Выбрать главу

chłopców zaczną nazywać starymi.)

- Są obie panie - mówiła służąca. - Tylo co do pani młodszej przyszła jedna

dziewczynka wydawać lekcje. Ale pani starsza jest w swoim pokoju.

- Phy! - mruknął rządca. - Wreszcie... powiedz pani starszej...

Weszliśmy do kuchni, gdzie stała balia pełna mydlin i dziecinnej bielizny. Na

sznurze zawieszonym w pobliżu komina suszyły się również dziecinne

spódniczki, koszule i pończoszki. (Jak to zaraz znać, że w mieszkaniu jest

dziecko!)

Spoza uchylonych drzwi usłyszeliśmy głos już starszej kobiety.

- Z rządcą?... jakiś pan?.. - mówiła niewidzialna dama. - Może to Ludwiczek, bo

akurat śnił mi się...

- Niech panowie idą - rzekła służąca otwierając drzwi do saloniku.

Salonik nieduży, koloru perłowego. Szafirowe sprzęty, pianino, w obu oknach

pełno kwiatów białych i różowych, na ścianach premia Towarzystwa Sztuk

Pięknych, na stole lampa ze szkłem w formie tulipana. Po cmentarnym salonie

pani Krzeszowskiej z meblami w ciemnych pokrowcach wydało mi się tu

weselej. Pokój wyglądał, jakby oczekiwano na gościa. Ale jego sprzęty zanadto

symetrycznie ustawione dokoła stołu świadczyły, że gość jeszcze nie przyjechał.

Po chwili z przeciwległych drzwi wyszła osoba w wieku poważnym, ubrana w

popielatą suknię. Uderzył mnie prawie biały kolor jej włosów, obok twarzy

mizernej, lecz niezbyt starej i bardzo regularnej. Rysy tej damy były mi gdzieś

znajome.

Tymczasem rządca zapiął swój poplamiony surdut na dwa guziki i ukłoniwszy

się z elegancją prawdziwego szlachcica rzekł:

- Pozwoli pani zaprezentować: pan Rzecki, plenipotent naszego gospodarza, a

mój kolega... Spojrzeliśmy sobie obaj w oczy. Wyznaję, że byłem trochę

zdziwiony naszym koleżeństwem. Wirski spostrzegł to i dodał z uśmiechem:

- Mówię: kolega, gdyż obaj widzieliśmy równie ciekawe rzeczy będąc za

granicą.

- Szanowny pan był za granicą? no proszę!... - odezwała się staruszka.

- W roku 1849 i nieco później - wtrąciłem.

- A czy szanowny pan nie zetknął się gdzie przypadkowo z Ludwikiem

Stawskim?

- Ależ, pani dobrodziejko! - zawołał Wirski śmiejąc się i kłaniając. - Pan Rzecki

był za granicą przed trzydziestu laty, a zięć pani wyjechał dopiero przed

czterema...

311

Staruszka machnęła ręką, jakby odganiając muchę.

- Prawda! - rzekła - co też ja plotę... Ale tak ciągle myślę o Ludwiczku...

Niechże: panowie raczą spocząć...

Usiedliśmy, przy czym eks-obywatel znowu ukłonił się poważnej damie, a ona

jemu.

Teraz dopiero spostrzegłem, że popielata suknia staruszki jest w wielu

miejscach pocerowana, i dziwna melancholia ogarnęła mnie na widok tych

dwojga ludzi w poplamionym surducie i w pocerowanej sukni, którzy

zachowywali się jak książęta. Nad nimi już przeszedł wszystko wyrównywający

pług czasu.

- Bo zapewne pan nie wie o naszym zmartwieniu - rzekła poważna dama

zwracając się do mnie: - Mój zięć przed czterema laty miał bardzo przykrą

sprawę, najniesłuszniej... Zamordowano tu jakąś straszną lichwiarkę... Ach,

Boże! nie ma o czym mówić... Dosyć, że ktoś z bliskich ostrzegł go, że na niego

pada posądzenie... Najniewinniej, panie...

- Rzecki - wtrącił eks-obywatel.

- Najniesprawiedliwiej, panie Rzecki... No i on... biedak, uciekł zagranicę. W

roku zeszłym znalazł się istotny morderca, ogłoszono niewinność Ludwika, ale i

cóż, kiedy on już od dwu lat nie pisał...

Tu pochyliła się do mnie z fotelu i rzekła szeptem:

- Helenka, córka moja, panie...

- Rzecki - odezwał się rządca.

- Córka moja, panie Rzecki, rujnuje się... szczerze mówię, że się rujnuje na

ogłoszenia po zagranicznych pismach, a tu nic i nic... Kobieta młoda. panie...

- Rzecki - podpowiedział Wirski:

- Kobieta młoda, panie Rzecki, niebrzydka.

- Prześliczna! - wtrącił rządca z zapałem.

- Byłam trochę do niej podobna - ciągnęła sędziwa dama wzdychając i kiwając

głową eks-obywatelowi. - Jest tedy córka moja niebrzydka i młoda, już jedno

dziecko ma i... może tęskni za innymi. Chociaż, panie Wirski, przysięgam; że

nigdy od niej o tym nie słyszałam... Cierpi i milczy, ale że cierpi, domyślam się.

Ja także miałam trzydzieści lat...

- Kto z nas ich nie miał! - ciężko westchnął rządca.

Skrzypnęły drzwi i wbiegła mała dziewczynka z drutami w ręku.

- Proszę babci! - zawołała - ja nigdy nie skończę kaftanika dla mojej lalki...

- Heluniu! - odezwała się staruszka surowo. - Ty nie ukłoniłaś się...

Dziewczynka zrobiła dwa dygi, na które ja odpowiedziałem niezręcznie, a pan

Wirski jak hrabia, i mówiła dalej, pokazując babce druty, przy których chwiał

się czarny, włóczkowy kwadracik.

- Proszę babci, nadejdzie zima i moja lalka nie będzie miała w czym wyjść na

ulicę... Proszę babci, znowu mi spadło oczko.

(Prześliczne dziecko... Boże miłosierny! dlaczego Stach nie jest jego ojcem.

Może nie szalałby tak...)

312

Babcia przepraszając nas wzięła włóczkę i druty, a w tej chwili weszła do salonu

pani Stawska... Muszę sobie przyznać, że ja na jej widok zachowałem się z

godnością; ale Wirski zupełnie stracił głowę. Zerwał się krzesła jak student,

zapiął surdut jeszcze na jeden guzik, powiem nawet: zarumienił się, i zaczął

bełkotać:

- Pozwoli pani zaprezentować sobie: pan Rzecki, plenipotent naszego

gospodarza...

- Bardzo mi przyjemnie - odpowiedziała pani Stawska kłaniając mi się ze

spuszczonymi oczyma. Ale silny rumieniec i ślad obawy na jej twarzy upewniły

mnie, że nie jestem przyjemnym gościem.

„Poczekaj! - myślę. I wyobraziłem sobie, że na moim miejscu jest w tym pokoju

Wokulski. - Poczekaj, zaraz cię przekonam, że nie masz się nas czego lękać.”

Tymczasem pani Stawska usiadłszy na krześle była tak zmieszana, że zaczęła

coś poprawiać około sukienki swojej córeczki. Jej matka również straciła

humor, a rządca kompletnie zbaraniał. „Poczekajcie!” - myślę i przybrawszy

bardzo surowy wyraz twarzy odezwałem się:

- Panie dawno mieszkają w tym domu?

- Pięć lat... - odpowiada pani Stawska rumieniąc się jeszcze mocniej. Jej matka

aż drgnęła na fotelu.

- Ile panie płacą? - Dwadzieścia pięć rubli miesięcznie... - szepnęła młoda pani.

Jednocześnie pobladła, zaczęła skubać sukienkę i z pewnością mimo woli

rzuciła na Wirskiego takie błagalne spojrzenie, że... że gdybym był Wokulskim,

zaraz bym się o nią oświadczył...

- Jesteśmy - dodała jeszcze ciszej - jesteśmy winne panom za lipiec...

Zachmurzyłem się jak Lucyper i nabrawszy tyle tchu, ile było powietrza w

mieszkaniu, rzekłem:

- Nic panie nie są nam winne do... do października. Właśnie Stach... - to jest pan

Wokulski, pisze mi, że to istny rozbój brać trzysta rubli za trzy pokoje na tej

ulicy. Pan Wokulski nie może pozwolić na podobne zdzierstwo i kazał mi