zawiadomić panie, że ten lokal od października będzie do wynajęcia za dwieście
rubli. A jeżeli panie nie życzą sobie...
Rządca aż posunął się w tył z fotelem. Staruszka złożyła ręce, a pani Stawska
patrzyła na mnie wielkimi oczyma. Oto dopiero oczy!... i jak ona nimi umie
patrzeć!... Przysięgam, że gdybym był Wokulskim, oświadczyłbym się jej na
poczekaniu. Z męża już pewnie nie ma nawet kosteczki, jeżeli nie pisał przez
dwa lata. Wreszcie, od czego są rozwody?... na co Stach ma taki majątek?...
Znowu skrzypnęły drzwi i ukazała się w nich może dwunastoletnia
dziewczynka, w pasterce na głowie i z paczką kajetów w ręce. Było to dziecko z
twarzą rumianą i pełną, lecz nie zdradzającą zbyt wielkiej inteligencji. Ukłoniła
się nam, ukłoniła się pani Stawskiej i jej matce, ucałowała w oba policzki małą
Helenkę i wyszła, oczywiście do domu. Następnie wróciła się z kuchni i
zarumieniona powyżej oczu, spytała pani Stawskiej:
- Pojutrze o której mogę przyjść?
313
- Pojutrze, kochanko... Przyjdź o czwartej - odpowiedziała pani Stawska
również zmieszana. Gdy dziewczynka ostatecznie wyszła, matka pani Stawskiej
odezwała się niezadowolonym tonem:
- I to nazywa się lekcja, Boże odpuść... Helenka pracuje z nią przynajmniej
półtorej godziny i za taką lekcję bierze czterdzieści groszy...
- Mateczko! - przerwała pani Stawska, błagalnie patrząc na nią.
(Gdybym był Wokulskim, już bym z nią wracał od ślubu. Co to za kobieta!... co
za rysy... co za gra fizjognomii... W życiu nie widziałem nic podobnego!... A
rączka, a figurka, a wzrost; a ruchy, a oczy, oczy!...)
Po chwili kłopotliwego milczenia odezwała się znowu młoda pani:
- Bardzo jesteśmy wdzięczne panu Wokulskiemu za warunki, na jakich zostawia
nam ten lokal!... Jest to chyba jedyny wypadek, ażeby gospodarz sam zniżał
komorne. Ale nie wiem, czy... wypada nam korzystać z jego uprzejmości?...
- To nie uprzejmość, pani, to uczciwość szlachetnego człowieka! -wtrącił
rządca. - Mnie pan Wokulski również zniżył komorne i przyjąłem... Ulica,
proszę pani, trzeciorzędna, ruch mały...
- Ale o lokatorów na niej łatwo - wtrąciła pani Stawska.
- Wolimy dawnych, znanych nam już ze spokojności i porządku -
odpowiedziałem.
- Ma pan słuszność - pochwaliła mnie siwowłosa dama. - Porządek w
mieszkaniu to pierwsza zasada, której przestrzegamy... Nawet jeżeli Helunia
potnie kiedy papierki i rzuci je na podłogę, zaraz zmiata je Franusia...
- Przecie ja, proszę babci, wycinam tylko koperty, bo piszę list do tatki, ażeby
już wracał - odezwała się dziewczynka.
Po obliczu pani Stawskiej przeleciał cień jakby żalu i zmęczenia.
- I nic, żadnej wiadomości? - spytał rządca.
Młoda pani z wolna potrząsnęła głową; ale jestem pewny, czy nie westchnęła,
ale tak cicho...
- Oto los młodej i niebrzydkiej kobiety! - zawołała starsza dama. - Nie panna,
nie mężatka...
- Mateczko! ...
- Nie wdowa, nie rozwódka, słowem - nie wiadomo co i nie wiadomo za co...
Ty, Helenko, mów sobie co chcesz, a ja ci powiadam, że Ludwik już nie żyje...
- Mateczko!... mateczko!...
- Tak - ciągnęła matka z uniesieniem. - My go tu wszyscy oczekujemy każdego
dnia, o każdej godzinie, ale to na nic... Albo umarł, albo zaparł się ciebie, więc
nie masz obowiązku czekać...
Obu paniom łzy nabiegły do oczu: matce z gniewu, a córce... Czyja wiem?...
Może z żalu za złamanym życiem.
Nagle przeleciała mi przez głowę myśl, którą (gdyby nie o mnie chodziło)
poczytałbym za genialną. Zresztą mniejsza o jej nazwę. Dość, że było w mojej
twarzy i całej postaci coś takiego, że gdy poprawiłem się na krześle, założyłem
314
nogę na nogę i odchrząknąłem, wszyscy wlepili we mnie spojrzenia - nawet
mała Helenka.
- Znajomość nasza - rzekłem - zbyt jest krótką, ażebym śmiał...
- Wszystko jedno! - przerwał mi pan Wirski. - Dobre usługi przyjmuje się nawet
od nieznajomych.
- Znajomość nasza - mówiłem skarciwszy go wzrokiem - jest wprawdzie
niedługa. Pozwolą panie jednak, ażebym nie tyle ja, ile pan Wokulski użył
swoich wpływów do odszukania małżonka pani...
- Aaa!... - jęknęła starsza dama w sposób, którego nie mógłbym uważać za
objaw radości.
- Mateczko! - wtrąciła pani Stawska.
- Heluniu - rzekła babcia stanowczo - idź do swojej lalki i rób jej kaftanik.
Oczko już znalazłam, idź...
Dziewczynka była trochę zdziwiona, może nawet zaciekawiona, ale ucałowała
ręce babci i matce i wyszła ze swymi drutami.
- Proszę pana - ciągnęła staruszka - jeżeli mamy mówić szczerze, to mnie nie
tyle chodzi... To jest... nie wierzę, ażeby Ludwik żył. Kto przez dwa lata nie
pisze...
- Mamo, dosyć!...
- O nie! - przerwała matka. - Jeżeli ty jeszcze nie czujesz swego położenia, to
już ja je rozumiem. Nie można żyć z taką wieczną nadzieją czy groźbą...
- Mamo droga, o moim szczęściu i obowiązkach ja tylko mam prawo...
- Nie mów mi o szczęściu - wybuchnęła matka. - Ono skończyło się w dniu,
kiedy twój mąż uciekł przed sądem, który dowiedział się o jakichś ciemnych
jego stosunkach z lichwiarką. Że był niewinny, wiem, na to gotowa byłam
przysiąc. Ale nie rozumiem ani ja, ani ty, po co on u niej bywał.
- Mamo!... przecież ci panowie są obcy... - zawołała z desperacją pani Stawska.
- Ja obcy?... - spytał rządca tonem wymówki; ale powstał z krzesełka i ukłonił
się.
- I pan nie jesteś obcy, i ten pan - rzekła staruszka wskazując na mnie. - To musi
być uczciwy człowiek...
Teraz ja ukłoniłem się.
- Więc mówię panu - ciągnęła staruszka, bystro patrząc mi w oczy - żyjemy w
ciągłej niepewności co do mego zięcia i niepewność ta zatruwa nam spokój. Ale
ja, wyznam szczerze, więcej boję się jego powrotu...
Pani Stawska zasłoniła twarz chustką i wybiegła do swego pokoju.
- Płacz sobie, płacz... - mówiła grożąc za nią rozdrażniona staruszka. - Takie łzy,
chociaż bolesne, lepsze są od tych, które co dzień wylewasz...
- Panie - zwróciła się do mnie - przyjmę wszystko, co nam Bóg zeszle, ale czuję,
że gdyby ten człowiek wrócił, zabiłby do reszty szczęście mojego dziecka.
Przysięgnę - dodała ciszej - że ona go już nie kocha, choć sama nie wie o tym,
ale jestem pewna, że... pojechałaby do niego, gdyby ją wezwał!...
315
Tłumione łkanie przerwało jej mowę. Spojrzeliśmy po sobie z Wirskimi
pożegnaliśmy sędziwą damę.
- Pani - rzekłem na odchodnym - nim rok upłynie, przyniosę wiadomość o jej
zięciu. A może - szepnąłem z mimowolnym uśmiechem - sprawy ułożą się tak,
że... wszyscy będziemy zadowoleni...Wszyscy... nawet ci, których tu nie ma!...
Staruszka spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, alem nic nie odpowiedział.
Jeszcze raz pożegnałem ją i wyszliśmy obaj z rządcą nie dopytując się już o
panią Stawską.
- A niechże pan zagląda do nas choćby co wieczór!... - zawołała sędziwa dama,