panie, aby żyć i zabezpieczyć sobie rentę na starość. A o tytuł nie dbam: tyle ich
już miałem!... Świat podobny jest do amatorskiego teatru: więc nieprzyzwoicie
jest pchać się w nim do ról pierwszych, a odrzucać podrzędne. Wreszcie, każda
rola jest dobra, byle grać ją z artyzmem i nie brać jej zbyt poważnie.
Wokulski poruszył się. Jumart wstał z krzesła i ukłoniwszy się elegancko, rzekł:
- Polecam panu moje usługi. Następnie wyszedł z salonu.
„Mam gorączkę czy co?... - szepnął Wokulski ściskając głowę rękoma. -
Wiedziałem, że Paryż jest dziwny, ale żeby był aż tak dziwny...”
Kiedy Wokulski spojrzał na zegarek, było dopiero wpół do czwartej.
„Przeszło cztery godziny do sesji” - mruknął czując, że ogarnia go trwoga na
myśclass="underline" co robić z czasem? Widział tyle nowych rzeczy, rozmawiał z tyloma
nowymi ludźmi i jest dopiero wpół do czwartej!...
328
Trapił go nieokreślony niepokój, czuł brak czegoś... „Może by znowu co zjeść? -
nie. Może czytać? - nie. Może rozmawiać? - już mam dosyć tej rozmowy..”
Ludzie obrzydli mu; najmniej wstrętnymi byli ci chorzy na manię wynalazków i
ten Jumart ze swoją klasyfikacją człowieczego gatunku.
Nie miał odwagi wracać do swego numeru z wielkim lustrem; cóż mu więc
postało, jeżeli nie oglądanie paryskich osobliwości. Kazał zaprowadzić się do
sali jadalnej Grand Hôtel. Wszystko tu pyszne i ogromne, począwszy od ścian,
sufitu i okien, skończywszy na liczbie i długości stołów. Ale Wokulski nie
przypatrywał się; utkwił oczy w jednym z olbrzymich złoconych pająków i
myślał:
„Kiedy ona dosięgnie wieku baronowej... ona, przywykła do wydawania
dziesiątków tysięcy rubli rocznie, kto wie, czy nie pójdzie też drogami
baronowej?... Przecie i ta kobieta była młodą, i za nią mógł szaleć taki wariat jak
ja, i ona nie pytała, skąd się biorą pieniądze... Dziś już wie skąd: z handlu
tajemnicami ... Przeklęta sfera, która hoduje takie piękne i takie kobiety...”
W sali było mu ciasno, więc wybiegł przed hotel utopić się w ulicznym gwarze.
„Pierwej szedłem na lewo - myślał - teraz pójdę w prawo...”
Wędrówka na oślep w niezmiernym mieście była jedyną rzeczą mającą dla
niego jakiś gorzki powab.
„Gdybym między tymi tłumami mógł zgubić samego siebie...”-szepnął.
Skręcił tedy na prawo. Wyminął nieduży plac i wszedł na bardzo duży, obficie
zasadzony drzewami. Na środku jego stał gmach prostokątny, otoczony
kolumnami jak grecka świątynia; wielkie drzwi śpiżowe, okryte płaskorzeźbą,
na szczycie frontonu również płaskorzeźba przed-stawiająca, zdaje się, sąd
ostateczny.
Wkoło obszedł gmach myśląc o Warszawie. Z jakim trudem dźwigają się
tamtejsze budowle nieduże, nietrwałe i płaskie, gdy tu siła ludzka, jakby dla
rozrywki, wznosi olbrzymy i tak dalece jest niewyczerpana pracą, że jeszcze
zalewa je ozdobami.
Naprzeciw zobaczył niedługą ulicę, a za nią ogromny plac, na którym majaczyła
wysmukła kolumna. Poszedł w tamtą stronę. Im bardziej zbliżał się, tym wyżej
rosła kolumna i plac się rozszerzał. Przed i za kolumną biły duże wodotryski; na
prawo i na lewo ciągnęły się już żółknące kępy drzew jak ogrody; w głębi widać
było rzekę, nad którą co chwilę rozsnuwał się dym szybko przelatującego
parostatku.
Na placu kręciło się niewiele stosunkowo powozów; natomiast było dużo dzieci
z matkami i bonami. Krążyli wojskowi różnej broni i gdzieś grała orkiestra.
Wokulski zbliżył się do obelisku i ogarnęło go zdumienie. Znajdował się na
środku obszaru mającego ze dwie wiorsty długości i z półszerokości. Za sobą
miał ogród, przed sobą bardzo długą aleję. Po obu jej stronach ciągnęły się
skwery i pałace, a daleko, na wzgórzu, wznosiła się ogromna brama. Wokulski
czuł; że w tym miejscu może mu zabraknąć przymiotników i stopni
najwyższych.
329
- To jest plac Zgody, to obelisk z Luxor (oryginalny, panie!), za nami Ogród
Tuileryjski, przed nami Pola Elizejskie, a tam, na końcu...Łuk Gwiazdy...
Wokulski obejrzał się: przy nim kręcił się jakiś pan w ciemnych okularach i
nieco podartych rękawiczkach.
- Możemy tam podejść... Boski spacer!... Czy widzisz pan ten ruch... - mówił
nieznajomy. Nagle umilkł, szybko odszedł i zniknął między dwoma
przejeżdżającymi powozami. Natomiast zbliżył się jakiś wojskowy w krótkiej
pelerynie, z kapturem na plecach. Wojskowy chwilę przypatrzył się
Wokulskiemu i rzekł z uśmiechem:
- Pan cudzoziemiec?... Niech pan będzie ostrożny ze znajomościami w Paryżu.
Wokulski machinalnie dotknął bocznej kieszeni surduta i już nie znalazł tam
srebrnej papierośnicy. Zarumienił się, podziękował wojskowemu w pelerynie,
lecz nie przyznał się do straty. Przyszły mu na myśl definicje Jumarta i
powiedział sobie, że już zna źródło dochodów pana w podartych rękawiczkach,
choć nie wie jeszcze o jego wydatkach.
„Jumart ma rację - szepnął. - Złodzieje są mniej niepewni od ludzi, którzy nie
wiadomo skąd czerpią dochody...”
I przypomniał sobie, że w Warszawie jest bardzo wielu takich. „Może dlatego
nie ma tam gmachów i łuków triumfalnych...”
Szedł Polami Elizejskimi i odurzał się ruchem nieskończonych sznurów karet i
powozów, między którymi przesuwali się jeźdźcy i amazonki. Szedł odpędzając
od siebie posępne myśli, które krążyły nad nim jak stada nietoperzów. Szedł i
lękał się spojrzeć za siebie; zdawało mu się, że na tej drodze, kipiącej
przepychem i weselem, on sam jest jak zdeptany robak, który wlecze za sobą
wnętrzności.
Dotarł do Łuku Gwiazdy i powoli zawrócił się z powrotem. Gdy znowu dosięgał
placu Zgody, zobaczył, poza Tuileryjskim Ogrodem, ogromną czarną kulę, która
szybko szła w górę, zatrzymała się pewien czas i powoli opadła na dół.
„Ach, to tu jest balon Giffarda? - pomyślał. - Szkoda, że nie mam dziś czasu!...”
Z placu skręcił w jakąś ulicę, gdzie na prawo ciągnął się ogród oddzielony
żelaznymi sztachetami i słupami, na których stały wazony, a na lewo - szereg
kamienic z pólokrągłymi dachami, z lasem kominów i kominków, z nie
kończącymi się balustradami... Szedł powoli i z trwoga myślał, że ledwie po
ośmiogodzinnym pobycie Paryż zaczyna go nudzić...
„Bah! - szepnął. - A wystawa, a muzea, a balon?.. „
Idąc wciąż ulicą Rivoli, około siódmej dotarł do placu, na którym wznosiła się,
samotna jak palec, wieża gotycka, otoczona drzewami i niskim płotem z prętów
żelaznych. Stąd znowu rozbiegało się kilka ulic ; Wokulski uczuł znużenie,
kiwnął na fiakra i po upływie pół godziny znalazł się w hotelu spotkawszy po
drodze znajomą już bramę St. Denis.
Sesja z fabrykantami okrętów i odnośnymi inżynierami przeciągnęła się do
północy, przy udziale bardzo wielu butelek szampana. Wokulski, który musiał
wyręczać w rozmowie Suzina i robił dużo notatek, dopiero przy tej pracy