Выбрать главу

- Więc jak mam powiedzieć?...

305

- Powiedz pani - odparł już zirytowany rządca - że przychodzimy pogadać o

lokalu...

- Aha!

Zamknęła drzwi i odeszła. Upłynęło ze dwie albo trzy minuty, zanim wróciła na

powrót i po otworzeniu wielu zamków wprowadziła nas do pustego salonu.

Dziwny był widok tego salonu. Meble okryte ciemnopopielatymi pokrowcami,

to samo fortepian, to samo pająk zawieszony u sufitu; nawet stojące w kątach

kolumny z posążkami miały także popielate koszule. W ogóle robił on wrażenie

pokoju, którego właściciel wyjechał zostawiwszy tylko służbę bardzo dbałą o

porządek domu.

Za drzwiami było słychać rozmowę na głos kobiecy i męski. Kobiecy należał do

baronowej; męski znałem dobrze, ale nie mogłem sobie przypomnieć, czyj jest.

- Przysięgłabym - mówiła baronowa - że utrzymuje z nią stosunki. Onegdaj

przysłał jej przez posłańca bukiet...

- Hum!... Hum!... - wtrącił głos męski.

- Bukiet, który ta obrzydliwa kokietka, dla oszukania mnie, kazała natychmiast

wyrzucić za okno...

- Przecież baron na wsi... tak daleko od Warszawy... - odparł mężczyzna.

- Ale ma tu przyjaciół - zawołała baronowa. - I gdybym nie znała pana,

przypuszczałbym, że pośredniczysz mu w tych bezeceństwach.

- Ależ, pani!... - zaprotestował głos męski. I w tej samej chwili rozległy się dwa

pocałunki, sądzę, że w rękę.

- No, no, panie Maruszewicz, bez czułości!... Znam ja was. Obsypujecie

pieszczotami kobietę, dopóki wam nie zaufa, a potem trwonicie jej majątek i

żądacie rozwodu...

„Więc to Maruszewicz - pomyślałem. - Ładna para...”

- Ja jestem zupełnie inny - odparł ciszej męski głos za drzwiami i znowu

rozległy się dwa pocałunki, z pewnością w rękę.

Spojrzałem na eks-obywatela. Podniósł oczy do sufitu, a ramiona prawie do

wysokości uszu.

- Frant!... - szepnął wskazując na drzwi.

- Znasz go pan?...

- Bah!...

- Więc - mówiła baronowa w drugim pokoju - niechże pan zaniesie do Św.

Krzyża te dziewięć rubli na trzy wotywy, na intencję, ażeby Bóg go upamiętał...

Nie - dodała po chwili nieco zmienionym głosem. - Niech będzie jedna wotywa

za niego, a dwie za duszę mojej nieszczęśliwej dzieweczki...

Przerwało jej ciche szlochanie.

- Niechże się pani uspokoi!... - łagodnie reflektował ją Maruszewicz.

- Idź pan już, idź!... - odparła.

Nagle otworzyły się drzwi salonu i jak wryty stanął na progu Maruszewicz, za

którym ujrzałem żółtawą twarz i zaczerwienione oczy pani baronowej. Rządca i

306

ja podnieśliśmy się z krzeseł, Maruszewicz cofnął się w głąb drugiego pokoju i

widocznie wyszedł innymi drzwiami, a pani baronowa zawołała gniewnie:

- Marysia!... Marysia!...

Wbiegła dziewczyna w białym, jak wyżej, czepeczku, w ciemnej sukni i białym

fartuchu. W ubraniu tym wyglądałaby na dozorczynię chorych, gdyby jej oczy

nie rzucały za wiele iskier.

- Jak mogłaś wprowadzić tu tych panów? - zapytała ją baronowa.

- Pani przecie kazała prosić...

- Głupia... precz!... - syknęła baronowa. Następnie zwróciła się do nas:

- Czego pan chce, panie Wirski?

- Pan Rzecki jest plenipotentem właściciela domu - odparł rządca.

- A, a!... To dobrze... - mówiła baronowa, powoli wchodząc do salonu i nie

prosząc nas, ażebyśmy usiedli. Rysopis tej damy: czarna suknia, żółtawa twarz,

sinawe usta, zaczerwienione z płaczu oczy i włosy gładko uczesane.

Skrzyżowała ręce na piersiach jak Napoleon I i patrząc na mnie rzekła:

- A, a, a!... To pan jest plenipotentem, zdaje mi się, że pana Wokulskiego... Czy

tak?... Niechże mu pan powie, że albo ja wyprowadzę się z tęgo mieszkania, za

które płacę mu siedemset rubli bardzo regularnie, wszak prawda, panie Wirski?..

Rządca ukłonił się.

- Albo - ciągnęła baronowa - pan Wokulski usunie ze swego domu te brudy i

niemoralność...

- Niemoralność? - spytałem.

- Tak, panie - potwierdziła baronowa kiwając głową. - Te praczki, które przez

cały dzień śpiewają jakieś wstrętne piosenki na dole, a wieczorem śmieją się nad

moją głową u tych... studentów... Ci zbrodniarze, którzy na mnie rzucają z góry

papierosy albo leją wodę...Ta nareszcie pani Stawska, o której nie wiem, czym

jest: wdową czy rozwódką, ani z czego się utrzymuje... Ta pani bałamuci mężów

żonom cnotliwym, a tak strasznie nieszczęśliwym...

Zaczęła mrugać oczyma i rozpłakała się.

- Okropność!... - mówiła łkając. - Być przykutą do tak wstrętnego domu przez

pamięć dla dziecka, której nic już nie wydrze z serca. Wszakże ona biegała po

tych wszystkich pokojach... Ona bawiła się tam, od podwórza... I wyglądała

oknem, przez które mnie, matce-sierocie, wyjrzeć dzisiaj nie wolno... Chcą mnie

wypędzić stąd... wszyscy chcą mnie wypędzić... wszystkim zawadzam... A

przecież ja stąd nie mogę wyprowadzić się, bo każda deska tej podłogi nosi

ślady jej nóżek...w każdej ścianie uwiązł jej śmiech albo płacz...

Upadła na kanapę i zaniosła się od łkania.

- Ach! - płakała - ludzie są okrutniejsi od zwierząt... Chcą mnie wygnać stąd,

gdzie moja dziecina wydała ostatnie tchnienie... Jej łóżeczko i wszystkie

zabawki leżą na swoich miejscach... Sama ścieram kurze w jej pokoju, ażeby nie

poruszyć najmniejszego sprzętu... Każdy cal podłogi wydeptałam kolanami,

wycałowałam ślady mojej dzieciny, a oni mnie chcą wygnać!... Wygnajcież stąd

pierwej mój ból, moją tęsknotę, moją rozpacz...

307

Zasłoniła twarz i szlochała rozdzierającym głosem. Spostrzegłem, że rządcy nos

czerwienieje, a i ja sam uczułem łzy pod powiekami.

Rozpacz baronowej po zmarłym dziecku tak mnie rozbroiła, że nie miałem

odwagi mówić z nią o podwyższeniu komornego. Płacz zaś jej tak znowu

denerwował, że gdyby nie wzgląd na drugie piętro, wyskoczyłbym chyba

oknem.

W rezultacie chcąc za jakąkolwiek cenę utulić szlochającą kobietę, odezwałem

się z całą łagodnością:

- Proszę pani, niech się pani uspokoi... Czego pani żąda od nas?...Czym możemy

służyć?...

W głosie moim było tyle współczucia, że rządcy nos jeszcze bardziej

poczerwieniał. Pani baronowej zaś obeschło jedno oko, lecz jeszcze płakała

drugim, na znak, że nie uważa swojej akcji za skończoną, a mnie za pobitego.

- Żądam... żądam - mówiła wśród westchnień - żądam, aby mnie nie wypędzano

z miejsca, gdzie umarło moje dziecko... i gdzie wszystko mi je przypomina. Nie

mogę, no... nie mogę oderwać się od jej pokoju... nie mogę ruszyć jej sprzętów i

zabawek... Podłością jest w taki sposób wyzyskiwać niedolę.

- Któż ją wyzyskuje? - spytałem. - Wszyscy, począwszy od gospodarza, który

każe mi płacić siedemset rubli...

- A, wybacz, pani baronowa - zawołał rządca. - Siedem pysznych pokoi, dwie

kuchnie jak salony, dwie schówki... Niech pani komu odstąpi ze trzy pokoje:

przecież są dwa frontowe wejścia.