Выбрать главу

kiwnąwszy mu głową usiadł o kilka kroków, zwrócony bokiem. W odpowiedzi

Wokulski usiadł przy małym stoliku pod ścianą i zaczął oglądać album.

- Kuzynek podobno wraca z Chin? - spytała panna Izabela.

- Teraz z Londynu i jeszcze ciągle myślę, że jestem w okręcie - odpowiedział

Starski, dość wyraźnie kalecząc polszczyznę.

Panna Izabela zaczęła mówić po angielsku.

- Spodziewam się, że tym razem kuzynek zabawi w kraju dłużej?

- To zależy - odparł również po angielsku Starski.

- Kto jest ten?.. - dodał rzucając okiem na Wokulskiego.

- Plenipotent mego ojca. Od czegóż to zależy?...

- Myślę, że kuzynka nie potrzebuje się pytać - odpowiedział z uśmiechem młody

człowiek. - To zależy - od hojności mojej babki...

- A ładnie... spodziewałam się komplimentu pod moim adresem...

- Podróżnicy nie mówią komplimentów, gdyż wiedzą, że pod każdą szerokością

jeograficzną komplimenta dyskredytują mężczyznę w oczach kobiet. - W

Chinach zrobił kuzyn to odkrycie? - W Chinach, w Japonii, a nade wszystko w

Europie.

- I myśli kuzyn stosować tę zasadę w Polsce?

- Spróbuję i jeżeli pozwolisz, kuzynko, w twoim towarzystwie. Gdyż podobno

mamy razem spędzić wakacje. Czy tak?..

- Tak przynajmniej chce ciotka i ojciec. Mnie się jednak nie uśmiecha to, że

kuzyn ma zamiar sprawdzać swoje etnograficzne spostrzeżenia.

- Byłby to tylko odwet z mojej strony.

- Ach, więc walka?... - spytała panna Izabela.

- Spłacanie dawnych długów często prowadzi do zgody.

Wokulski z taką uwagą przeglądał album, że żyły nabrzmialy mu na czole.

- Ale zemsta nie prowadzi - odparła panna Izabela.

- Nie zemsta, tylko przypomnienie, że jestem wierzycielem kuzynki.

- Więc to ja mam spłacać dawne długi?.. - zaśmiała się panna lzabela. - A,

kuzyn nic stracił czasu w podróży.

- Wolałbym go nie stracić na wakacjach - rzekł Starski, znacząco spoglądając jej

w oczy.

- To będzie zależało od metody odwetu - odpowiedziała panna Izabela i znowu

zarumieniła się. - Jaśnie pan prosi pana! - rzekł Mikołaj stając we drzwiach

salonu.

273

Rozmowa urwała się, Wokulski złożył album, wstał z krzesła i ukłoniwszy się

pannie Izabeli i Starskiemu, z wolna poszedł za służącym.

- Ten pan nie rozumie po angielsku?... Czy on nie obrazi się, żeśmy z nim nie

rozmawiali?... - spytał Starski.

- O, nie - odpowiedziała panna Izabela.

- Tym lepiej ; bo zdawało mi się, że nie był zadowolony z naszego towarzystwa.

- Toteż porzucił je - zakończyła niedbale panna Izabela.

- Przynieś mi kapelusz z sali - rzekł do Mikołaja już w drugim pokoju Wokulski.

Mikołaj zabrał kapelusz i zaniósł go do sypialni pana Tomasza. W przedpokoju

usłyszał, że Wokulski oburącz ściskając głowę szepnął:

- Boże miłosierny!...

Gdy Wokulski wszedł do pokoju pana Tomasza, lekarzy już nie było.

- No i wyobraź sobie - zawołał pan Łęcki - co za fatalizm!...Konsylium

zabroniło mi jechać do Paryża i pod karą śmierci kazało wynosić się na wieś. Na

honor, nie wiem nawet, gdzie uciec przed tymi upałami... Ale i na ciebie także

działają, bo jesteś zmieniony... Prawda, jakie to gorące mieszkanie?..

- O, tak. Może pozwoli pan - mówił Wokulski wydobywając z kieszeni gruby

pakiet - że oddam pieniądze.

- Ehe... doprawdy...

- Tu jest pięć tysięcy rubli jako procent do połowy stycznia. Niech pan z łaski

swojej policzy. A tu jest kwit.

Pan Łęcki kilka razy porachował stos nowych sturublówek i podpisał dokument.

Odłożywszy zaś pióro rzekł:

- Dobrze, to jedno... A teraz co się tyczy długów...

- Suma dwa do trzech tysięcy rubli, którą pan winien Żydom, dziś będzie

spłacona...

- Ale ja, proszę cię, panie Stanisławie, nie chcę darmo... Proszę cię, ażebyś jak

najskrupulatniej odtrącał sobie procent...

- Sto dwadzieścia do stu osiemdziesięciu rubli rocznie.

- Tak, tak... - potakiwał pan Tomasz. - Ale... gdybym, ale...potrzebował jeszcze

jakiej kwoty, to mam się do kogo udać u ciebie?

- Drugą połowę procentu otrzyma pan w połowie stycznia - odparł Wokulski.

- O tym wiem. Ale widzisz, panie Stanisławie, gdybym tak potrzebował jakiejś

części mego kapitału... Nie darmo, pojmujesz... Chętnie zapłacę procent...

- Szósty... - wtrącił Wokulski.

- Tak, szósty... siódmy.

- Nie, panie. Pański kapitał przynosi trzydzieści trzy procent rocznie, więc nie

mogę go pożyczać na siedem...

- Dobrze. W takim razie nie pozbawiaj się mego kapitału, ale...Uważasz... może

mi jednak coś wypaść...

- Wycofać swój kapitał może pan nawet w połowie stycznia roku przyszłego.

- Boże uchowaj!... Ja mego kapitału nie odbiorę ci nawet za dziesięć lat...

- Ale ja pański kapitał wziąłem tylko na rok...

274

- Jak to?... Dlaczego?... - dziwił się pan Tomasz, coraz szerzej otwierając oczy.

- Dlatego, że nie wiem, co będzie od dziś za rok. Nie co roku zdarzają się

wyjątkowo dobre interesa.

- A propos- rzekł pan Tomasz po chwili przykrego zdumienia.- Co też mówią w

mieście: że to ty, panie Wokulski, kupiłeś mój dom?...

- Tak, panie, ja kupiłem pański dom. Ale przed upływem pół roku mogę go panu

odstąpić na korzystnych warunkach.

Pan Łęcki poczuł rumieniec na twarzy. Nie chcąc jednak dawać za wygranę

zapytał wielkopańskim tonem:

- I ile byś też chciał odstępnego, panie Wokulski?... Nic. Oddam go panu za

dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet... może taniej...

Pan Tomasz cofnął się, rozłożył ręce, następnie padł na swój wielki fotel i

znowu kilka łez spłynęło mu po twarzy.

- Doprawdy, panie Stanisławie - mówił, lekko łkając - widzę, że najlepsze

stosunki... mogą zepsuć pieniądze... Czy ja mam ci za złe, żeś kupił ten dom?...

Czy ja robię ci wyrzuty?... Ty zaś przemawiasz do mnie tak, jakbyś się obraził.

- Przepraszam pana - przerwał Wokulski. - Ale istotnie jestem trochę

rozdrażniony... zapewne z gorąca...

- O, z pewnością! - zawołał pan Tomasz powstając z fotelu i ściskając go za

rękę. - Więc... przebaczmy sobie nawzajem cierpkie słówka... Ja się na ciebie

nie gniewam, bo wiem... co to jest upał...

Wokulski pożegnał go i wstąpił do salonu. Starskiego już tam nie było, panna

Izabela siedziała sama. Zobaczywszy go podniosła się; twarz jej była

pogodniejsza.

- Pan wychodzi? - Właśnie chcę panią pożegnać.

- A o Rossim nie zapomni pan? - rzekła ze słabym uśmiechem.

- O, nie. Poproszę, ażeby mu oddano wieniec.

- Pan sam go nie wręczy?... Dlaczegóż to?... - Dziś w nocy jadę do Paryża -

odpowiedział Wokulski.

Ukłonił się i wyszedł.

Przez chwilę panna Izabela stała zdumiona; następnie pobiegła do pokoju ojca.

- Co to znaczy, papo? Wokulski pożegnał się ze mną bardzo chłodno i

powiedział, że - dziś w nocy wyjeżdża do Paryża.