Выбрать главу

325

Lokaj przyniósł drugi bilet i niebawem ukazał się drugi gość. Był to człowiek

pulchny i rumiany i wyglądał na właściciela sklepu bławatnego. Kłaniał się na

całej przestrzeni ode drzwi do stołu.

- Co pan każe? - spytał Wokulski.

- Jak to, nie odgadł pan przeczytawszy nazwisko Escabeau?..Hannibal

Escabeau?... - zdziwił się przybyły. - Karabin Escabeau daje siedemnaście

strzałów na minutę; ten zaś, który będę miał honor zaprezentować panu,

wyrzuca trzydzieści kul...

Wokulski miał tak zdziwioną minę, że Hannibal Escabeau sam począł się

dziwić.

- Sądzę, że nie omyliłem się? - spytał gość.

- Omylił się pan - odparł Wokulski. - Jestem kupcem galanteryjnym i karabiny

nic mnie nie obchodzą.

- Mówiono mi jednak... poufnie... - rzekł z naciskiem Escabeau - że panowie...

- Źle pana poinformowano.

- Ach, w takim razie przepraszam... To może być pod innym numerem... -

mówił gość cofając się i kłaniając.

Nowy występ błękitnego fraka i białych spodni i nowy gość; tym razem mały,

szczupły, czarny, z niespokojnym wejrzeniem. Ten prawie przybiegł do stołu,

padł na krzesło, obejrzał się na drzwi i przysunąwszy się do Wokulskiego zaczął

przyciszonym głosem:

- Pewnie dziwi to pana, ale... rzecz jest ważna... zbyt ważna...W tych dniach

zrobiłem olbrzymie odkrycie co do rulety... Trzeba tylko sześć do siedmiu razy

dublować stawkę...

- Wybaczy pan, ale ja się tym nie zajmuję - przerwał mu Wokulski:

- Nie ufa mi pan?... To całkiem naturalne... Ale mam właśnie przy sobie małą

ruletę... Możemy spróbować...

- Przepraszam pana, w tej chwili nie mam czasu.

- Trzy minuty, panie... minutkę... - Ani pół minuty.

- Więc kiedyż mam przyjść? - pytał gość z miną bardzo zdesperowaną.

- W każdym razie nieprędko.

- Niechże mi pan przynajmniej pożyczy sto franków na oficjalne próby...

- Mogę służyć pięcioma - odparł Wokulski sięgając do kieszeni.

- O nie, panie, dziękuję... Nie jestem awanturnikiem... Zresztą...niech pan da...

jutro odniosę... Pan może się tymczasem namyśli...

Następny gość, człowiek okazałej tuszy, ze sznurem miniaturowych orderów na

klapie surduta, proponował Wokulskiemu: dyplom doktora filozofii, order lub

tytuł, i wydawał się bardzo zdziwionym, gdy propozycji nie przyjęto. Odszedł,

nawet nie pożegnawszy się.

Po nim nastąpiła paru minutowa przerwa. Wokulskiemu zdawało się, że w

poczekalni słyszy szelest kobiecej sukni. Wytężył ucho... W tej chwili lokaj

zameldował baronowę...

326

Znowu długa pauza i ukazała się w salonie kobieta tak piękna i dystyngowana,

że Wokulski mimo woli powstał z fotelu. Mogła mieć około czterdziestu lat;

wzrost okazały, rysy bardzo regularne, postawa wielkiej damy.

Milcząc wskazał jej fotel. Gdy zaś usiadła, spostrzegł, że jest wzburzona i

szarpie w rękach haftowaną chusteczkę. Nagle odezwała się, dumnie patrząc mu

w oczy:

- Pan mnie zna?

- Nie, pani.

- Nie widział pan nawet moich portretów?

- Nie.

- Więc chyba nigdy pan nie był ani w Berlinie, ani w Wiedniu.

- Nie byłem.

Dama głęboko odetchnęła.

- Tym lepiej - rzekła - będę śmielszą. Nie jestem baronowa...jestem zupełnie

kim innym. Ale o to mniejsza. Chwilowo znalazłam się w trudnym położeniu...

potrzebuję dwudziestu tysięcy franków... A ponieważ nie chcę w tutejszych

lombardach zastawiać moich klejnotów, więc... Pojmuje pan?

- Nie, pani.

- Więc... mam do zbycia ważną tajemnicę...

- Nie mam prawa nabywać tajemnic - odpowiedział już zmieszany Wokulski.

Dama poruszyła się na fotelu.

- Nie ma pan prawa?... Więc po cóż pan tu przyjechał?... - rzekła z lekkim

uśmiechem.

- A jednak nie mam...

Dama podniosła się.

- Tu - mówiła wzruszona - jest adres, pod którym można się zgłosić do mnie w

ciągu dwudziestu czterech godzin, a tu... notatka, która może panu da trochę do

myślenia... Żegnam. Wyszła z szelestem. Wokulski spojrzał na notatkę i znalazł

w niej szczegóły dotyczące osoby jego i Suzina, które zazwyczaj stanowią treść

paszportów.

„No tak!... - myślał. - Miler przeczytał mój paszport i zrobił z niego wyciąg,

nawet nie bez błędów... Woklusky... Cóż, u diabła czy oni mnie uważają za

dziecko?...”

Ponieważ nikt z gości już nie przychodził, Wokulski wezwał do siebie Jumarta.

- Co pan rozkaże? - spytał elegancki marszałek dworu.

- Chciałem z panem pomówić.

- Prywatnie?... W takim razie pozwoli pan, że usiądę. Przedstawienie skończone,

kostiumy idą do składu, aktorzy stają się równi sobie.

Mówił to nieco ironicznym tonem i zachowywał się, jak przystało na człowieka

bardzo dobrze wychowanego. Wokulski dziwił się coraz więcej.

- Powiedz mi pan - rzekł - co to są za ludzie?

- Ci, którzy byli u pana? - spytał Jumart. - Ludzie jak inni: przewodnicy,

wynalazcy, pośrednicy... Każdy pracuje, jak umie, i stara się swoją pracę zbyć

327

najkorzystniej. A że lubią zarobić, jeżeli się da, więcej niż warto, to już cecha

Francuzów:

- Pan nie jesteś Francuzem?

- Ja?... urodziłem się w Wiedniu, kształciłem się w Szwajcarii i w Niemczech,

długi czas mieszkałem we Włoszech, Anglii, Norwegii, Stanach

Zjednoczonych... Moje zaś nazwisko najlepiej streszcza narodowość: tym

jestem, w czyjej mieszkam oborze; wołem między wołami, koniem między

końmi. A że wiem, skąd mam pieniądze i na co je wydaję, i ludzie o mnie

wiedzą, więc zresztą nic mnie nie obchodzi.

Wokulski przypatrywał mu się z uwagą.

- Nie rozumiem pana - rzekł.

- Widzi pan - mówił Jumart przebierając palcami po stole - za dużo zwiedziłem

świata, ażebym miał troszczyć się o czyjąś narodowość. Dla mnie istnieją tylko

cztery narodowości bez względu na języki. Numer pierwszy mają ci, o których

wiem: - skąd biorą pieniądze i na co je wydają. Numer drugi - ci, o których

wiem, skąd biorą, ale nie wiem, na co wydają. Numer trzeci ma znane wydatki,

choć nieznane dochody, a numer czwarty noszą ci, których nie znam ani źródła

dochodów, ani wydatków. O panu Escabeau wiem, że ma dochody z fabryki

trykotaży, a wydaje pieniądze na zbudowanie jakiejś piekielnej broni, więc

szanuję go... zaś o pani baronowej:.. nie wiem, ani skąd bierze pieniądze, ani na

co je wydaje; i dlatego jej nie ufam.

- Ja jestem kupcem, panie Jumart - odpowiedział Wokulski, niemile draśnięty

wykładem powyższej teorii.

- Wiem o tym. I jeszcze jest pan przyjacielem pana Siuzę, co także daje pewien

procent. Nie do pana zresztą stosowały się moje uwagi; wypowiedziałem je jako

odczyt, który mam nadzieję, opłaci mi się.

- Jesteś pan filozofem - mruknął Wokulski.

- Nawet doktorem filozofii dwu uniwersytetów - odparł Jumart.

- I spełniasz pan rolę...

- Służącego?... chciałeś pan powiedzieć - przerwał śmiejąc się Jumart. - Pracuję,