siedemdziesiąt tysięcy, za który dal dziewięćdziesiąt... Paradny!... Cóż ty na to,
panie Stanisławie?..
- Może dom naprawdę wart tylko dziewięćdziesiąt... - nieśmiało odpowiedział
Wokulski. Pan Tomasz zaczął zapinać na sobie odzież i krawat.
- Dziękuję ci, panie Stanisławie - mówił - i za pomoc, i za zajęcie się moimi
interesami... Co za farsa z tym Szlangbaumem!... Ale... ale... Belcia prosi cię
jutro na obiad... Pieniądze odbierz od adwokata naszego księcia, a co do
procentu, który będziesz łaskaw...
- Wypłacę go natychmiast z góry za pół roku.
- Bardzo ci wdzięczny jestem - ciągnął pan Tomasz całując go w oba policzki. -
No, do widzenia zatem, do jutra... A nie zapomnij o obiedzie...
Wokulski wyprowadził go przez podwórze do bramy, gdzie już czekał powóz.
- Straszny upał! - mówił pan Tomasz, z trudnością przy pomocy Wokulskiego
siadając do powozu. - Cóż znowu za farsa z tymi Żydami?... Dał
dziewięćdziesiąt tysięcy; a gotów odstąpić za siedemdziesiąt... Pocieszne...
słowo honoru!...
Konie ruszyły w stronę Alei Ujazdowskiej. W drodze do domu pan Tomasz był
odurzony. Nie czuł upału, tylko ogólne osłabienie i szum w uszach. Chwilami
zdawało mu się, że każdym okiem widzi inaczej albo że obydwoma widzi
gorzej. Oparł się w rogu powozu chwiejąc się za każdym silniejszym ruchem jak
pijany.
Myśli i uczucia plątały mu się w dziwny sposób. Czasem wyobrażał sobie, że
jest otoczony siecią intryg, z której wydobyć go może tylko Wokulski. To
znowu, że jest ciężko chory i że tylko Wokulski pielęgnować by go potrafił. To
znowu, że umrze zostawiając zubożałą i od wszystkich opuszczoną córkę, którą
zaopiekować by się mógł tylko Wokulski. A nareszcie pomyślał, że dobrze jest
258
mieć własny powóz, tak lekko niosący jak ten, którym jedzie - i - że gdyby
poprosił Wokulskiego, on zrobiłby mu z niego prezent.
„Straszny upał!” - mruknął pan Tomasz.
Konie stanęły przed domem, pan Tomasz wysiadł i nawet nie kiwnąwszy głową
stangretowi poszedł na górę. Ledwie wlókł ociężałe nogi, a gdy znalazł się w
swym gabinecie, padł na fotel w kapeluszu i tak siedział parę minut ku
najwyższemu zdumieniu służącego, który uznała za stosowne poprosić
panienkę.
- Musiał dobrze pójść interes - rzekł do panny Izabeli - bo jaśnie pan coś... jakby
trochę tego... Panna Izabela, która mimo pozornego chłodu z największą
niecierpliwością oczekiwała na powrót ojca i rezultat licytacji domu, poszła do
gabinetu o tyle szybko, o ile można to było pogodzić z zasadami przyzwoitości.
Zawsze bowiem pamiętała, że pannie z jej nazwiskiem nie wolno zdradzać
żywszych uczuć, nawet wobec bankructwa. Pomimo przecież jej panowania nad
sobą Mikołaj poznał (z silnych wypieków na twarzy), że jest wzruszona, i
jeszcze raz dodał półgłosem:
- O! dobrze musiał pójść interes, bo jaśnie pan... tego... Panna Izabela
zmarszczyła piękne czoło i zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu. Jej ojciec wciąż
siedział w kapeluszu na głowie.
- Cóż, ojcze? - spytała z odcienim niesmaku, patrząc w jego czerwone oczy.
- Nieszczęście... ruina!... - odparł pan Tomasz z trudem zdejmując kapelusz. -
Straciłem trzydzieści tysięcy rubli...
Panna Izabela pobladła i usiadła na skórzanym szezlongu.
- Podły Żyd, lichwiarz, odstraszył konkurentów, przekupił adwokata i...
- Więc już nic nie mamy?... - szepnęła. - Jak to nic?... Mamy trzydzieści tysięcy
rubli, a od nich dziesięć tysięcy rubli procentu... Zacny ten Wokulski!... Nie
miałem pojęcia o podobnej szlachetności... A gdybyś wiedziała. jak on mnie
dziś pielęgnował...
- Dlaczego pielęgnował?...
- Miałem mały atak z gorąca i irytacji...
- Jaki atak?.. - Krew uderzyła mi do głowy... ale to już przeszło... Podły
Żyd...no, ale Wokulski - powiadam ci, że to coś nadludzkiego.
Zaczął płakać.
- Papo, co tobie?... Ja poszlę po doktora.... - zawołała panna Izabela klękając
przed fotelem.
- Nic, nic... uspokój się... Pomyślałem tylko, że gdybym umarł, Wokulski jest
jedynym człowiekiem, któremu mogłabyś zaufać...
- Nie rozumiem... - Chciałaś powiedzieć: nie poznajesz mnie, prawda?... Dziwi
cięto, że twój los mógłbym powierzyć kupcowi?... Ale widzisz... kiedy w
nieszczęściu jedni sprzysięgli się przeciw nam, inni opuścili nas, on pospieszył z
pomocą, a może mi nawet życie uratował... My, apoplektycy, niekiedy bardzo
blisko ocieramy się o śmierć... Więc gdy mnie cucił, pomyślałem, kto by się
259
tobą uczciwie zaopiekował? Bo nie Joasia ani Hortensja, ani nikt... Tylko
majętne sieroty znajdują opiekunów...
Panna Izabela spostrzegłszy, że ojciec stopniowo odzyskuje siły i władzę nad
sobą, powstała z klęczek i usiadła na szezlongu.
- Zatem, ojcze, jakąż rolę przeznaczasz temu panu? - spytała chłodno.
- Rolę? powtórzył przypatrując się jej uważnie.
- Rolę...doradcy... przyjaciela domu... opiekuna... Opiekuna tego mająteczku,
jaki by ci pozostał...
- O, pod tym względem ja go już dawniej oceniłam. Jest to człowiek energiczny
i przywiązany do nas... Zresztą mniejsza z tym - dodała po chwili. - Jakże papo
skończył z kamienicą?
- Mówię ci jak. Łotr Żyd dał dziewięćdziesiąt tysięcy, więc nam zostało
trzydzieści. A że poczciwy Wokulski będzie mi płacił od tej sumy dziesięć
tysięcy... Trzydzieści trzy procent, wyobraź sobie. - Jak to trzydzieści trzy? -
przerwała panna Izabela. - Dziesięć tysięcy to dziesięć procent...
- Ale gdzież znowu! Dziesięć od trzydziestu to znaczy trzydzieści trzy procent.
Wszakże procent znaczy: pro centum - „za sto”, rozumiesz?
- Nie rozumiem - odpowiedziała panna Izabela potrząsając głową.
- Rozumiem, że dziesięć to znaczy dziesięć; ale. jeżeli w języku kupieckim
dziesięć nazywa się trzydzieści trzy, to niech i tak będzie.
- Widzisz, że nie rozumiesz. Zaraz wyjaśniłbym ci to, ale - takim znużony, że
się trochę prześpię...
- Może posłać po doktora? - spytała panna Izabela podnosząc się z siedzenia. -
Boże uchowaj!... - zawołał pan Tomasz i zatrząsł rękoma. - Niechbym się tylko
wdał w doktorów, a z pewnością bym nie żył...
Panna Izabela nie nalegała dłużej; ucałowała ojca w rękę i w czoło i poszła do
swego buduaru, głęboko zadumana.
Niepokój trapiący ją od kilku dni: jak się skończy licytacja? opuścił ją tak, że
śladu nie zostało po nim. Więc mają jeszcze dziesięć tysięcy rubli rocznie i
trzydzieści tysięcy rubli gotówką?... Zatem pojadą na wystawę paryską, potem
może do Szwajcarii, a na zimę znowu do Paryża. Nie!... Na zimę wrócą do
Warszawy, ażeby znowu otworzyć dom. I jeżeli znajdzie się jaki majętny
człowiek, niestary i niebrzydki (jak na przykład baron albo marszałek... br!...),
wreszcie nie parweniusz i niegłupi... (No, głupi może sobie być; w ich
towarzystwie mądrym jest tylko Ochocki, a i to dziwak!) Jeżeli znajdzie się taki