Выбрать главу

— Za to pozostawili wiele rzeczy świadczących ich rozumie i wiedzy — dodał Har.

— Wniosek stąd, że musieli być niezbyt przystojni nie chcieli się tym zanadto afiszować. Ale słuchajcie! — wykrzyknęła nagle Ewa. — Na czyj wzrost były właściwie obliczone otwory drzwiowe w Starej Bazie? Przecież nie na nasz ani tym bardziej Florytów… Tam wszystkie drzwi miały niewiele ponad metr wysokości.

— Były przy tym kwadratowe — przypomniał Har. — Możliwe, że odpowiadały wymiarom przybyszów z Kosmosu. Starą Bazę budowali w zasadzie dla siebie. To byłby jedyny szczegół świadczący o ich wyglądzie.

— Nie przesądzajmy sprawy. Może w zapisach, jakie pozostawili w fonotece, znajdzie się więcej szczegółów. Może niektóre zapisy dadzą się odtworzyć w postaci obrazów? Zdaje się, że czyniono jakieś próby w tym kierunku — powiedział Ted.

Chwilę trwali w milczeniu, tylko silnik szumiał, a pojazd, kołysząc się lekko, niósł ich ku stożkowi.

— Przez cały czas jestem pod wrażeniem niezmiernej przenikliwości tych nieznanych istot. Jakże trafnie umiały ocenić możliwości ziemskiej cywilizacji, pozostawiając informacje dla nas tu, w odległości ośmiu lat światła od Ziemi — medytował Har półgłosem. — Z drugiej jednak strony… z tymi Florytami, mimo całego wysiłku i starań, coś im nie wyszło. Jakby nie zdawali sobie sprawy z ich potrzeb…

Przerwał. Nagłe uderzenie pchnęło wirolot w bok. Autopilot natychmiast wyrównał kurs, lecz po sekundzie nowy, silniejszy wstrząs rzucił nimi o ścianę ciasnej kabiny.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

W KTÓRYM SYTUACJA STAJE SIĘ KRYTYCZNA, A FLORYCI ZACZYNAJĄ DZIAŁAĆ

Ledwie Max zdążył usiąść nad dziennikiem pokładowym, zabrzmiał głośny dzwonek. W pierwszej chwili spojrzał odruchowo na ekrany podczerwienne, myśląc, że to czujnik sygnalizuje czyjąś obecność w pobliżu „Suma”. Zaraz jednak zorientował się, że to nie to: dzwonek był zbyt wysoki jak na czujnik. To alarm utraty automatycznej łączności z wirolotem!

Od czasu pechowej wyprawy Teda na Orfie wprowadzono ścisłą zasadę ciągłej kontroli łączności radiowej z pojazdami oddalającymi się choćby na niewielką odległość w teren. Kosztowało to nieco więcej energii, ale względy bezpieczeństwa miały zasadnicze znaczenie.

Max podbiegł do rozdzielni i przełączył odbiornik na kanał alarmowy. Wywołał kilka razy, lecz odpowiedzi nie było.

,O zakłóceniach nie może być mowy — ocenił w myślach. — Odległość jest niewielka”.

Spróbował raz jeszcze wywołania, potem jeszcze raz — na fali ogólnego wezwania. I teraz nie było żadnej odpowiedzi. Wybiegł z kabiny, chwytając po drodze kombinezon, maskę i aparat lotny. Na korytarzu wcisnął sygnalizator i po chwili Adam, zbudzony z głębokiego snu, dogonił go przy wyjściu.

— Wirolot nie odpowiada — rzucił Max przez ramię. — Bierz ekwipunek i lecimy.

— Może wyłączyli nadajnik?

— Niemożliwe. Automat jest połączony na stałe, musieliby zdjąć deskę rozdzielczą albo zablokować zasilanie. Nie traćmy czasu.

Wybiegli na polanę. Max przyłożył do oczu lornetę i przez chwilę szukał świateł pozycyjnych wirolotu. Noc była ciemna i bezgwiezdna, w powietrzu wisiała dość gęsta mgiełka.

— Nic nie widać. W normalnych warunkach z tej odległości powinienem dostrzec światła reflektorów.

— Może wylądowali za jakąś skałą — podsunął Adam, zapinając pasy aparatu lotnego.

— Może… Co za pech! — Max zaklął przez zęby. — Dwa dni łazili piechotą i nic im się nie stało. A teraz, na kilka godzin przed startem, znikają razem z wirolotem, na znanym terenie, dwadzieścia kilometrów od rakiety!

Adam chciał zapytać, dlaczego to Max uważa rejony bliskie miejsca lądowania za bezpieczniejsze od dalszych, ale nic nie powiedział. Włączyli silniki i kierując się tylko busolą, poszybowali nisko nad wierzchołkami lasu.

— Strzelę, może zauważą! — powiedział Adam, sięgając do pasa. Uniósł rakietnicę i wystrzelił dwie białe race, a po kilku sekundach czerwoną. Miało to znaczyć: „Nie mamy o was informacji”.

Lecieli przez chwilę w milczeniu, obserwując horyzont. Odpowiedzi nie było. Max powtórzył sygnał: dwie białe — przerwa — czerwona.

— Jest! — krzyknął Adam. — Biała flara!

Spoza skał wystrzeliła biała iskra magnezji i rozpryskując się w powietrzu, wyrwała na chwilę z ciemności strzępiasty zarys skalnego grzbietu.

— Jedna biała? — zdziwił się Adam. — Przecież to nic nie oznacza…

Po chwili następna biała flara poszybowała w ślad za pierwszą.

— Nie mają innych kolorów! — stwierdził Max. — To są ładunki oświetlające.

— Powinni przecież mieć przynajmniej jedną alarmową rakietnicę z kompletem ładunków… — mruknął Adam. — Chyba że… nie są razem…

Lecieli teraz ukośnie nad coraz stromiej pnącym się zboczem. Dwie następne flary pozwoliły im dokładniej ustalić kierunek. Musieli zwolnić, bo smugi trzymanych w dłoniach reflektorów natrafiały co chwila na sterczące zręby skał, które należało ostrożnie omijać.

— Starczy paliwa? — zaniepokoił się Adam.

— W jedną stronę na pewno! — pocieszył go Max złośliwie. — Nie martw się, na powrót uzupełnimy zapas ze zbiorników wirolotu.

— A jeśli go rozbili? — mruknął Adam.

Max nie odpowiedział, lawirując między głazami, które co chwila wynurzały się z ciemności. Lecieli już siedemnaście minut. Szczyt ze stożkiem musiał znajdować się niedaleko.

— Spróbuję wezwać Hara przez nadajnik osobisty. Mamy ich chyba w zasięgu… — powiedział Max, włączając miniaturowy aparat zawieszony na piersi. — Har, czy mnie słyszysz, odpowiedz!

W słuchawce dał się słyszeć trzask, a potem głos Hara, nadspodziewanie silny:

— Tu Har, słucham na kanale lokalnym.

— Gdzie jesteście? Przy stożku?

— Jestem dwa lub trzy kilometry od stożka, na południowym stoku, powtarzam, na południowym stoku. Strzelam ostatnią flara, uważajcie! Przybywajcie natychmiast!

— Jest niedaleko! — powiedział Max do Adama, który nie słyszał rozmowy i dopiero teraz dostroił swój odbiornik. — Zaczekaj, Har. Co się stało? Co z wami?

— Awaria wirolotu. Zderzenie w powietrzu. Przymusowe ostre lądowanie na zboczu. Szukam Ewy i Teda!

— Jak to! Co z nimi?

— Kabina pękła przy uderzeniu o skałę. Wyrzuciło nas. Ciemno, nie wiem, gdzie oni są, nie odpowiadają…

Har wyrzucał słowa urywanym, zdyszanym głosem, jakby tłumiąc ból zaciskający mu szczęki.

— Jesteś ranny? — krzyknął Adam. — Nie ruszaj się, przestań szukać, bo spadniesz i nie znajdziemy cię. Strzelaj flarę!

Biała smuga wyskoczyła nieco z prawej. Skierowali lot w tamtą stronę.

— Jest na przeciwstoku — powiedział Max, przyspieszając.

Pod nimi ciągnęła się teraz stosunkowo gładka płaszczyzna grzbietu. Max wystrzelił rakietę, a Har skorygował przez radio ich kurs. Po chwili, obniżając się nad przeciwległym zboczem, dostrzegli wirolot. Leżał na boku, dziobem w dół stoku. Har podbiegł ku nim, potykając się o kamienie.

— Musieli się zsunąć w dolinę! — wskazywał lewą dłonią kierunek. Prawa ręka zwisała mu bezwładnie wzdłuż ciała. — Lećcie tam natychmiast, ja tu zaczekam…

— Co ci jest?

— Nic, nic… Nie zajmujcie się mną, rękę skręciłem… Trzymałem ster… Rzuciło prawym bokiem o skałę. Część pokrywy odskoczyła, a potem przechyliło nas w prawo i wylecieliśmy na stok. Maszynę na szczęście poderwało w górę, jeden silnik jeszcze pracował i dlatego upadła dalej…