330
uspokoił się zupełnie. Rześko pobiegł do swojego numeru i zamiast dręczyć się
lustrem, wziął do poduszki plan Paryża umieszczony w Przewodniku.
„Bagatela! - mruknął. - Około stu wiorst kwadratowych powierzchni, dwa
miliony mieszkańców, kilka tysięcy ulic i kilkanaście tysięcy powozów
publicznych...”
Potem przejrzał długi spis najznakomitszych budowli paryskich i ze wstydem
pomyślał, że chyba nigdy nie zorientuje się w tym mieście.
„Wystawa... Nôtre-Dame... Hale Centralne... Plac Bastylii... Magdalena...
Ścieki... No, dajcie mi spokój!” - mówił.
Zgasił świecę. Na ulicy było cicho; przez okno napływał szary blask świateł
odbitych chyba od obłoków. Ale Wokulskiemu szumiało i dzwoniło w uszach, a
przed oczyma ukazywały mu się to ulice gładkie jak posadzka, to drzewa
otoczone żelaznymi koszykami, to gmachy budowane z ciosowego kamienia, to
znowu ciżba ludzi i powozów wychodzących nie wiadomo skąd i biegnących
nie wiadomo dokąd. Przypatrując się tym pierzchliwym widziadłom usypiał i
myślał, że jednak ten pierwszy dzień w Paryżu upamiętni mu się na całe życie.
Potem marzyło mu się, że to morze domów i las posągów, i nieskończone
szeregi drzew zwalają się na niego i że on sam już śpi w niezmiernym grobowcu
samotny, cichy, prawie szczęśliwy. Śpi, o niczym nie myśli, o nikim nie
pamięta, i tak przespałby wieki, gdyby, ach! nie ta kropla żalu, która leży w nim
czy obok niego, tak mała, że jej nie dojrzy ludzkie oko, a tak gorzka, że
mogłaby cały świat zatruć.
Od dnia, w którym po raz pierwszy skąpał się w Paryżu, zaczęło się dla
Wokulskiego życie prawie mistyczne. Poza obrębem kilku godzin, które
poświęcał naradom Suzina z budowniczymi okrętów, Wokulski był zupełnie
swobodny i używał tego czasu na najnieporządniejsze zwiedzanie miasta.
Wybierał jakąś miejscowość według alfabetu w Przewodnikui nawet nie patrząc
na plan jechał tam otwartym powozem. Wdrapywał się na schody, obchodził
gmachy, przebiegał sale, zatrzymywał się przed ciekawszymi okazami i tym
samym fiakrem, wynajętym na cały dzień, przenosił się do innej miejscowości,
znowu według alfabetu. A ponieważ największym niebezpieczeństwem, jakiego
lękał się, był brak zajęcia, więc wieczorami oglądał plan miasta, wykreślał już
obejrzane punkta i robił notatki.
Niekiedy w wycieczkach towarzyszył mu Jumart i prowadził go do miejsc, o
których nie wspominają przewodniki: do składów kupieckich, do warsztatów
fabrycznych, do mieszkań rękodzielników, do kwater studenckich, do kawiarni i
restauracyj na ulicach czwartego rzędu. I tu dopiero Wokulski poznawał
właściwe życie Paryża.
W ciągu tych wędrówek wchodził na wieże: St. Jacques, Nôtre-Dame i
Panteonu, wjeżdżał windą na Trocadero, zstępował do ścieków paryskich i do
ozdobionych trupimi głowami katakumb, zwiedzał wystawę powszechną,
Louvre i Cluny, Lasek Buloński i cmentarze, kawiarnie de la Rotonde, du Grand
Balcon i fontanny, szkoły i szpitale, Sorbonę i salę fechtunku, hale i
331
konserwatorium muzyczne, bydłobójnie i teatry, giełdę, Kolumnę Lipcową i
wnętrza świątyń. Wszystkie te widoki tworzyły dokoła niego chaos, któremu
odpowiadał chaos panujący we własnej duszy.
Nieraz przebiegając myślą oglądane przedmioty: od pałacu wystawy, mającego
dwie wiorsty w obwodzie, do perły w koronie Burbonów, niewiększej od ziarna
grochu, pytał: czego ja chcę.?... I okazywało się, że nie chciał niczego. Nic nie
przykuwało jego uwagi, nie przyśpieszało bicia serca, nie pobudzało go do
czynów. Gdyby za cenę pieszej podróży od cmentarza Montmartre do cmentarza
Montparnasse ofiarowano mu cały Paryż pod warunkiem, żeby go to zajęło i
rozgrzało, nie przeszedłby tych pięciu wiorst. Przechodził zaś ich dziesiątki
dziennie dlatego tylko, ażeby zagłuszyć wspomnienia.
Nieraz zdawało mu się, że jest istotą, która dziwnym zbiegiem wypadków
urodziła się przed kilkoma dniami tu, na bruku paryskim, i że wszystko, co mu
przychodziło na pamięć, jest złudzeniem, jakimś snem przedbytowym, który
nigdy nie istniał w rzeczywistości. Wówczas mówił sobie, że jest zupełnie
szczęśliwy, jeździł z jednego końca Paryża na drugi i jak szaleniec garściami
rozrzucał luidory.
„Wszystko jedno!” - mruczał.
Ach, gdyby tylko nie ta kropla żalu, tak mała, a tak gorzka!
Czasami na tle szarych dni, w których zdawało mu się, że na jego głowę wali się
cały świat pałaców, fontann, rzeźb, obrazów i machin, trafiał się wypadek, który
przypominał mu, że on nie jest złudzeniem, ale rzeczywistym człowiekiem,
chorym na raka w duszy.
Był raz w teatrze „Varietes” na ul. Montmartre, o paręset kroków od swego
hotelu. Miano grać trzy wesołe sztuczki, między nimi jedną operetkę. Poszedł
tam, ażeby odurzyć się błazeństwem, i prawie natychmiast po podniesieniu
kurtyny usłyszał na scenie frazes wypowie-dziany płaczliwym głosem:
„Kochanek wszystko wybaczy kochance, wyjąwszy drugiego kochanka...” -
Niekiedy trzeba wybaczyć trzech albo i czterech!... - odezwał się ze śmiechem
siedzący obok niego Francuz.
Wokulski uczuł brak powietrza, zdawało mu się, że ziemia rozstępuje się pod
nim i sufit upada na niego. Nie mógł wytrzymać w teatrze; wstał z krzesła, na
nieszczęście położonego gdzieś we środku teatru, i oblany zimnym potem,
depcząc po nogach sąsiadów, uciekł z przedstawienia. Biegł w stronę hotelu i
wpadł do pierwszej narożnej kawiarni. O co go pytano, co odpowiedział, nic
pamięta. Wiedział tylko, że podano mu kawę i karafkę koniaku, naznaczoną
kreskami, które odpowiadały objętości kieliszka.
Wokulski pił i myślał;
„Starski to jest ten drugi kochanek, Ochocki trzeci... A Rossi?...Rossi, któremu
ja urządzałem klakę i znosiłem mu do teatru prezenta...Czymże on był?... Głupi
człowieku, ależ to jest Mesalina, jeżeli nie ciałem, to duchem... I ja, ja mam
szaleć dla niej?... Ja!...”
332
Czuł, że oburzenie uspokaja go; gdy przyszło do rachunku, przekonał się, że...
karafka była pusta...
„A jednakże ten koniak uspakaja...” - pomyślał.
Odtąd, ile razy przypomniała mu się Warszawa albo ile razy spotkał kobietę
mającą coś szczególnego w ruchach, w ubiorze czy fizjognomii, wpadał do
kawiarni i wypijał karafkę koniaku. Tylko wówczas śmiało przypominał sobie
pannę Izabelę i dziwił się, że taki jak on człowiek mógł kochać taką jak ona
kobietę.
„Przecież chyba zasługuję na to - myślał - ażebym był pierwszymi ostatnim...”
Karafka koniaku wypróżniała się, a on opierał głowę na rękach i drzemał, ku
wielkiej uciesze garsonów i gości.
I znowu po całych dniach zwiedzał wystawę, muzea, studnie artezyjskie, szkoły
i teatry nie dlatego, ażeby coś poznać, ale żeby zagłuszyć wspomnienia.