Выбрать главу

uliczny tenor i przy akompaniamencie arfy zaśpiewał:

Au printemps, la feuille repousse

Et la flteur embellit les prés,

Mignonette, en foulant la mousse,

Suivons les papillons diaprés.

Vois les se poser sur les roses;

Comme eux aussi je veux poser

Ma lévre sur tes lévres closes,

Et te ravir un doux baiser!

I natychmiast kilku gości powtórzyło ostatnią strofę:

Vois les se poser sur les roses;

Comme eux aussi je veux poser

Ma lévre sur tes lévres closes,

Et te ravir un doux baiser!

335

„Głupcy! - mruknął Wokulski. - Nie mają co powtarzać, tylko takie

błazeństwa.”

Wstał zachmurzony i z bólem w sercu przesuwał się pomiędzy potokiem ludzi

tak ruchliwych, krzykliwych, rozmawiających i śpiewających jak dzieci

wypuszczone ze szkoły.

„Głupcy! głupcy!...” - powtarzał.

Nagle przyszło mu na myśclass="underline" czy to on raczej nie jest głupi?...

„Gdyby ci wszyscy ludzie - mówił sobie - byli podobni do mnie, Paryż

wyglądałby jak szpital smutnych wariatów. Każdy trułby się jakimś widziadłem,

ulice zamieniłyby się w kałuże, a domy w ruinę. Tymczasem oni biorą życie,

jakim jest, uganiają się za praktycznymi celami, są szczęśliwi i tworzą

arcydzieła.

A ja za czym goniłem? Naprzód - za perpetuum mobilei kierowaniem balonami,

potem za zdobyciem stanowiska, do którego nie dopuszczali mnie moi właśni

sprzymierzeńcy, nareszcie za kobietą, do której prawie nie wolno mi się zbliżyć.

A zawsze albo poświęcałem się, albo ulegałem ideom wytworzonym przez

klasy, które chciały mnie zrobić swoim sługą i niewolnikiem.”

I wyobrażał sobie, jak by to było, gdyby zamiast w Warszawie przyszedł na

świat w Paryżu. Przede wszystkim dzięki mnóstwu instytucyj mógłby więcej

nauczyć się w dzieciństwie. Później, nawet dostawszy się do kupca, doznałby

mniej przykrości, a więcej pomocy w studiach. Dalej, nie pracowałby nad

perpetuum mobileprzekonawszy się, że w tutejszych muzeach istnieje wiele

podobnych machin, które nigdy nie funkcjonowały. Gdyby zaś wziął się do

kierowania balonami, znalazłby gotowe modele, całe grupy podobnych jak on

marzycieli, a nawet pomoc w razie praktyczności pomysłów.

A gdyby nareszcie, posiadając majątek, zakochał się w arystokratycznej pannie,

nie napotkałby tylu przeszkód w zbliżeniu się do niej. Mógłby ją poznać i albo

wytrzeźwiałby, albo zdobyłby jej wzajemność. W żadnym zaś wypadku nie

traktowano by go jak Murzyna w Ameryce. Zresztą, czy w tym Paryżu można

zakochać się tak jak on do szaleństwa?

Tu zakochani nie rozpaczają, ale tańczą, śpiewają i w ogóle najweselej pędzą

życie. Gdy nie mogą zdobyć się na małżeństwo urzędowe, tworzą wolne stadło;

gdy nie mogą przy sobie chować dzieci, oddają je na mamki. Tu miłość nigdy

chyba nie doprowadziła do obłędu rozsądnego człowieka.

„Dwa ostatnie lata mojej egzystencji - mówił Wokulski - schodzą na uganianiu

się za kobietą, której może bym się nawet wyrzekł poznawszy ją dokładniej.

Cała moja energia, nauka, zdolności i taki ogromny majątek toną w jednym

afekcie dlatego tylko, że ja jestem kupcem, a ona jakąś tam arystokratką...

Czyliż ten ogół w mojej osobie nie krzywdzi samego siebie...”

Tu Wokulski dosięgnął najwyższego punktu samokrytyki: poznał

niedorzeczność swego położenia i postanowił wydobyć się.

„Co robić, co robić?... - myślał. - Jużci to, co robią inni.”

336

A cóż oni robią?... Przede wszystkim - nadzwyczajnie pracują, po szesnaście

godzin na dobę, bez względu na niedzielę i święta. Dzięki czemu spełnia się tu

prawo doboru, wedle którego tylko najsilniejsi mają prawo do życia. Chorowity

zginie tu przed upływem roku, nieudolny w ciągu kilku lat, a zostają tylko

najsilniejsi i najzdolniejsi. Ci zaś dzięki pracy całych pokoleń takich jak oni

bojowników znajdują tu zaspokojenie wszelkich potrzeb.

Olbrzymie ścieki chronią ich od chorób, szerokie ulice ułatwiają im dopływ

powietrza; Hale Centralne dostarczają żywności, tysiące fabryk - odzieży i

sprzętów. Gdy paryżanin chce zobaczyć naturę, jedzie za miasto albo do

„lasku”, gdy chce nacieszyć się sztuką, idzie do galerii Louvre'u, a gdy pragnie

zdobyć wiedzę, ma muzea i gabinety.

Praca nad szczęściem we wszystkich kierunkach - oto treść życia paryskiego. Tu

przeciw zmęczeniu zaprowadzono tysiące powozów, przeciw nudzie setki

teatrów i widowisk, przeciw nieświadomości setki muzeów, bibliotek i

odczytów. Tu troszczą się nie tylko o człowieka, ale nawet o konia dając mu

gładkie gościńce; tu dbają nawet o drzewa, przenoszą je w specjalnych wozach

na nowe miejsce pobytu, chronią żelaznymi koszami od szkodników, ułatwiają

dopływ wilgoci, pielęgnują w razie choroby.

Dzięki troskliwości o wszystko przedmioty znajdujące się w Paryżu przynoszą

wielorakie korzyści. Dom, sprzęt, naczynie jest nie tylko użyteczne, ale i piękne,

nie tylko dogadza muskułom, ale i zmysłom. I na odwrót - dzieła sztuki są nie

tylko piękne, ale i użyteczne. Przy łukach triumfalnych i wieżach kościołów

znajdują się schody ułatwiające wejście na szczyt i spoglądanie na miasto z

wysokości. Posągi i obrazy są dostępne nie tylko dla amatorów, ale dla artystów

i rzemieślników, którzy w galeriach mogą zdejmować kopie.

Francuz, gdy coś wytwarza, dba naprzód o to, ażeby dzieło jego odpowiadało

swemu celowi, a potem - ażeby było piękne. I jeszcze niekończąc na tym

troszczy się o jego trwałość i czystość. Prawdę tę stwierdzał Wokulski na

każdym kroku i na każdej rzeczy, począwszy od wózków wywożących śmiecie

do otoczonej barierą Wenus milońskiej. Odgadł również skutki podobnego

gospodarstwa, że nie marnuje się tu praca: każde pokolenie oddaje swoim

następcom najświetniejsze dzieła poprzedników dopełniając je własnym

dorobkiem.

Tym sposobem Paryż jest arką, w której mieszczą się zdobycze kilkunastu,

jeżeli nie kilkudziesięciu wieków cywilizacji... Wszystko tu jest, zacząwszy od

potwornych posągów asyryjskich i mumii egipskich, skończywszy na ostatnich

rezultatach mechaniki i elektrotechniki, od dzbanków, w których przed

czterdziestoma wiekami Egipcjanki nosiły wodę, do olbrzymich kół

hydraulicznych z Saint-Maur.

„Ci, którzy stworzyli te cuda - myślał Wokulski - albo je gromadzili w jedno

miejsce, ci nie byli jak ja szalonymi próżniakami...”

Tak sobie mówiąc czuł, że wstyd go ogarnia.

337

I znowu załatwiwszy w ciągu paru godzin interesa Suzina włóczył się po