słońca, nowe planety, nowe gatunki, nowe narody, a w nich ludzie i serca, które
szarpią furie: nadzieja, miłość i boleść. Któraż z nich najgorsza? Nie boleść, bo
ona przynajmniej nie kłamie. Ale ta nadzieja, która tym głębiej strąca, im wyżej
podniosła... Ale miłość, ten motyl, którego jedno skrzydło nazywa się
niepewnością, a drugie oszustwem...
„Wszystko jedno - mruczał. - Jeżeli już musimy odurzać się czymś, odurzajmy
się czymkolwiek. Ale czym?...”
Wówczas w głębi mroku, nazywającego się naturą, ukazywały się przed nim
jakby dwie gwiazdy. Jedna blada, ale niezmienna - to był Geist i jego metale;
druga iskrząca się jak słońce albo nagle gasnąca, a tą była ona...
„Co tu wybrać? - myślał - jeżeli jedno jest wątpliwe, a druga a niedostępna i
niepewna. Bo choćbym nawet dosięgnął jej, czy ja jej kiedy uwierzę?... czy
nawet mógłbym uwierzyć?...” Z tym wszystkim czuł, że zbliża się chwila
decydującej walki pomiędzy jego rozumem i sercem. Rozum ciągnął go do
Geista, serce do Warszawy. Czuł, że lada dzień coś z tego musi wybrać: albo
ciężką pracę, która wiodła do nadzwyczajnej sławy, albo płomienną namiętność,
która obiecywała chyba to, że spali go na popiół.
„A jeżeli i to, i tamto jest złudzeniem, jak owa łopatka albo chustka ważąca sto
funtów?...” Poszedł jeszcze raz do magnetyzera Palmieriego i zapłaciwszy
należne dwadzieścia franków za konferencję, począł zadawać mu pytania:
- Więc twierdzisz pan, że mnie nie można zamagnetyzować?
- Co to jest nie można! - oburzył się Palmieri. - Nie można od razu, gdyż nie
jesteś pan medium. Ale można by z pana zrobić medium, jeżeli nie w kilka
miesięcy, to w kilka lat.
Zatem Geist stanowczo nie otumanił mnie” - pomyślał Wokulski. Głośno zaś
dodał:
- A kobieta, panie Palmieri, może zamagnetyzować człowieka?
- Nie tylko kobieta, ale nawet drzewo, klamka, woda, no, słowem, wszystko,
czemu magnetyzer nada władzę. Ja mogę moje media magnetyzować bodajby
szpilką ; mówię im: w tę szpilkę przelewam mój fluid i zaśniesz pan, kiedy na
nią spojrzysz. Tym więc łatwiej mógłbym przekazać moją władzę jakiejś
kobiecie. Byle, rozumie się, osoba magnetyzowana była medium.
- I wtedy do owej kobiety przywiązałbym się tak jak pańskie medium do łopatki
od węgli?.. - spytał Wokulski.
- Bardzo naturalnie - odpowiedział Palmieri spoglądając na zegarek.
Wokulski opuścił go i włócząc się po ulicach myślał:
„Co do Geista, mam prawie dowód, że nie łudził mnie za pomocą magnetyzmu:
nie starczyłoby na to czasu. Ale co do niej, nie mam pewności, że nie
353
oczarowała mnie w ten sposób. Czasu było dosyć, ale... któż mnie zrobił jej
medium?..”
Im więcej porównywał swoją miłość dla panny Izabeli z uczuciami ogółu
mężczyzn dla ogółu kobiet, tym bardziej wydawała mu się nienaturalną. Bo jak
można zakochać się w kimś od jednego rzutu oka? Albo jak można szaleć za
kobietą, którą widzi się raz na kilka miesięcy, i tylko po to, ażeby przekonać się,
że ona nie dba o nas?
„Bah! - mruknął - rzadkie spotkania właśnie nadają jej charakter ideału. Kto
wie, czy zupełnie nie rozczarowałbym się poznawszy ją dokładniej?”
Zdziwiło go, że od Geista nie miał żadnej wiadomości.
„Czyby uczony chemik po to wziął trzysta franków, ażeby już wcale mi się nie
pokazywać...' - pomyślał.
Ale sam zawstydził się tych podejrzeń.
„Może chory?” - szepnął.
Wziął fiakra i pojechał według adresu, daleko za wały miasta, w okolicę
Charenton.
Na wskazanej ulicy fiakier zatrzymał się przed murowanym parkanem; spoza
niego widać było dach i górną część okien domu.
Wokulski wysiadł z powozu i zbliżył się do żelaznej furtki w murze,
zaopatrzonej w młotek. Po kilkunastu uderzeniach furtka nagle uchyliła się i
Wokulski wszedł na dziedziniec.
Dom był jednopiętrowy, bardzo stary; mówiły o tym ściany pokryte pleśnią,
mówiły okna zakurzone, gdzieniegdzie wybite. W środku ściany frontowej
znajdowały się drzwi, do których wchodziło się po kilku stopniach kamiennych
dość zrujnowanych.
Ponieważ furtka już zamknęła się z głuchym łoskotem, a nie było widać
szwajcara, który ją otwierał, więc Wokulski stał na środku dziedzińca zdziwiony
i zakłopotany. Nagle w oknie pierwszego, a zarazem jedynego piętra ukazała się
jakaś głowa w czerwonej czapce i znajomy głos zawołał:
- Czy to wy, panie Siuzę?... Dzień dobry!
Głowa znikła, lecz otwarty lufcik świadczył, że nie była złudzeniem. Wreszcie
po kilku chwilach zgrzytnęły drzwi środkowe, otworzyły się i stanął w nich
Geist. Był ubrany w podarte niebieskie spodnie, drewniane sandały na nogach i
brudny flanelowy kaftanik na grzbiecie.
- Powinszuj mi, panie Siuzę! - mówił Geist. - Sprzedałem mój materiał
wybuchowy anglo-amerykańskiej kompanii i zdaje się, zrobiłem niezły interes.
Sto pięćdziesiąt tysięcy franków gotówką z góry i dwadzieścia pięć centimów
od każdego sprzedanego kilograma.
- No, w tych warunkach chyba zarzuci pan swoje metale - rzekł uśmiechając się
Wokulski. Geist spojrzał na niego z pobłażliwą wzgardą.
- Warunki te - odparł - o tyle zmieniły moje położenie, że na parę lat nie
potrzebuję się troszczyć o majętnego wspólnika. Lecz co do metalów, właśnie w
tej chwili pracuję nad nimi, spojrzyj...
354
Otworzył drzwi na lewo od sieni. Wokulski zobaczył rozległą, kwadratową salę,
bardzo chłodną. Na środku jej stał ogromny cylinder, podobny do kadzi: stalowa
ściana jej miała z łokieć grubości i była w czterech miejscach ściśnięta
potężnymi obręczami. Do górnego dna byly przytwierdzone jakieś aparaty:
jeden podobny do klapy bezpieczeństwa, spod której od czasu do czasu
wydobywał się obłoczek pary i szybko niknął w powietrzu, drugi przypominał
manometr, którego skazówka jest w ruchu.
- Kocioł parowy?.. - spytał Wokulski. - Dlaczegóż takie grube ściany?
- Dotknij go - rzekł Geist.
Wokulski dotknął i syknął z bólu. Na palcach wyskoczyły mu pęcherze, lecz nie
z gorąca, tylko z zimna... Kadź była straszliwie zimna, co zresztą czuło się w
całej sali.
- Sześćset atmosfer ciśnienia wewnętrznego - dodał Geist nie zważając na
przygodę od Wokulskiego który aż wstrząsnął się usłyszawsy taką cyfrę.
- Wulkan!... - szepnął.
- Dlatego namawiałem cię, ażebyś mnie pracował - odparł Geist.- Jak widzisz,
łatwo tu o wypadek... Chodźmy na górę...
- Kocioł zostawi pan bez dozoru? - spytał Wokulski.
- O, przy tej robocie nie potrzeba niańki; wszystko robi się samo i nie może być
niespodzianek. Wszedłszy na górę znaleźli się w dużym pokoju o czterech
oknach. Głównym jego umeblowaniem były stoły, literalnie zarzucone
retortami, miseczkami i rurkami ze szkła, porcelany, nawet z ołowiu i miedzi.
Na podłodze pod stołami i w kątach leżało kilkanaście bomb artyleryjskich,