Выбрать главу

go jakieś nieokreślone przeczucie, ale nie śmiał pytać; nawet udał, że nie patrzy

na powóz. Przed pałacem oddał konia chłopcu, a innemu chłopcu kazał

przynieść wody do swego pokoju. I właśnie kiedy miał zapytać, kto przyjechał?

coś ścisnęło go za gardło i nie mógł słowa przemówić.

„Co za głupstwo! - myślał. - Choćby nawet i ona, więc cóż z tego?... jest taką

samą kobietą jak pani Wąsowska, panna Felicja, panna Ewelina... A ja znowu

nie jestem takim jak baron...”

Ale tak mówiąc czuł, że ona dla niego jest inną niż inne kobiety i że gdyby

zażądała, złożyłby u jej nóg majątek, nawet życie.

398

„Głupstwo! głupstwo!... - szeptał chodząc po pokoju. - Jest tu przecie jej

wielbiciel, pan Starski, z którym umawiali się, że wesoło przepędzą wakacje...

Pamiętam te spojrzenia, ach..:”

Gniew w nim zakipiał.

„Zobaczymy, panno Izabelo: kim ty jesteś i co jesteś warta? Teraz ja będę

twoim sędzią...” - pomyślał. Zapukano do drzwi, wszedł stary lokaj Obejrzał się

po pokoju i rzekł przyciszonym głosem:

- Jaśnie pani kazała powiedzieć, że jest panna Łęcka i że jeżeli jaśnie pan gotów,

to prosi na obiad...

- Powiedzcie, że natychmiast służę - odparł Wokulski. Po wyjściu służącego

chwilę postał w oknie patrząc na park oświetlony ukośnymi promieniami słońca

i na krzak bzu, na którym wesoło świegotały ptaki. Patrzył, ale serce nurtowała

mu głucha obawa na myśl, w jaki sposób przywita się z panną Izabelą...

„ Co ja jej powiem i jak będę wyglądał? „ Zdawało mu się, że wszystkie oczy

zwrócą się na nich i że on musi skompromitować się jakimś niewłaściwym

czynem.

„Alboż nie powiedziałem jej, że jestem dla nich wiernym sługą... jak pies!...

Trzeba jednak iść tam...”

Wyszedł, znowu wrócił do siebie i znowu wyszedł na korytarz. Zbliżał się do

drzwi powoli, noga za nogą, czując, że zamiera w nim wszelka energia, że jest

jak prostak, który ma stanąć przed królem.

Wziął za klamkę, lecz zatrzymał się... W pokoju jadalnym rozlegał się śmiech

kobiecy. Pociemniało mu w oczach, chciał uciec i powiedzieć przez służącego,

że jest chory. Nagle usłyszał za sobą czyjeś kroki i popchnął drzwi.

W głębi pokoju zobaczył całe towarzystwo, a przede wszystkim pannę Izabelę

rozmawiającą ze Starskim. Ona tak samo patrzyła na Starskiego. a on miał ten

sam ironiczny uśmiech jak wówczas w Warszawie.

Wokulski w jednej chwili odzyskał energię; fala gniewu uderzyła mu do mózgu.

Wszedł z podniesioną głową, przywitał prezesowę i ukłonił się pannie Izabeli,

która zarumieniwszy się wyciągnęła do niego rękę.

- Witam panią. Jakże się miewa pan Łęcki?

- Papo trochę przyszedł do siebie... Zasyła panu ukłony...

- Bardzo jestem obowiązany za łaskawą pamięć. A pani hrabina?

- Ciocia jest zupełnie zdrowa. Prezesowa siadła na fotelu; obecni poczęli

zajmować miejsca przy stole.

- Panie Wokulski, pan siada przy mnie - odezwała się pani Wąsowska.

- Z największą chęcią, o ile żołnierz ma prawo siadać w obecności swego

komendanta.

- Czy już wzięła cię pod komendę, panie Stanisławie? - zapytała z uśmiechem

prezesowa.

- Ale jak! Nieczęsto odbywa się podobną musztrę...

- Mści się za to, że wodziłam go po manowcach - wtrąciła pani Wąsowska.

- Po manowcach jeździć najprzyjemniej - odparł Wokulski.

399

- Byłem pewny, że tak będzie, ale nie sądziłem, że tak prędko...odezwał się

baron ukazując swój piękny garnitur sztucznych zębów.

- Niech mi kuzyn przysunie sól - rzekła panna Izabela do Starskiego.

- Służę... Ach, rozsypałem!... Pokłócimy się.

- Już chyba nam ten wypadek nie grozi - odparła panna Izabela z komiczną

powagą.

- Czy zobowiązaliście się nigdy nie kłócić? - zapytała pani Wąsowska.

- Nie mamy zamiaru nigdy przepraszać się - odpowiedziała panna Izabela.

- Ładnie! - rzekła pani Wąsowska. - Na pańskim miejscu, panie Kazimierzu,

teraz straciłabym wszelką nadzieję.

- Alboż mi ją wolno było kiedy mieć! - westchnął Starski.

- Prawdziwe szczęście dla nas obojga... - szepnęła panna Izabela. Wokulski

słuchał i patrzył Panna Izabela rozmawiała naturalnie, w bardzo spokojny

sposób, żartując ze Starskiego, który wcale nie zdawał się tym martwić.

Natomiast od czasu do czasu spoglądał ukradkiem na pannę Ewelinę Janocką,

która szepcząc z baronem, rumieniła się i bladła.

Wokulski uczuł, że z serca zsuwa się mu ogromny ciężar.

„Oczywiście - myślał - jeżeli w tym towarzystwie Starski zajmuje się kimś, to

tylko panną Eweliną, a ona nim...”

W tej chwili obudziła się w nim radość i wielka życzliwość dla oszukiwanego

barona.

„Już ja go nie będę ostrzegał!” - rzekł w duchu. A potem dodał, że takie

zadowolenie z cudzej biedy jest jednak bardzo podłym uczuciem.

Obiad skończył się, panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego.

- Wie pan - rzekła - jakiego doznałam uczucia na widok pana? Oto żalu.

Przypomniałam sobie, że mieliśmy we troje jechać do Paryża: ja, ojciec i pan, i

że z naszej trójki los był dobry tylko dla pana. Bawił się pan przynajmniej?... Za

nas troje?... Musi mi pan odstąpić trzecią część doznanych wrażeń.

- A gdyby nie były wesołe?

- Dlaczego? - Choćby dlatego, że pani nie było tam, gdzie mieliśmy być razem.

- O ile wiem, umie pan jednak bawić się dobrze tam, gdzie mnie nie ma -

odparła panna Izabela i odeszła.

- Panie Wokulski!... - zawołała pani Wąsowska. Lecz spojrzawszy na niego i na

pannę Izabelę rzekła tonem niechęci:

- Albo nie... już nic... Daję panu na dziś urlop. Moi państwo, chodźmy do parku.

Panie Ochocki...

- Pan Ochocki ma mnie dziś uczyć meteorologü - odezwała się panna Felicja.

- Meteorologii?... - powtórzyła pani Wąsowska.

- A tak... Właśnie zaraz idziemy na górę do obserwatorium...

- Czy pan tylko meteorologię ma zamiar wykładać? - spytała pani Wąsowska. -

Na wszelki jednak wypadek radziłabym zapytać babci, co ona sądzi o tej

meteorologii...

400

- Pani zawsze musi mi zrobić jakiś skandal! - oburzył się Ochocki. - Pani może

ze mną jeździć po wertepach, ale pannie Felicji nie wolno nawet zajrzeć do

obserwatorium.

- Ależ zaglądajcie sobie, moi kochani, tylko już raz idźmy do parku. Baronie...

Belu... Wyszli. W pierwszą parę pani Wąsowska z panną Izabelą, za nimi

Wokulski, dalej baron z narzeczoną, a na końcu panna Felicja z Ochockim,

który rozrzucał rękoma i prawił:

- Nic nigdy nie pozna pani nowego, chyba cudacki kapelusz albo siódmą czy

ósmą figurę kontredansa, jeżeli jaki półgłówek wymyśli ją. Nic i nigdy!... -

dodał dramatycznym głosem - bo zawsze znajdzie się jakaś baba...

- Fe! panie Julianie, któż tak mówi?...

- Tak, nieznośna baba, która będzie uważać to za nieprzyzwoite, że pani ze mną

pójdzie do laboratorium...