jest dość oryginalne... Ktoś daje panu mieszkanie, a pan uważa za stosowne nie
płacić mu.
- Kto mi daje mieszkanie?!... - wrzasnął młody człowiek siadając na oknie i
huśtając się w tył, jakby miał zamiar rzucić się z trzeciego piętra. - Ja sam
zająłem to mieszkanie i będę w nim dopóty, dopóki mnie nie wyrzucą.
Umowy!... paradni są z tymi umowami... Jeżeli społeczeństwo chce, ażebym mu
płacił za mieszkanie, to niechaj samo płaci mi tyle za korepetycje, żeby z nich
wystarczyło na komorne... Paradni są!... Ja za trzy godziny lekcji co dzień mam
piętnaście rubli na miesiąc, za jedzenie biorą ode mnie dziewięć rubli, za pranie
i usługę trzy...A mundur, a wpis?... I jeszcze chcą, żebym za mieszkanie płacił.
Wyrzućcie mnie na ulicę - mówił zirytowany - niech mnie złapie hycel i da
pałką w łeb... Do tego macie prawo, ale nie do uwag i wymówek...
- Nie rozumiem pańskiego uniesienia - rzekłem spokojnie.
- Mam się czego unosić! - odparł młody człowiek huśtając się coraz mocniej w
stronę podwórka: - Społeczeństwo, jeżeli nie zabiło mnie przy urodzeniu, jeżeli
każe mi się uczyć i zdawać kilkanaście egzaminów, zobowiązało się tym
samym, że mi da pracę ubezpieczającą -mój byt... Tymczasem albo nie daje mi
pracy, albo oszukuje mnie na wynagrodzeniu... Jeżeli więc społeczność
względem mnie nie dotrzymuje umowy, z jakiej racji żąda, abym ja jej
dotrzymywał względem niego. Zresztą co tu gadać, z zasady nie płacę
komornego, i basta: Tym bardziej że obecny właściciel domu nie budował tego
303
domu; nie wypalał cegieł, nie rozrabiał wapna, nie murował, nie narażał się na
skręcenie karku. Przyszedł z pieniędzmi, może ukradzionymi, zapłacił innemu,
który może także okradł kogo, i na tej zasadzie chce mnie zrobić swoim
niewolnikiem. Kpiny ze zdrowego rozsądku!
- Pan Wokulski - rzekłem powstając z krzesła - nie okradł nikogo... Dorobił się
majątku pracą i oszczędnością...
- Daj pan spokój! - przerwał młody człowiek. - Mój ojciec był zdolnym
lekarzem, pracował dniem i nocą, miał niby to dobre zarobki oszczędził...
raptem trzysta rubli na rok! A że wasza kamienica kosztuje dziewięćdziesiąt
tysięcy rubli; więc na kupienie jej za cenę uczciwej pracy mój ojciec musiałby
żyć i zapisywać recepty przez trzysta lat... Nie uwierzę zaś, ażeby ten nowy
właściciel pracował od trzystu lat...
W głowie zaczęło mi krążyć od tych wywodów; młody człowiek zaś mówił
dalej:
- Możecie nas wypędzić, owszem!... Wtedy dopiero przekonacie się, coście
stracili. Wszystkie praczki, wszystkie kucharki z tej kamienicy stracą humor, a
pani Krzeszowska już bez przeszkody zacznie śledzić swoich sąsiadów,
rachować każdego gościa, który przychodzi do nich wizytą, i każde ziarno
kaszy, które sypią do garnka... Owszem, wypędźcie nas!... Wtedy dopiero panna
Leokadia zacznie wyśpiewywać swoje gamy i wokalizy z rana sopranem, a po
południu kontraltem... I diabli wezmą dom, w którym my jedni jako tako
utrzymujemy porządek!
Zabraliśmy się do odejścia.
- Więc pan stanowczo nie zapłaci komornego? - spytałem.
- Ani myślę. - Może choć od października zacznie pan płacić?
- Nie, panie. Niedługo już. będę żył, więc pragnę przeprowadzić choćby jedną
zasadę: jeżeli społeczność chce, ażeby jednostki szanowały umowę względem
niej; niechaj sama wykonywa ją względem jednostek. Jeżeli ja mam komuś
płacić za komorne, niech inni tyle płacą mi za lekcje, żeby mi na komorne
wystarczyło. Rozumie pan?...
- Nie wszystko, panie - odparłem.
- Nic dziwnego - rzekł młody człowiek. - Na starość mózg więdnie i nie jest
zdolny przyjmować nowych prawd...
Ukłoniliśmy się sobie nawzajem i wyszliśmy obaj z rządcą. Młody człowiek
zamknął za nami drzwi, lecz za chwilę wybiegł na schody i zawołał:
- A niechaj komornik przyprowadzi ze sobą dwu stójkowych, bo mnie będą
musieli wynosić z mieszkania...
- Owszem, panie! - odpowiedziałem mu z grzecznym ukłonem, myśląc w głębi
duszy, że nie godzi się jednak wyrzucać takiego oryginała.
Kiedy szczególny młodzieniec ostatecznie cofnął się do pokoju i zamknął drzwi
na klucz dając tym sposobem do zrozumienia, że konferencję z nami uważa za
skończoną, zatrzymałem się w połowie schodów i rzekłem do rządcy:
- Widzę, macie tu kolorowe szyby, co?
304
- O, bardzo kolorowe.
- Ale są zakurzone...
- O, bardzo zakurzone - odparł rządca.
- I myślę - dodałem - że ten młody człowiek pod względem niepłacenia
komornego dotrzyma słowa, co?
- Panie - zawołał rządca - on to nic. On mówi, że nie zapłaci, no i nic płaci; ale
tamci dwaj nic nie mówią i także nie płacą. To są, panie Rzecki, nadzwyczajni
lokatorowie!... Oni jedni nigdy nie robią mi zawodu.
Mimo woli, i nie wiem nawet dlaczego, pokręciłem głową, choć przeczuwam,
że gdybym był właścicielem podobnego domu, kręciłbym głową cały dzień.
- Więc tu nikt nie płaci, a przynajmniej nie płaci regularnie? -zapytałem eks-
obywatela.
- I nie ma się czemu dziwić - odparł pan Wirski. - W domu, z którego od tylu lat
komorne pobierają wierzyciele, najuczciwszy lokator musi się znarowić.
Pomimo to mamy kilku bardzo punktualnych, na przykład baronowa
Krzeszowska...
- Co?!... - zawołałem. - Ach, prawda, że baronowa tu mieszka...Chciała nawet
kupić ten dom...
- I kupi go - szepnął rządca - tylko, panowie, trzymajcie się ostro!... Kupi go,
choćby miała oddać cały swój majątek... A niemały to majątek, choć pan baron
mocno go nadszarpnął... Wciąż stałem na połowie schodów, pod oknem z
żółtymi, czerwonymi i niebieskimi szybami. Wciąż stałem zapatrzony we
wspomnienie pani baronowej, którą widziałem zaledwie kilka razy w życiu i
zawsze przedstawiała mi się jako osoba bardzo ekscentryczna. Umie być
pobożną i zawziętą, pokorną i ordynaryjną...
- Cóż to za kobieta, panie Wirski? - spytałem. - To niezwykła kobieta, panie...
- Jak wszystkie histeryczki - mruknął eks-obywatel. - Straciła córeczkę, mąż ją
porzucił... Same awantury!...
- Pójdziemy do niej, panie - rzekłem schodząc na drugie piętro. Czułem w sobie
takie męstwo, że baronowa nie tylko nic trwożyła mnie, lecz prawie pociągała.
Ale kiedy stanęliśmy pode drzwiami i rządca zadzwonił, doznałem kurczu w
łydkach. Nie mogłem ruszyć się z miejsca i tylko dlatego nie uciekłem. W
jednej chwili opuściła mnie odwaga, przypomniałem sobie sceny z licytacji...
Obrócił się klucz w zamku, stuknęła zasuwka i w uchylonych drzwiach ukazała
się twarz niestarej jeszcze dziewczyny, ubranej w biały czepeczek.
- A kto to? - spytała dziewczyna.
- Ja, rządca.
- Czego pan chce?
- Przychodzę z pełnomocnikiem właściciela.
- A ten pan czego chce?
- Ten pan jest właśnie pełnomocnikiem