Har osłabł wyraźnie, bo pobladł i usiadł bezwładnie na stoku, podtrzymując lewą dłonią prawy łokieć.
Max i Adam powoli poszybowali w dół stoku, przyświecając reflektorami. Zbocze było niezbyt strome i należało się spodziewać, że zaginieni, nawet jeśli stracili przytomność, nie mogli stoczyć się daleko. O kilkadziesiąt metrów poniżej miejsca katastrofy Adam natrafił na leżącą wśród drobnych kamieni osypiska torbę z rakietnicą i kamerą stereofotograficzną. Niżej stok przechodził w płaskie prawie dno dość szerokiej kotlinki, w środku której biło nikłe źródełko. Było stąd tylko jedno zejście w dół: wąski żlebik wymyty przez wody strumienia.
— Dalej nie mogli się stoczyć. Muszą być w pobliżu — powiedział Max. — Korytem potoku nie zsunęli się na pewno, bo schodzi w prawo w stosunku do kierunku ich spadania. Przeszukajmy dokładnie dno kotliny, za chwilę będziemy ich mieli…
Oddaleni od siebie o kilka kroków przeczesali kamieniste dno, zaglądając za każdy głaz, w każde zagłębienie. Adam zapuścił się nawet na kilkadziesiąt metrów w dół łożyskiem potoku.
— Nie ma… — mruknął Max.
Popatrzyli na siebie bezradnie.
— Może… sami stąd odeszli? — poddał Adam. — Mogli być przytomni po upadku. Har nie stracił przytomności…
— Tak, ale on utrzymał się na stoku, a oni potoczyli się w dół… Gdyby nawet… Nie, znam Teda i wiem, że nie odszedłby, nie wiedząc, co stało się z Harem.
— Może jednak?… Weź pod uwagę szok spowodowany wypadkiem. Zamroczenie, brak orientacji, ciemność…
— Spróbujmy radiem… — powiedział Max, przełączając nadajnik na ogólne wywołanie i wzywając na wszystkich pasmach lokalnych równocześnie. Odpowiedzi nie było.
— Muszą mieć uszkodzone aparaty. Po takim upadku to zupełnie prawdopodobne…
— Więc jednak sądzisz, że próbowali sami się stąd wydostać? Mogli zejść nad potokiem. Chociaż… musieliby być naprawdę oboje porządnie zamroczeni, by decydować się na pieszy powrót na ślepo… Przecież schodząc tędy, nakłada się drogi. Ponadto trzeba by przebyć las i trafić w ciemności na polanę… nie, to zupełnie beznadziejne. Nie sądzę, by podjęli taką decyzję — rozważał Max, obchodząc raz jeszcze polanę. — Szczególnie bez radia… Bo gdyby mieli choć jeden działający aparat, w pierwszym rzędzie próbowaliby wywołać Hara. On był przez cały czas przytomny i odbiornik miał w porządku!
— Zaraz, a skąd wiesz, że był przytomny? Halo, Har? — Adam przełączył się na falę Adlera. — Czy jesteś pewien, że przez cały czas nie straciłeś przytomności? Pamiętasz wszystko?
Har pamiętał wszystko dokładnie. W pierwszej chwili nie mógł, co prawda, podnieść się z ziemi, gdyż padając potłukł się dotkliwie. Później jednak, choć bez ręcznego reflektora, który pozostał w kabinie wirolotu, dotarł do pojazdu i sprawdziwszy, że nikt w nim nie pozostał, zszedł w dół stoku na poszukiwania. Nie zdołał jednak dojść daleko, bo odnaleziony we wnętrzu pojazdu reflektor ledwie się palił, uszkodzony widać podczas katastrofy, a na koniec zgasł zupełnie. Wtedy Har wspiął się raz jeszcze w górę stoku i odszukał rakietnicę z ładunkami świetlnymi. Wtedy to na tle nieba nad grzbietem dostrzegł odblask rakiet wystrzelonych przez Adama…
Usłyszawszy te wyjaśnienia, spojrzeli raz jeszcze po sobie, jakby jeden od drugiego oczekiwał rady, i nic nie mówiąc skierowali się powoli w górę.
— Mieli tylko dwie drogi — powiedział Max. — W dół nad strumieniem albo w górę…
— Może poszli w górę i minęli Hara w ciemności? Ted zgubił torbę z rakietnicą…
Max rozłożył bezradnie ręce. Z wysokości kilkunastu metrów objęli raz jeszcze snopem światła kotlinkę, jakby spodziewając się wbrew wszystkiemu, że jednak przeoczyli jakieś zagłębienie czy wykrot. Nagle Adam ścisnął silnie ramię Maxa.
— Cicho. Nie ruszaj się i nie gaś reflektora! Patrz tam, u wylotu żlebu…
Na granicy jasnego pola oświetlonego lampą, w miejscu, gdzie potok spływał w gardziel jaru, majaczył jakiś ruchomy cień. Max odruchowo skierował smugę światła w ten punkt. Cień cofnął się gwałtownie za skałę, potrącając kilka kamień'7d.
Adam syknął niecierpliwie i szarpnął dłoń Maxa, przenosząc światło na środek kotliny.
— Niepotrzebnie go spłoszyłeś! — powiedział z wyrzutem, — Myślałem, że to oni… — usprawiedliwiał się Max.
— To Floryta… Co on tu robi o tej porze? Dałbym głowę, że nikogo tam nie było… Musiał nadejść z dołu korytem potoku.
— Ich bezczelność jest zdumiewająca! Przecież słyszał, że tu jesteśmy i widział światło… Po co tu właził?
Ostrożnie zeszli na powrót w kotlinę. Max trzymał przed sobą miotacz, Adam penetrował światłem okoliczne skałki.
— Adam! — powiedział nagle Max. — Nie okłamujmy się! Oni tu byli przedtem… Porwali Teda i Ewę! A ten… ten wrócił po Hara!
Rzucił się biegiem w stronę, gdzie zniknął Floryta. Za skałką jednak ani też niżej, nad strumieniem, nie było nikogo.
— Wróć, Max! — powiedział Adam. — W ten sposób niczego nie osiągniemy. Jeśli Floryci porwali ich rzeczywiście, to i tak nie odnajdziemy w nocy żadnych śladów. Nie mamy nawet wirolotu i paliwa do aparatów lotnych. Trzeba natychmiast wracać do rakiety i wezwać „Cyklopa”. Będą musieli i tak po nas przylecieć, bo do południa nie zdołamy wystartować. Przylecą z pojazdami i wspólnymi siłami spróbujemy odszukać zaginionych…
— Jeśli nie zechcą ich oddać dobrowolnie, niewiele zdziałamy — zauważył Max ponuro, oglądając się ze złością, lecz poszedł za Adamem w stronę wirolotu.
Hara zastali przy wraku. Bez powodzenia usiłował uruchomić radio. Opowiedzieli mu o wyniku poszukiwań.
— Z radia nici — oświadczył Max, rzuciwszy okiem na aparaturę. — O uruchomieniu wirolotu nie ma co marzyć. Całe szczęście, że zbiornik paliwa ocalał. Przetankujemy paliwo do aparatów lotnych… Tylko jak my trzej wrócimy przy pomocy dwóch aparatów?
— Polecisz z Harem. Trzeba szybko coś zrobić z jego ręką, bo puchnie w oczach. Potern wrócisz z dwoma aparatami i zabierzesz mnie…
— Nie, ja tu zostanę. Lećcie wy dwaj i natychmiast wyślijcie meldunek do bazy — zadecydował Max. — Będę czekał koło wirolotu. Mam flary ł reflektor. Za dwadzieścia pięć minut zacznę sygnalizować, znajdziesz mnie bez trudu. Nie czekaj na połączenie z Orfą, niech się tym zajmie Wera. Napełnij zbiorniki aparatów i wracaj. A nie zapomnij, że drugi aparat trzeba zawiesić na piersi jak zapasowy spadochron. Inaczej będziesz koziołkował w powietrzu…
Mówił to szybko, by nie dopuszczać do siebie przykrego uczucia, które czaiło się jakby za kręgiem światła lampy. Świadomość, że pozostanie tu sam przez kilkadziesiąt minut, nie nastrajała zbyt wesoło…
Gdy odlecieli, zgasił reflektor. Wolał siedzieć w ciemności. Wydawało mu się, że światło wokół niego daje przewagę temu nieokreślonemu „czemuś”, co czaiło się w mroku.
Po omacku wcisnął się do na wpół zmiażdżonej kabiny wirolotu i położywszy miotacz na kolanach, a reflektor w zasięgu dłoni, przycupnął na brzegu pochyło leżącego fotela.
Rzucił okiem na świecącą tarczę zegarka. Dopiero pięć minut upłynęło od startu tamtych, a Maxa już bolały oczy od uporczywego i mimowolnego wypatrywania w ciemności. Przymknął powieki, poczuł ulgę, choć ciemność była ta sama…
…Spojrzał na zegarek i przestraszył się: musiał chyba zasnąć! Dokoła panowała jednak nadal ta sama cisza i ciemność. Sięgnął po lampę. Lampy nie było! Gorączkowo szukał przez chwilę wokół siebie. Jest! Zsunęła się nieco dalej. Chciał ją zapalić, lecz znieruchomiał nagle.