- Dziś rano - on mówi.
- A gdzieżeś był do tej pory?
- Zajechałem na Dziekankę, ale było mi tak tęskno, żem zaraz poszedł do
Lesisza, do piwnicy... To, panie, piwnice!... żyć, nie umierać...
- Cóżeś tam robił?
- Trochę pomagałem staremu, a zresztą siedziałem. Niegłupim chodzić po
mieście, kiedy jest taka piwnica.
Oto prawdziwy kiper dawnej daty!... Nie dzisiejszy elegant, co, bestia, woli iść
na wieczór tańcujący aniżeli siedzieć w piwnicy. I nawet do piwnicy bierze
lakierki... Ginie Polska przy takich podłych kupcach!...
Gadu, gadu, przesiedzieliśmy do pierwszej w nocy. Machalski przenocował u
mnie, a o szóstej rano znowu poleciał do Lesisza:
- Cóż będziesz robił po obiedzie? - pytam.
- Po obiedzie wstąpię do Fukiera, a na noc wrócę do ciebie-odpowiedział.
Był z tydzień w Warszawie. Nocował u mnie, a dnie spędzał w piwnicach.
- Powiesiłbym się - mówił - żeby mi przyszło tydzień włóczyć się po dworze.
Ścisk, upał, kurzawa!... świnie mogą żyć tak jak wy, ale nie ludzie.
Zdaje mi się, że przesadza. Bo choć i ja wolę sklep aniżeli Krakowskie
Przedmieście, jednakże co sklep, to nie piwnica. Zdziwaczał chłop na swoim
kiprostwie.
Naturalnie, o czymże mieliśmy rozmawiać z Machalskim, jeżeli nie o dawnych
czasach i o Stachu? I tym sposobem stanęła mi przed oczyma historia jego
młodości, jakbym ją widział wczoraj.
Pamiętam (był to rok 1857, może 58 ), zaszedłem raz do Hopfera, u którego
pracował Machalski.
- A gdzie pan Jan? - pytam chłopca.
- W piwnicy.
Zaszedłem do piwnicy. Patrzę, mój pan Jan przy łojówce ściąga lewarem wino z
beczki do butelek, a we framudze majaczą jakieś dwa cienie: siwy starzec w
piaskowym surducie, z pliką papierów na kolanach, i młody chłopak z krótko
ostrzyżonym łbem i miną zbója. To był Stach Wokulski i jego ojciec. Siadłem
cicho (bo Machalski nie lubił, ażeby mu przeszkadzano przy ściąganiu wina), a
siwy człowiek w piaskowym surducie prawił jednostajnym głosem do owego
młodzika:
284
- Co to wydawać pieniądze na książki?... Mnie dawaj, bo jak będę musiał
przerwać proces, wszystko zmarnieje. Książki nie wydobędą cię z upodlenia, w
jakim teraz jesteś, tylko proces. Kiedy go wygram i odzyskamy nasze dobra po
dziadku, wtedy przypomną sobie, że Wokulscy stara szlachta, i nawet znajdzie
się familia... W zeszłym miesiącu wydałeś dwadzieścia złotych na książki, a
mnie akurat tyle brakowało na adwokata... Książki!... zawsze książki... Żebyś
był mądry jak Salomon, póki jesteś w sklepie, będą tobą pomiatali, chociażeś
szlachcic, a twój dziadek z matki był kasztelanem. Ale jak wygram proces, jak
wyniesiemy się na wieś...
- Chodźmy stąd, ojcze - mruknął chłopak, spode łba patrząc na mnie.
Stary, posłuszny jak dziecko, zawinął swoje papiery w czerwoną chustkę i
wyszedł z synem, który musiał go podtrzymywać na schodach.
- Cóż to za odmieńcy? - pytam Machalskiego, który właśnie skończył robotę i
usiadł na zydlu. - Ach!... - machnął ręką. - Stary ma pomieszane klepki, ale
chłopak zdatny. Nazywa się Stanisław Wokulski. Bystra bestia!...
- Cóż on zrobił? - pytam.
Machalski objaśnił palcami świecę i nalawszy mi kieliszek wina mówił:
- On tu jest u nas ze cztery lata. Do sklepu albo do piwnicy nie bardzo... Ale
mechanik!... Zbudował taką maszynę, co pompuje wodę z dołu do góry, a z góry
wylewa ją na koło, które właśnie porusza pompę. Taka maszyna może obracać
się i pompować do końca świata; ale coś się w niej skrzywiło, więc ruszała się
tylko kwadrans. Stała tam na górze, w pokoju jadalnym, i Hopferowi zwabiała
gości; ale od pół roku coś w niej pękło.
- Otóż jaki!... - mówię.
- No, jeszcze nie taki bardzo - odparł Machalski. - Był tu jeden profesor z
gimnazjum realnego, obejrzał pompę i powiedział, że na nic się nie zda, ale że
chłopak zdolny i powinien uczyć się. Od tej pory mamy sądny dzień w sklepie.
Wokulski zhardział, gościom odmrukuje, w dzień wygląda, jakby drzemał, a za
to uczy się po nocach i kupuje książki. Jego znowu ojciec wolałby te pieniądze
użyć na proces o jakiś tam majątek po dziadku... Słyszałeś przecie, co mówił.
- Cóż on myśli robić z tą nauką? - rzekłem.
- Mówi, że pojedzie do Kijowa, do uniwersytetu. Ha! niech jedzie - prawił
Machalski - może choć jeden subiekt wyjdzie na człowieka. Ja mu tam nie
przeszkadzam; kiedy jest w piwnicy, nie napędzamy go do roboty; niech sobie
czyta. Ale na górze dokuczają mu subiekci i goście.
- A co na to Hopfer?
- Nic - ciągnął Machalski zakładając nową łojówkę w żelazny lichtarz z rączką.
- Hopfer nie chce go odstręczać od siebie, bo Kasia Hopferówna durzy się
trochę w Wokulskim, a może chłopak odzyska majątek po dziadku?...
- I on durzy się w Kasi? - spytałem.
- Ani na nią spojrzy, dzika bestia! - odparł Machalski.
Zaraz wówczas pomyślałem, że chłopak z tak otwartą głową, który kupuje
książki i nie dba o dziewczęta, mógłby być dobrym politvkiem; więc jeszcze
285
tego dnia zapoznałem się ze Stachem i od tej pory żyjemy ze sobą nie
najgorzej... Stach był jeszcze ze trzy lata u Hopfera i przez ten czas porobił dużo
znajomości ze studentami, z młodymi urzędnikami rozmaitych biur, którzy na
wyścigi dostarczali mu książek, ażeby mógł zdać egzamin do uniwersytetu.
Spośród tej młodzieży wyróżniał się niejaki pan Leon, chłopak jeszcze młody
(nie miał nawet dwudziestu lat), piękny, a mądry... a zapalczywy!... Ten jakby
był moim pomocnikiem w politycznej edukacji Wokulskiego: kiedy bowiem ja
opowiadałem o Napoleonie i wielkim posłannictwie Bonapartych, pan Leon
mówił o Mazzinim, Garibaldim i im podobnych znakomitościach. A jak on
umiał podnosić ducha!...
- Pracuj - mówił nieraz do Stacha - i wierz, bo silna wiara może zatrzymać
słońce w biegu, a nie dopiero polepszyć stosunki ludzkie.
- A może mnie wysłać do uniwersytetu? - zapytał Stach.
- Jestem pewien - odparł Leon z zaiskrzonymi oczyma - że gdybyś choć przez
chwilę miał taką wiarę jak pierwsi apostołowie, jeszcze dziś znalazłbyś się w
uniwersytecie...
- Albo u wariatów - mruknął Wokulski.
Leon począł biegać po pokoju i trząść rękoma.
- Co za lód w tych sercach!... co za chłód!... co za upodlenie!... wołał - jeżeli
nawet taki człowiek jak ty jeszcze nie ufa. Więc przypomnij sobie; coś już zrobił
w tak krótkim czasie: tyle umiesz, że mógłbyś dzisiaj zdawać egzamin...
- Co ja tam zrobię!... - westchnął Stach.
- Ty jeden niewiele. Ale kilkudziesięciu, kilkuset takich jak ty i ja... Czy wiesz,
co możemy zrobić?...
W tym miejscu załamał mu się głos: Leon dostał spazmów. Ledwieśmy go
uspokoili.
Innym razem pan Leon wyrzucał nam brak ducha poświęcenia.
- A wiecież wy - mówił - że Chrystus mocą poświęcenia sam jeden zbawił