Выбрать главу

płatki, tylko przysypują ziemię nie szkodząc najmniejszej trawce; ale sto

centnarów śniegu zbitych w jedną lawinę burzy chałupy i zabija ludzi. Gdyby

281

Wokulski kochał się przez całe życie co tydzień w innej, wyglądałby jak pączek,

miałby swobodną myśl i mógłby zrobić wiele dobrego na świecie. Ale on, jak

skąpiec, gromadził kapitały sercowe, no i widzimy skutek tej oszczędności.

Miłość jest wtedy piękną, kiedy ma wdzięki motyla; ale gdy po długim letargu

obudzi się jak tygrys, dziękuję za zabawę!... Co innego człowiek z dobrym

apetytem, a co innego ten, któremu głód skręca wnętrzności...

Chmury podnosiły się coraz wyżej; zawróciliśmy prawie od rogatek.

Pomyślałem, że Stach musi już być około Rudy Guzowskiej.

A doktór wciąż prawił, coraz mocniej rozgorączkowany, coraz gwałtowniej

wywijając laską:

- Jest higiena mieszkań i odzieży, higiena pokarmów i pracy, których nie

wypełniają klasy niższe, i to jest powodem wielkiej śmiertelności między nimi,

krótkiego życia i charłactwa. Ale jest również higiena miłości, której nie tylko

nie przestrzegają, lecz po prostu gwałcą klasy inteligentne, i to stanowi jedną z

przyczyn ich upadku. Higiena woła: „Jedz, kiedy masz apetyt!”, a wbrew niej

tysiąc przepisów chwyta cię za poły wrzeszcząc: „Nie wolno!... będziesz jadł,

kiedy my cię upoważnimy, kiedy spełnisz tyle a tyle warunków postawionych

przez moralność, tradycję, modę...” Trzeba przyznać, że w tym razie najbardziej

zacofane państwa wyprzedziły najbardziej postępowe społeczeństwa, a raczej

ich klasy inteligentne.

I przypatrz się, panie Ignacy, jak zgodnie w kierunku ogłupienia ludzi pracuje

pokój dziecinny i salon, poezja, powieść i dramat. Każą ci szukać ideałów,

samemu być idealnym ascetą i nie tylko wypełniać, ale nawet wytwarzać jakieś

sztuczne warunki. A co z tego wynika w rezultacie?... Że mężczyzna, zwykle

mniej wytresowany w tych rzeczach, staje się łupem kobiety, którą tylko w tym

kierunku tresują. I otóż cywilizacją naprawdę rządzą kobiety!...

- Czy w tym jest co złego? - spytałem.

- A niech diabli wezmą! - wrzasnął doktór. - Czy nie spostrzegłeś, panie Ignacy,

że jeżeli mężczyzna pod względem duchowym jest muchą, to kobieta jest

jeszcze gorszą muchą, gdyż pozbawioną łap i skrzydeł. Wychowanie, tradycja, a

może nawet dziedziczność, pod pozorem zrobienia jej istotą wyższą, robią z niej

istotę potworną. I ten próżnujący dziwoląg, ze skrzywionymi stopami, ze

ściśniętym tułowiem, czczym mózgiem, ma jeszcze obowiązek wychowywać

przyszłe pokolenia ludzkości!... Cóż więc im zaszczepia.?... Czy dzieci uczą się

pracować na chleb?... Nie, uczą się ładnie trzymać nóż i widelec. Czy uczą się

poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?... Nie, uczą się im podobać

za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów,

decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?... Nie, uczą się zamykać oczy

na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność,

lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniotą

ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu

kobiety są owocem klerykalno - feudalno - poetyckiej teorii miłości, która jest

obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku...

282

W głowie mi szumiało od wywodów doktora, a on tymczasem ciskał się na ulicy

jak szalony. Na szczęście błysnęło, upadły pierwsze krople deszczu, a

zacietrzewiony mówca nagle ochłonął i skoczywszy w jakąś dorożkę kazał

odwieźć się do domu.

Stach był już chyba około Rogowa. Czy też domyślił się, żeśmy tylko o nim

mówili? i co on, biedak, czuł mając jedną burzę nad głową, a drugą, może

gorszą, w sercu?

Phi! co za ulewa, co za kanonada piorunów... Zwinięty w kłębek Ir odszczekuje

im przez sen stłumionym głosem, a ja kładę się do łóżka, nakryty tylko

prześcieradłem. Gorąca noc. Panie Boże, opiekuj się tymi, którzy w podobną

noc uciekają aż za granicę przed nieszczęściem. Nieraz dość jest małego figla,

aby rzeczy, dawne jak ludzkie grzechy, pokazały się nam w nowym zupełnie

oświetleniu.

Ja na przykład znam Stare Miasto od dziecka i zawsze wydawało mi się, że jest

ono tylko ciasne i brudne. Dopiero kiedy pokazano mi jako osobliwość rysunek

jednego z domów staromiejskich (i to jeszcze w „Tygodniku Ilustrowanym”, z

opisem!), nagle spostrzegłem, że Stare Miasto jest piękne... Od tej pory chodzę

tam przynajmniej raz na tydzień i nie tylko odkrywam coraz nowe osobliwości,

ale jeszcze dziwię się, żem ich nie zauważył dawniej.

Tak samo z Wokulskim. Znam go ze dwadzieścia lat i ciągle myślałem, że on

jest z krwi i kości polityk. Głowę dałbym sobie uciąć, że Stach niczym więcej

nie zajmuje się, tylko polityką. Dopiero pojedynek z baronem i owacje dla

Rossiego zbudziły we mnie podejrzenia, że on może być zakochany. O czym już

dziś nie wątpię, szczególnie po rozmowie z Szumanem.

Ale to fraszka, bo i polityk może być zakochany. Taki Napoleon I kochał się na

prawo i na lewo i mimo to trząsł Europą. Napoleon III także miał sporo

kochanek, a słyszę, że i syn wstępuje w jego ślady i już wynalazł sobie jakąś

Angielkę.

Jeżeli więc słabość do kobiet nie kompromituje Bonapartych, dlaczego miałaby

uwłaczać Wokulskiemu?...

I właśnie kiedym tak rozmyślał, zaszedł drobny wypadek, który przypomniał mi

dzieje pogrzebane od lat kilkunastu, a i samego Stacha przedstawił w innym

świetle. Och, on nie jest politykiem; on jest czymś zupełnie innym, z czego

sobie nie umiem nawet dobrze zdać sprawy. Czasem zdaje mi się, że jest to

człowiek skrzywdzony przez społeczeństwo. Ale o tym cicho!... Społeczność

nikogo nie krzywdzi... Gdyby raz przestano w to wierzyć, Bóg wie, jakie

okazałyby się pretensje. Może nawet nikt by już nie zajmował się polityką, tylko

myślałby o wyrównywaniu rachunków ze swymi najbliższymi. Lepiej więc nie

zaczepiać tych kwestji. (Jak ja dużo gadam na starość, a wszystko nie to, o czym

chcę powiedzieć.)

Jednego tedy wieczora piję u siebie herbatę (Ir jest wciąż osowiały), aż

otwierają się drzwi i ktoś wchodzi. Patrzę, figura otyła, twarz nalana, nos

czerwony, łeb siwy. Wącham, czuć w pokoju jakby wino i stęchliznę.

283

„Ten szlachcic - myślę - jest albo nieboszczykiem, albo kiprem?...Bo żaden inny

człowiek nie będzie pachniał stęchlizną...”

- Cóż, u diabła!... - dziwi się gość: - Takeś już zhardział, że nie poznajesz

ludzi?...

Przetarłem oczy. Ależ to żywy Machalski, kiper od Hopfera!... Byliśmy razem

na Węgrzech, później tu, w Warszawie; ale od piętnastu lat nie widzieliśmy się;

gdyż on mieszka w Galicji i ciągle jest kiprem.

Naturalnie, przywitaliśmy się jak bliźnięta, raz, drugi, i trzeci...

- Kiedyżeś przyjechał? - pytam.