Выбрать главу

między nimi kilka pękniętych. Pod oknami stały wanienki kamienne lub

miedziane, napełnione kolorowymi płynami; wzdłuż jednej ze ścian ciągnęła się

ława czy tapczan, a na niej ogromny stos elektryczny.

Dopiero odwróciwszy się Wokulski spostrzegł przy samych drzwiach żelazną

szafę wmurowaną w ścianę, łóżko okryte podartą kołdrą, z której. wyłaziła

brudna wata, pod oknem stolik z papierami, a przed nim fotel obity skórą,

popękaną i wytartą.

Wokulski spojrzał na starca obutego w drewniane sandały jak najuboższy

wyrobnik, potem na jego sprzęty, z których wyzierała nędza, i pomyślał, że

przecie ten człowiek za swoje wynalazki mógłby mieć miliony. Wyrzekł się ich

jednak dla dobra jakiejś przyszłej, doskonalszej ludzkości... Geist wydął mu się

w tej chwili jak Mojżesz, który do obiecanej ziemi prowadzi jeszcze nie

urodzone pokolenia.

Ale stary chemik tym razem nie odgadł myśli Wokulskiego; przypatrzył mu się

pochmurnie i rzekł:

- Cóż, panie Siuzę, niewesołe miejsce, niewesoła robota?... Od czterdziestu lat

żyję w ten sposób. W tych aparatach uwięzło już kilka milionów i może dlatego

ich posiadacz nie bawi się, nie ma służby, a czasami nawet nie ma co jeść... To

nie dla pana zajęcie - dodał machnąwszy ręką.

355

- Mylisz się, profesorze - odparł Wokulski. - Zresztą w grobie nie jest chyba

weselej...

- Co tam grób... głupstwo... sentymentalizm!... - mruknął Geist. -W naturze nie

ma grobów ani śmierci; są różne formy bytu, z których jedne pozwalają nam być

chemikami, inne tylko preparatami chemicznymi. Cała zaś mądrość polega na

tym, ażeby korzystać ż nadarzającej się okazji, nie tracić czasu na błazeństwa,

lecz coś zrobić.

- Rozumiem to - odparł Wokulski - ale... Wybacz pan, pańskie odkrycia są tak

nowe...

- I ja rozumiem - przerwał Geist. - Moje odkrycia są tak nowe, że... uważasz je

pan za oszustwo!... Pod tym względem nie są mędrszymi od ciebie członkowie

Akademii, masz więc dobre towarzystwo... Aha!...Chciałbyś jeszcze raz

zobaczyć moje metale, wypróbować je?... Dobrze, bardzo dobrze...

Pobiegł do żelaznej szafy, otworzył ją w sposób bardzo skomplikowany i po

kolei począł wydobywać sztabki metalu cięższego od platyny, lżejszego od

wody, to znowu przezroczystego... Wokulski oglądał je, ważył, ogrzewał, kuł,

przepuszczał przez nie prąd elektryczny, ciął nożycami. Na próbach tych zeszło

mu parę godzin; w rezultacie jednak przekonał się, że przynajmniej pod

względem fizycznym ma do czynienia z autentycznymi metalami.

Skończywszy próby Wokulski wyczerpany upadł na fotel; Geist pochował

swoje okazy, zamknął szafę i śmiejąc się zapytał:

- No i cóż: fakt czy złudzenie?

- Nic nie rozumiem - szepnął Wokulski ściskając rękoma skronie - głowa mi

pęka!... Metal trzy razy lżejszy od wody... niepojęta rzecz!...

- Albo metal o jakie dziesięć procent lżejszy od powietrza, co?...śmiał się Geist.

- Ciężar gatunkowy obalony... prawa natury podkopane, co?... Cha! cha! Nic z

tego wszystkiego. Prawa natury, o ile je znamy, nawet przy moich metalach

pozostaną nietknięte. Rozszerzą się tylko nasze pojęcia o własnościach ciał i ich

budowie wewnętrznej, no i rozszerzą się granice ludzkiej techniki.

- A ciężar gatunkowy? - spytał Wokulski.

- Posłuchaj mnie - przerwał mu Geist - a wnet zrozumiesz, na czym polega

istota moich odkryć, chociaż, pośpieszam dodać, naśladować ich nie potrafisz.

Tu nie ma ani cudów, ani oszustwa; tu są rzeczy tak proste, że pojąć je mógłby

uczeń szkoły elementarnej.

Wziął ze stołu stalowy sześcian i podawszy go Wokulskiemu mówił:

- Oto jest decymetr sześcienny, pełny, odlany ze stali; weź go w rękę, ile waży?

- Z osiem kilogramów...

Podał mu drugi sześcian tej samej wielkości, również stalowy, pytając:

- A ten ile waży?

- No, ten waży z pół kilograma:.. Ale on jest pusty... - odparł Wokulski.

- Doskonale! A ta sześcienna klatka ze stalowego drutu ile waży? - spytał Geist

podając ją Wokulskiemu.

- Ta waży kilkanaście gramów...

356

- Otóż widzisz - przerwał Geist. - Mamy trzy sześciany tej samej wielkości i z

tego samego materiału, które jednak są nierównej wagi. A dlaczego? Gdyż w

pełnym sześcianie jest najwięcej cząstek stali, w pustym mniej, a w drucianym

najmniej. Wyobraź więc sobie, że udało mi się zamiast pełnych cząstek

budować klatkowate cząstki ciał, a zrozumiesz tajemnicę wynalazku. Polega on

na zmianie budowy wewnętrznej materiałów, co nawet dla dzisiejszej chemii nie

jest żadną nowością. Cóż, jakże tam?...

- Kiedy widzę okazy, wierzę - odparł Wokulski - kiedy pana słucham,

rozumiem. Ale gdy wyjdę stąd... Rozłożył ręce w sposób desperacki.

Geist znowu otworzył szafę, poszukał i wydobywszy mały skrawek metalu,

barwą przypominającego mosiądz, podał Wokulskiemu

- Weź sobie to jako amulet przeciw powątpiewaniu o moim rozumie czy

prawdomówności. Ten metal jest około pięciu razy lżejszy od wody, dobrze

więc będzie ci przypominał naszą znajomość. Przy tym - dodał śmiejąc się - ma

on wielką zaletę: nie obawia się żadnych odczynników chemicznych... Prędzej

zniknie, aniżeli zdradzi mój sekret... A teraz idź już, panie S i u z ę, odpocznij i

namyśl się: co masz zrobić ze sobą?

- Przyjdę tu - szepnął Wokulski.

- O nie! nie zaraz!... - odparł Geist. - Jeszcze nic ukończyłeś swoich rachunków

ze światem; a że i ja mam na parę lat pieniądze, więc nie nalegam. Przyjdziesz

tu, kiedy ci już nic nie zostanie z dawnych złudzeń...

Niecierpliwie ścisnął go za rękę i popychał ku drzwiom. Na schodach pożegnał

go jeszcze raz i cofnął się do laboratorium. Gdy Wokulski wyszedł na

dziedziniec, furtka już była otwarta, a gdy wyminął ją i stanął obok swego

fiakra, zatrzasnęła się.

Wróciwszy do miasta Wokulski przede wszystkim kupił złoty medalion,

umieścił w nim skrawek nowego metalu i zawiesił na szyi jak szkaplerz. Chciał

przespacerować się, ale spostrzegł, że ruch uliczny męczy go; więc poszedł do

siebie.

„Czemu ja się wracam? - szeptał. - Dlaczego nie idę do Geista do roboty?...”

Usiadł na fotelu i utonął we wspomnieniach. Widział sklep Hopfera, stołowe

pokoje i gości, którzy drwili z niego; widział swoją maszynę o wieczystym

ruchu i model balonu, któremu usiłował nadać kierunek. Widział Kasię Hopfer,

która mizerniała z miłości dla niego...

„Do roboty!... Dlaczego ja nie idę do roboty?.. „

Wzrok jego machinalnie padł na stół, gdzie leżał niedawno kupiony Mickiewicz.

„Ile ja to razy czytałem!...” - westchnął biorąc książkę do ręki.

Książka otworzyła się sama i Wokulski przeczytał:

„Zrywam się, biegnę, składam na pamięć wyrazy, którymi mam złorzeczyć

okrucieństwu twemu, składane, zapomniane już po milion razy...Ale gdy ciebie

ujrzę, nic pojmuję, czemu znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy, aby