Выбрать главу

komedię, a baron musiałby spostrzec to, bo miłość patrzy przez mikroskop.

A jeżeli młoda dziewczyna może pokochać takiego dziada, to dlaczegóż by

mnie nie miała pokochać tamta?...”

„Zawsze wracam do swego! - szepnął. - Ta myśl stała się już rodzajem

monomanii...”

Odsunął okno zamknięte przez barona i dla odpędzenia natrętnych wspomnień

począł znowu przyglądać się niebu. Kwadrat Pegaza opuszczał się już na

zachód, a na wschodzie podnosił się Byk, Orion, Pies Mały i Bliźnięta.

Przypatrywał się gwiazdom wielokrotnym, gęsto rozsianym w tej okolicy nieba,

i przyszła mu na myśl ta dziwna, niewidzialna siła przyciągania, która odległe

światy wiąże w jedną całość potężniej, niżby to mogły zrobić jakiekolwiek

materialne łańcuchy.

„Przyciąganie - przywiązanie, toż to w gruncie jedno i to samo: siła tak wielka,

że wszystko za sobą porywa, a tak płodna, że tryska z niej wszelkie życie.

Pozbawmy ziemię jej przywiązania do słońca, a odleci gdzieś w przestrzeń i za

parę lat stanie się bryłą lodu. Wtrąćmy jakąś tułaczą gwiazdę w sferę

słonecznego systemu, a kto wie, czy i na niej nie rozbudzi się życie? Dlaczego

więc baron ma wyłamywać się spod prawa przywiązania, które przenika całą

naturę? I czy pomiędzy nim a jego panną Eweliną jest większa przepaść aniżeli

między ziemią i słońcem? Co się tu dziwić szaleństwom ludzi, jeżeli w ten sam

sposób szaleją światy...”

Tymczasem pociąg szedł wciąż z wolna, długo zatrzymując się na stacjach.

Powietrze zrobiło się chłodne, na wschodzie zaczęły blednąć gwiazdy.

Wokulski zamknął okno i legł na bujającej kanapie.

„Jeżeli - myślał - młoda kobieta mogła zakochać się w baronie, to dlaczegóż

bym ja... Bo przecież go nie oszukuje... Kobiety są w ogóle szlachetniejsze od

nas... mniej kłamią...”

- Proszę pana, tu panowie wysiadają... Pan baron już pije herbatę.

Wokulski ocknął się: nad nim stał konduktor i budził go w najuprzejmiejszy

sposób. - Jak to, już dzień? - spytał zdziwiony. - O, już jest dziewiąta i od pół

374

godziny stoimy na stacji. Nie budziłem pana, bo pan baron nie kazał, ale że

pociąg zaraz idzie dalej...

Wokulski szybko wysiadł. Stacja była nowa, jeszcze niezupełnie wykończona.

Pomimo to dano mu wody do umycia się i oczyszczono odzież. Rozbudził się

już zupełnie i wszedł do małego bufetu, gdzie rozpromieniony baron pił trzecią

szklankę herbaty.

- Dzień dobry! - zawołał baron, z familiarną poufałością ściskając Wokulskiego

za rękę. - Panie gospodarzu, herbaty dla pana... Ładny dzień, prawda, akurat do

spaceru końmi. Ale też zrobili nam figla!

- Cóż się stało?

- Musimy czekać na konie - prawił baron. - Całe szczęście, że o drugiej w nocy

pchnąłem depeszę o pańskim przyjeździe. Bo onegdaj także wysłałem do

prezesowej depeszę z Warszawy, ale mówi mi zawiadowca, żem się omylił i

zamówił konie na jutro. Szczęście, panie, żem telegrafował dziś z drogi. O

trzeciej posłali stąd sztafetę, o szóstej prezesowa odebrała telegram, o ósmej

najpóźniej wysłano konie. Poczekamy jeszcze z godzinę, ale za to lepiej pozna

pan okolicę. Bardzo, panie, ładna miejscowość...

Po śniadaniu wyszli na peron. Okolica z tego punktu wydawała się płaska i

prawie bezleśna; tu i ówdzie widać było kępę drzew, a wśród niej grupę

murowanych budynków.

- To są dwory? - spytał Wokulski.

- A tak... dużo szlachty mieszka w tej stronie. Ziemia doskonale uprawna; ma

pan łubin, koniczynę...

- Wsi nie widzę - wtrącił Wokulski.

- Bo to dworskie grunta, a pan zna przysłowie: Na dworskim polu dużo stert, na

chłopskim dużo ludzi.

- Słyszałem -rzekł nagle Wokulski - że u prezesowej zbiera się dużo gości.

- Ach, panie! - zawołał baron - kiedy trafi się dobra niedziela, to jakbyś pan był

na balu w cesursie: zjeżdża się po kilkadziesiąt osób. A nawet dziś powinni

byśmy znaleźć grono stałych gości. No, przede wszystkim bawi tam moja

narzeczona. Dalej - jest pani Wąsowska, milutka wdóweczka, lat trzydzieści,

ogromny majątek. Zdaje mi się, że krąży około niej Starski. Zna pan

Starskiego?... Niemiła figura: arogant, panie, impertynent... Dziwię się,

doprawdy, że kobieta z takim rozumem i gustem jak pani Wąsowska może

znajdować przyjemność w towarzystwie podobnego lekkoducha.

-Któż więcej? - pytał Wokulski.

- Jest jeszcze Fela Janocka, stryjeczna siostra mojej pani; bardzo miłe dziecko,

ma z osiemnaście lat. No, jest Ochocki...

- Jest?... Cóż on tam robi?

- Kiedym wyjeżdżał, po całych dniach łowił ryby. Ale ponieważ gust zmienia

mu się często, więc nie jestem pewny, czy nie zobaczę go teraz jako myśliwca...

Ale cóż to za szlachetny młody człowiek, co za wiedza!... No i zasługi już ma;

zrobił kilka wynalazków.

375

- Tak, to niepospolity człowiek - rzekł Wokulski. - Któż jeszcze bawi u

prezesowej?...

- Stale to już nikt, ale bardzo często przyjeżdżają na kilka dni, czasem na

tydzień, pan Łęcki z córką. Dystyngowana osoba - mówił dalej baron - pełna

rzadkich przymiotów. Pan wreszcie ich zna? Szczęśliwy ten, komu odda serce i

rękę! Co to, panie, za wdzięk, co za rozum; doprawdy, czcić ją można jak istną

boginię... Nie znajduje pan?

Wokulski oglądał się po okolicy nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.

Szczęściem, wybiegł w tej chwili posługacz stacyjny donosząc baronowi, że

zajechał powóz.

- Wybornie! - zawołał baron i dał mu parę złotych. - Odnieś, kochanku, nasze

rzeczy, a my, panie, jedźmy... Za dwie godziny pozna pan moją narzeczoną.

ROZDZIAŁ SIÓDMY:

WIEJSKIE ROZRYWKI

Z kwadrans upłynął, zanim upakowano rzeczy w powozie. Nareszcie Wokulski i

baron usiedli, furman w piaskowej liberii machnął batem w powietrzu i para

dzielnych siwych koni ruszyła wolnym kłusem.

- O, panią Wąsowską rekomenduję panu - mówił baron. - Brylant, nie kobieta, a

jaka oryginalna!... Ani myśli iść drugi raz za mąż, choć lubi pasjami, ażeby ją

otaczano. Trudno jej, panie, nie uwielbiać, a uwielbiać rzecz niebezpieczna.

Starskiemu płaci dzisiaj za wszystkie jego bałamuctwa. Pan zna Starskiego?

- Widziałem go raz...

- Dystyngowany człowiek, ale nieprzyjemny - mówił baron - antypatia mojej

narzeczonej. Tak działa jej na nerwy, że biedaczka traci humor w jego

towarzystwie. I nie dziwię się, bo to są wprost przeciwne natury: ona poważna -

on letkiewicz, ona uczuciowa, nawet sentymentalna - on cynik.

Wokulski słuchając gawędy barona oglądał się po okolicy, która powoli

zmieniała fizjognomię. W pół godziny za stacją ukazały się na widnokręgu lasy,

bliżej wzgórza; droga wiła się między nimi, wbiegała na ich szczyty lub spadała

na dół.

Na jednym z takich wzniesień furman zwrócił się do nich i wskazując batem