpowiedź.
Max, który rozszyfrowywał nadchodzące wiadomości, wyszedł w pewnej chwili z ponurą miną z kabiny radiowej i powiódłszy wzrokiem po twarzach towarzyszy, powiedział:
— Mam dwie wiadomości. Jedna pomyślna, druga dość dla nas przykra.
— Zaczynaj od tej drugiej — zachęcił go Har.
— Panie i panowie! — powiedział Max żałobnym tonem. — Jutro opuszczamy tę planetę!
Porwali się z miejsc, patrząc na niego w niemym przerażeniu.
— Co? Dlaczego? — wykrztusił Ted.
— A nasze plany?…
— Zdjęcia Florytów!
Wszyscy z wyrzutem i rozżaleniem spoglądali na Maxa, jakby to on był przyczyną wszystkiego złego.
— W naszym własnym interesie musimy opuścić Florę jutro przed południem. Siła wyższa — powiedział Max z naciskiem.
— Ale o co właściwie chodzi? Kto nas do tego zmusza? Co nam tu grozi? — dopytywali się jeden przez drugiego, aż Max musiał ich uciszyć, by móc mówić dalej.
— Jak wiecie, na Orfie zajmowano się między innymi badaniami Czerwonego Słońca. My, w ferworze badania planet, zapomnieliśmy jakby o jego istnieniu. Tymczasem ono istnieje sobie i, jak każda gwiazda, ma swoje własne „życie”. Nasi obserwatorzy stwierdzili, że w ostatnich dniach powierzchniowa aktywność słońca wzrosła w sposób niepokojący. Ilość plam potroiła się i wzrasta z dnia na dzień…
— Cóż nas to może obchodzić? — niecierpliwie przerwał Ted. — Chyba nie wybuchnie?
— Nie. Gdyby wybuchło, byłoby rzeczą zupełnie obojętną, gdzie byśmy spłonęli — wyjaśnił Max rzeczowo. — Chodzi o coś innego: spodziewana jest mianowicie seria rozbłysków wysokiej klasy. Zbliża się maksimum aktywności, rozumiecie? Moglibyśmy zresztą spokojnie przeczekać ten okres tu, na planecie, gdzie pod osłoną atmosfery nie grozi nam działanie promieniowania towarzyszącego rozbłyskom. Niestety, nie możemy sobie pozwolić na pobyt na Florze przez następne dwa tygodnie, gdyż nasze zasoby energii i żywności nie są obliczone na tak długi okres.
— Kiedy ma nastąpić pierwszy rozbłysk? — zapytał Ted z nadzieja w głosie.
— Za trzy lub cztery dni — Max spojrzał na niego karcąco. — Nie wymyślisz niczego mądrzejszego niż dowództwo. Nasz lot trwać będzie przy największym możliwym przyspieszeniu około dwóch dni. Pancerz,Suma” ochroniłby nas tylko częściowo przed skutkami promieniowania w próżni i moglibyśmy zainkasować dużą dawkę, nie znalazłszy się na Orfie przed pierwszym rozbłyskiem.
— A co będzie ze startem z Orfy na orbitę „Cyklopa”? Przecież nie możemy czekać na Orfie przez dwa tygodnie? — zapytała Ewa.
— Rozbłyski powtarzają się co kilkanaście godzin i można ustalić ich przybliżone natężenie i czas na kilka godzin naprzód. Tyle wystarczy nam, by wystartować. Zresztą, nawet gdyby nas rozbłyski zaskoczyły w drodze, to krótki czas lotu i większa odległość od słońca oraz pancerz „Suma” znacznie zredukują sumaryczną dawkę napromieniowania. Pancerz „Cyklopa” osłoni nas przed najsilniejszym nawet rozbłyskiem.
— Innymi słowy — mruknął Ted — gdyby nam się nie udało wydostać stąd jutro przed południem, siedzimy w pułapce!
— O, nie jest aż tak tragicznie! — zapewnił go Max z odcieniem dumy. — Mamy przecież zawsze rezerwowy program ratunkowy! Gdyby nam nie udało się dotrzeć na Orfę, oni przylecą po nas „Cyklopem” i zdejmą nas stąd między jednym a drugim rozbłyskiem. Ale to już byłaby ostatnia ostateczność i dowód naszej nieudolności. A poza tym nie wiem, jak dopięlibyśmy nasz ubogi bilans energetyczny po takich manewrach „Cyklopem”. Nie ma rady, startujemy zgodnie z rozkazem jutro przed południem.
— Usiąść i płakać! — jęknął Ted. — Tyle roboty zostanie nie dokończonej…
— Nie biadol, tylko ubieraj się i lecimy! — powiedział Har zdecydowanie. — Przynajmniej trochę jeszcze uratujemy: spróbujemy dotrzeć wirolotem do stożka.
— Teraz? W nocy?
— Jeśli się boisz, ja polecę! — zgłosiła się Ewa.
— Nie, skądże! Wcale się nie boję, tylko… — Ted usiłował się tłumaczyć, ale Har przerwał mu:
— Lecimy.
— A mnie nie zabierzecie? — dopominała się Ewa, lecz Har rozłożył bezradnie ręce:
— Wirolot zabiera w zasadzie dwóch pasażerów. Prawda, Max?
— No, niby tak. — Max poskrobał się za uchem, a po chwili zastanowienia powiedział: — Lepiej jednak, by poleciały trzy osoby. Jeśli się odłączy jeden zbiornik, wirolot uniesie całą trójkę. Wystarczy wam połowa zapasu paliwa, odległość jest niewielka. Chciałbym jednak przed świtem mieć załogę w komplecie. Będzie jeszcze trochę pracy przy rakiecie przed startem.
— Ma się rozumieć, że wrócimy! — zapewnił Ted i po chwili wszyscy troje zeszli do luku, w którym spoczywał wirolot.
Po odłączeniu rezerwowego zbiornika maszyna była gotowa do lotu. Ustaliwszy kierunek, Har włączył silnik i zaprogramował autopilota na lot po linii prostej w kierunku szczytu ze stożkiem. Odległość wynoszącą niespełna dwadzieścia kilometrów maszyna zdolna była pokonać w czasie kilkunastu minut. Udzieliwszy wskazówek dotyczących lądowania w trudnych warunkach nocnych na wąskiej platformie szczytu, Max wrócił do rakiety.
Przekraczając próg śluzy przypomniał sobie, że w pośpiechu nie zakomunikował odlatującym drugiej wiadomości, jaką otrzymał z Orfy. Chciał nawet zawrócić, lecz obejrzawszy się, dostrzegł w ciemności tylne światło pozycyjne wirolotu odrywającego się od ziemi, machnął więc ręką i wszedł do rakiety. Skierował się od razu do radiokabiny i wywołał wirolot. Słyszalność była doskonała.
— Muszę wam zakomunikować o sukcesie lingwistów — powiedział Max.
— Czyżby odczytali zapisy w języku Florytów? — wykrzyknęli równocześnie Ewa i Har.
— Niestety, o tym nic mi nie mówiono. Odczytano natomiast kilka fragmentów języka, który wydał nam się językiem ludzkim. Nie myliliśmy się. Lon i Mais doszukali się pewnych podobieństw tego języka do narzeczy nie istniejących już plemion Indian z Ameryki Południowej…
— Język Mayów! — wykrzyknął Har.
— Niezupełnie… Nie wiem zresztą dokładnie, jak to określili. Dość, że udało się zrozumieć kilka oderwanych zdań. Jedno z nich brzmi: „nie niszczyć naszych śladów”, czy coś w tym sensie…
— To wygląda na apel skierowany do nas — powiedział Har.
— Do nas? — zdziwił się Ted. — A do kogóż by zwracali się w ziemskim języku? Postąpiliśmy zresztą zgodnie z ich życzeniem — powiedział Har. — Dziękujemy, Max. Po wyjściu z podziemi zameldujemy ci o naszym starcie w drogę powrotną.
— Coraz mocniej wierzę, że ten „drugi etap szkolenia” musi istnieć! — westchnęła Ewa, gdy znaleźli się nad granią.
— O przybyszach i tak niewiele się dowiemy — mruknął Ted z żalem. — Oni niezmiernie starannie zacierali wszelkie ślady, które mogłyby dać pojęcie o ich wyglądzie…