kochać pannę Izabelę, rzuciła się jak rumak szlachetnej krwi, niebacznie
dotknięty ostrogą.
Pani Wąsowska była najlepszą kobietą, nie myślała powtórnie wychodzić za
mąż, a tym mniej odbierać innym paniom konkurentów. Dopóki jednak żyła na
świecie, nie mogła pozwolić na to, ażeby jaki mężczyzna mógł kochać się w
jakiejś innej kobiecie, nie w niej. Żenić się dla interesu ma prawo; pani
Wąsowska gotowa mu była nawet pomagać, ale uwielbiać - można było tylko ją.
Nie dlatego nawet, ażeby uważała się za najpiękniejszą, ale że... taką już miała
słabość.
Dowiedziawszy się, że panna Izabela dziś przyjeżdża, pani Wąsowska gwałtem
zabrała na spacer Wokulskiego. Gdy zaś na gościńcu pod lasem zobaczyła
tuman kurzu, wzniecony przez powóz jej rywalki, skręciła na łąkę i tam zrobiła
wielką scenę z siodłem, która jej się nieudała.
Tymczasem panna Izabela dojechała do dworu. Całe towarzystwo przyjęło ją na
ganku witając prawie tymi samymi wyrazami.
- Wiesz - szepnęła jej prezesowa - przyjechał Wokulski.
- Tylko pani nam brakło - zawołał baron - ażeby Zasławek był podobny do raju.
Bo już mamy tu bardzo przyjemnego towarzysza znakomitego gościa... Panna
Felcia Janocka wzięła na bok pannę Izabelę i ze łzami w głosie poczęła jej
opowiadać:
- Wiesz, przyjechał tu pan Wokulski... Ach, gdybyś wiedziała, co to za
człowiek!... Ale wolę ci nic nie mówić, bo i ty jeszcze pomyślisz, że jestem nim
zajęta... No i wyobraź sobie: pani Wąsowska kazała mu jechać ze sobą na
spacer, sam na sam... Gdybyś wiedziała, jak się biedak rumienił!... A ja za nią.
Bo i ja chodziłam z nim na ryby, ale tylko tu, do sadzawki, i jeszcze był z nami
396
pan Julian. Ale żebym miała tylko z nim jechać konno?... Za nic w świecie!...
wolałabym umrzeć...
Uwolniwszy się od witających panna Izabela poszła do przeznaczonego dla niej
pokoju.
„Drażni mnie ten Wokulsk” - szepnęła.
W gruncie rzeczy nie było to rozdrażnienie, ale coś innego. Jadąc tu panna
Izabela czuła niechęć do prezesowej za jej gwałtowne zaprosiny, do ciotki, że jej
kazała natychmiast jechać, a nade wszystko do Wokulskiego. „Więc naprawdę -
mówiła sobie - chcą mnie oddać temu parweniuszowi?... A, zobaczy, jak na tym
wyjdzie!...”
Była pewna, że pierwszym człowiekiem, który ją powita, będzie Wokulski, i
postanowiła traktować go z najwyższą pogardą. Tymczasem Wokulski nie tylko
nie wybiegł na jej spotkanie, ale pojechał na spacer z panią Wąsowską. To w
przykry sposób dotknęło pannę Izabelę i pomyślała:
„Zawsze kokietka z niej, choć już ma lat trzydzieści!..”
Gdy baron nazwał Wokulskiego znakomitym gościem, panna Izabela uczuła
jakby dumę, ale było to bardzo przelotne uczucie. Gdy zaś panna Felicja w
niedwuznaczny sposób zdradziła się, że jest o Wokulskiego zazdrosną, pannę
Izabelę ogarnął jakby niepokój, ale tylko na chwilę.
„ Naiwna jest ta Felcia” - rzekła do siebie.
Krótko mówiąc: przez całą drogę planowana wzgarda dla Wokulskiego całkiem
zniknęła wobec mieszaniny takich uczuć jak lekki gniew, lekkie zadowolenie i
lekka obawa. W tej chwili Wokulski przedstawiał się pannie Izabeli inaczej niż
dotychczas. Nie był to już jakiś tam, kupiec galanteryjny, ale człowiek, który
wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron,
którego kokietowała Wąsowska...
Ledwie panna Izabela miała czas przebrać się, do pokoju jej weszła prezesowa.
- Moja Belu - rzekła staruszka ucałowawszy ją jeszcze raz - dlaczegóż to Joasia
nie chce przyjechać do mnie?
- Papo jest niezdrów, więc nie chce go opuszczać.
- Proszę cię... proszę cię, tylko tego mi nie mów. Nie przyjedzie, bo nie chce
spotkać się z Wokulskim, oto cały sekret..: - mówiła nieco wzruszona
prezesowa. - On dla niej wtedy dobry, kiedy sypie pieniądze na jej ochronę...
Powiem ci, Belu, że twoja ciotka nigdy już nie będzie mieć rozumu...
W pannie Izabeli odezwały się dawne gorycze.
- Może ciocia nie uważa za stosowne okazywać tylu względów kupcowi - rzekła
rumieniąc się.
- Kupiec!... kupiec!... - wybuchnęła prezesowa. - Wokulscy są tak dobrą szlachtą
jak Starscy, a nawet Zasławscy... A co się tyczy kupiectwa... Moja Belu,
Wokulski nie sprzedawał tego, co dziadek twojej ciotki... Możesz jej to
powiedzieć przy okazji. Wolę uczciwego kupca aniżeli dziesięciu austriackich
hrabiów. Znam ja dobrze wartość ich tytułów.
- Przyzna pani jednak, że urodzenie...
397
Prezesowa roześmiała się ironicznie.
- Wierz mi, Belu, że urodzenie jest najmniejszą zasługą tych, którzy się rodzą. A
co do czystości krwi... Ach, Boże! wielkie to szczęście, że nie bardzo
zajmujemy się sprawdzaniem tych rzeczy. Powiadam ci, że o czyimś urodzeniu
nie warto rozmawiać z ludźmi starymi jak ja. Tacy bowiem zwykle pamiętają
dziadów i ojców i nieraz dziwią się: dlaczego wnuk jest podobny do
kamerdynera, a nie do ojca. No, wiele się tłumaczy zapatrzeniem.
- Pani jednak bardzo lubi pana Wokulskiego - szepnęła panna Izabela.
- Tak jest, bardzo! - zawołała z mocą staruszka. - Kochałam jego stryja, przez
całe życie byłam nieszczęśliwa dlatego tylko, że oderwano mnie od niego, i to z
tych samych pobudek, dla których twoja ciotka usiłuje dziś lekceważyć
Wokulskiego. Ale on nie da sobą pomiatać, o nie!... - mówiła prezesowa. - Kto z
takiej nędzy potrafił wydobyć się, kto bez cienia zarzutu zrobił majątek,
wykształcił się tak jak on, ten może nie dbać o opinie salonów. Wiesz chyba,
jaką on dziś gra rolę i po co jeździł do Paryża... Otóż zapewniam cię, że nie on
do salonów; ale salony do niego przyjdą, a pierwszą będzie twoja ciotka, jeżeli
zdarzy się interes. Ja znam salony lepiej niż ty, moje dziecko, i wierz mi, że one
bardzo prędko znajdą się w przedpokoju Wokulskiego. To nie taki próżniak jak
Starski ani marzyciel jak książę, ani półgłówek jak Krzeszowski... To człowiek
czynu... Szczęśliwą będzie kobieta, którą on wybierze za żonę... Na
nieszczęście, nasze panny mają więcej wymagań aniżeli doświadczenia i serca.
Choć nie wszystkie... No, ale przepraszam cię, jeżeli wypowiedziałam ostrzejszy
wyraz. Zaraz będzie obiad.
Po tych słowach prezesowa wyszła zostawiając pannę Izabelę pogrążoną w
głębokim namyśle.
„ Z pewnością mógłby zastąpić barona, o, jeszcze i jak... - mówiła w sobie
panna Izabela. - Tamto człowiek zużyty i śmieszny, tego przynajmniej szanują
ludzie. Kazia Wąsowska zna się na tym, toteż wzięła go na spacer... Ha,
zobaczymy, czy pan Wokulski potrafi być wiernym...Ładna wierność jeździć z
inną kobietą na spacery!... To bardzo po rycersku...”
Prawie w tej chwili Wokulski wracał z panią Wąsowską z przejażdżki i na
folwarcznym dziedzińcu zobaczył powóz, od którego odprzęgano konie. Tknęło