ludzkość?... O ileż więc świat by się udoskonalił, gdyby na nim ciągle były
jednostki gotowe do ofiary z życia!...
- Czy mam oddawać życie za tych gości, którzy mi wymyślają jak psu, czy za
tych chłopców i subiektów, którzy drwią ze mnie? - pytał Wokulski.
- Nie wykręcaj się! - zawołał pan Leon. - Chrystus zginął nawet za swoich
katów... Ale między wami nie ma ducha... Duch w was gnije... Posłuchaj zaś, co
mówi Tyrteusz: „O Sparto, ruń! nim pomnik twej wielkości, naddziadów grób,
meseński skruszy młot i na żer psom rozrzuci święte kości, i przodków cień
odegna od twych wrót...Ty, ludu, nim wróg w pętach cię powlecze, ojców twych
broń na progach domów złam i w przepaść rzuć... Niech nie wie świat, że
miecze były wśród was, lecz serca zbrakło wam!...” Serca!... - powtórzył pan
Leon.
Już to Stach w przyjmowaniu teorii pana Leona był bardzo ostrożny; ale młody
chłopak umiał wszystkich przekonywać jak Demostenes.
286
Pamiętam, że pewnego wieczora na licznym zebraniu ludzi młodszych i
starszych spłakaliśmy się wszyscy, kiedy pan Leon opowiadał o tym
doskonalszym świecie, w którym zginie głupstwo, nędza i niesprawiedliwość.
- Od tej chwili - mówił z uniesieniem - nie będzie już różnic między ludźmi.
Szlachta i mieszczanie, chłopi i Żydzi, wszyscy będą braćmi...
- A subiekci?... - odezwał się z kąta Wokulski.
Lecz przerwa ta nie zmieszała pana Leona. Nagle zwrócił się do Wokulskiego,
wyliczył wszystkie przykrości, jakie Stachowi wyrządzano w sklepie,
przeszkody, jakie stawiano mu w pracy nad nauką, i zakończył w ten sposób:
- Abyś zaś uwierzył, że jesteś nam równym i że cię kochamy jak brata, abyś
mógł uspokoić twoje serce rozgniewane na nas, oto ja... klękam przed tobą i w
imieniu ludzkości błagam cię o przebaczenie krzywd.
Istotnie, ukląkł przed Stachem i pocałował go w rękę. Zebrani rozczulili się
jeszcze bardziej, podnieśli w górę Stacha i Leona i przysięgli, że za takich ludzi,
jak oni, każdy oddałby życie. Dziś, kiedy przypominam sobie owe dzieje,
chwilami zdaje mi się, że to był sen. Co prawda, nigdy przedtem ani później nie
spotkałem takiego entuzjasty jak pan Leon. W początkach roku 1861 Stach
podziękował Hopferowi za miejsce. Zamieszkał u mnie (w tym pokoiku z
zakratowanym oknem i zielonymi firankami), rzucił handel, a natomiast począł
chodzić na akademickie wykłady jako wolny słuchacz.
Dziwne było jego pożegnanie ze sklepem; pamiętam to, bo sam po niego
przyszedłem. Hopfera ucałował, a następnie zeszedł do piwnicy uściskać
Machalskiego, gdzie zatrzymał się kilka minut. Siedząc na krześle w jadalnym
pokoju słyszałem jakiś hałas, śmiechy chłopców i gości, alem nie podejrzywał
figla.
Naraz (otwór prowadzący do lochu był w tej samej izbie) widzę, że z piwnicy
wydobywa się para czerwonych rąk. Ręce te opierają się o podłogę i tuż za nimi
ukazuje się głowa Stacha raz i drugi. Goście i chłopcy w śmiech.
- Aha! - zawołał jeden stołownik - widzisz, jak trudno bez schodów wyjść z
piwnicy? A tobie zachciewa się od razu skoczyć ze sklepu do uniwersytetu!...
Wyjdźże, kiedyś taki mądry... Stach z głębi znowu wysunął ręce, znowu chwycił
się za krawędź otworu i wydźwignął się do połowy ciała. Myślałem, że mu krew
tryśnie z policzków.
- Jak on się wydobywa... Pysznie się wydobywa!... - zawołał drugi stołownik.
Stach zaczepił nogą o podłogę i po chwili był już w pokoju. Nie rozgniewał się,
ale też nie podał ręki żadnemu koledze, tylko zabrał swój tłomoczek i szedł ku
drzwiom.
- Cóż to, nie żegnasz się z gośćmi, panie doktór!... - wołali zanim stołownicy
Hopfera.
Szliśmy przez ulicę nie mówiąc do siebie. Stach przygryzał wargi, a mnie już
wówczas przyszło na myśl, że to wydobywanie się z piwnicy jest symbolem
jego życia, które upłynęło na wydzieraniu się ze sklepu Hopfera w szerszy
świat.
287
Proroczy wypadek!... bo i do dziś dnia Stach ciągle tylko wydobywa się na
wierzch. I Bóg wie, co by dla kraju mógł zrobić taki jak on człowiek, gdyby na
każdym kroku nie usuwano mu schodów, a on nie musiał tracić czasu i sił na
samo wydzieranie się do nowych stanowisk. Przeniósłszy się do mnie pracował
po całych dniach i nocach, aż mnie nieraz złość brała. Wstawał przed szóstą i
czytał. Około dziesiątej biegł na kursa, potem znowu czytał. Po czwartej szedł
na korepetycję do kilku domów (głównie żydowskich, gdzie mu Szuman
wyrobił stosunki) i wróciwszy do domu znowu czytał i czytał, dopóki zmorzony
snem nie położył się już dobrze po północy.
Miałby z owych lekcji nie najgorsze dochody, gdyby od czasu do czasu nie
odwiedzał go ojciec, który zmienił się tylko o tyle, że nosił tabaczkowy surdut
zamiast piaskowego, a swoje papiery obwijał w chustkę niebieską. Zresztą
został taki sam jak wówczas, kiedy go poznałem. Siadał przy stoliku syna, kładł
na kolanach papiery - i mówił głosem cichym i jednostajnym:
- Książki... zawsze książki!... Tracisz pieniądze na naukę, a mnie brakuje na
proces. Żebyś skończył dwa uniwersytety, nie wyjdziesz z dzisiejszego
upodlenia, dopóki nie odzyskamy naszych dóbr po dziadku. Wtedy dopiero
ludzie przyznają, żeś ty szlachcic, równy innym...Wtedy znajdzie się familia...
Czas wolny od nauki poświęcał Stach na próby z balonami. Wziął dużą butlę i w
niej za pomocą witriolu preparował jakiś gaz (już nawet nie pamiętam jaki) i
napełniał nim balon nieduży wprawdzie, ale przygotowany bardzo sztucznie.
Była pod nim maszynka z wiatraczkiem...No i latało to pod sufitem, dopóki nie
zepsuło się przez uderzenie o ścianę.
W takim razie Stach znowu łatał swój balon, naprawiał maszynkę, napełniał
butlę rozmaitymi paskudztwami i znowu próbował, bez końca. Raz butla pękła,
a witriol mało mu nie wypalił oka. Lecz co jego to obchodziło, skoro bodaj za
pomocą balonu chciał „wydobyć się” ze swej marnej pozycji.
Od czasu jak Wokulski osiedlił się u mnie, przybyła naszemu sklepowi nowa
kundmanka: Kasia Hopfer. Nie wiem, co tak podobało się jej u nas - moja broda
czy tusza Jana Mincla? Bo dziewczyna miała ze dwadzieścia norymberskich
sklepów bliżej domu, ale przychodziła do naszego po kilka razy na tydzień.
„A to proszę włóczki, a to proszę jedwabiu, a to igieł za dziesięć groszy..” Po
taki sprawunek biegła wiorstę drogi w deszcz czy pogodę, a kupując za parę
groszy szpilek przesiadywała w sklepie po pół godziny i rozmawiała ze mną.
- Dlaczego to panowie nigdy nie przychodzą do nas z... panem Stanisławem? -
mówiła rumieniąc się. - Ojciec tak panów kocha i... my wszyscy...
Z początku dziwiłem się niespodzianej miłości starego Hopfera i dowodziłem
pannie Kasi, że zbyt mało znam jej ojca, ażebym miał składać mu wizyty.
Ale ona wciąż swoje:
- Pan Stanisław musi gniewać się na nas, nie wiem nawet za co, bo przynajmniej
tatko i... my wszyscy jesteśmy bardzo życzliwi. Pan Stanisław chyba nie może