Выбрать главу

zawsze, - gdy byli razem, czuł jakiś niezmierny spokój, jakby cała dusza jego i

cała ziemia od wschodnich do zachodnich kresów napełniona była ciszą, wśród

której nawet turkot wozu, szczekanie psa albo szelest gałęzi wypowiadały się w

cudownie pięknych melodiach. Zdawało mu się, że już nie chodzi, lecz pływa w

oceanie mistycznego odurzenia, że już nie myśli, nie czuje, nie pragnie, tylko

kocha. Godziny umykały gdzieś jak błyskawiceé zapalające się i gasnące na

dalekim nieboskłonie. Dopiero był -ranek - już południe - już wieczór i - noc

pełna przebudzeń i westchnień. Niekiedy myślał, że dobę podzielono na dwa

nierówne okresy czasu: dzień krótszy od mgnienia powiek i noc długą jak

wieczność dusz potępionych.

Pewnego dnia wezwała go do siebie prezesowa.

- Siadajże, panie Stanisławie - rzekła - cóż, dobrze się u mnie bawisz? Drgnął

jak człowiek przebudzony.

- Ja?... - spytał.

- Nudziłżebyś się?

- Za rok takich nudów oddałbym życie.

Staruszka potrząsnęła głową.

- Tak czasem się zdaje - odpowiedziała. - Nie wiem, kto tam napisał, że

człowiek jest wtedy najszczęśliwszy, kiedy dokoła siebie widzi to, co nosi w

sobie samym... Ale ja mówię, że mniejsza, dlaczego jest szczęśliwy, byle nim

był... Wybaczysz mi, jeżeli cię obudzę?...

- Słucham panią - odparł, mimo woli blednąc. Prezesowa wciąż przypatrywała

mu się i z lekka chwiała głową.

- No, przecie nie myśl, że obudzę cię złymi wiadomościami. Zbudzę cię w

zwykły sposób. Myślałżeś co o tej cukrowni, którą mi tu radzą budować?...

- Jeszcze nie...

- Nic pilnego. Ale o stryju zupełnie już zapomniałeś. A on, biedak, leży

niedaleko stąd, o trzy mile, w Zasławiu... Może byście tam jutro pojechali.

Okolica ładna, są ruiny zamku... Moglibyście bardzo przyjemnie czas

przepędzić i zrobić coś z tym kamieniem nagrobnym.

Wiesz co - dodała staruszka wzdychając - namyśliłam się... Nie trzeba rozbijać

kamienia pod zamkiem. Zostaw go tam i tylko każ wyryć na nim te wiersze:

„Na każdym miejscu i o każdej dobie...” Znasz to?..

- O tak, znam...

- Pod zamkiem więcej bywa ludzi niż na cmentarzu, prędzej przeczytają i może

zamyślą się nad ostatecznym kresem wszystkiego na tym świecie, nawet

miłości...

Wokulski wyszedł od prezesowej silnie rozstrojony. „Co znaczy jej

rozmowa?...” - pomyślał. Na szczęście, spotkał pannę Izabelę idąca w stronę

stawu i zapomniał o wszystkim.

416

Na drugi dzień istotnie całe towarzystwo pojechało do Zasławia. Mijali lasy,

zielone pagórki, wąwozy z żółtymi ścianami. Okolica była piękna, jeszcze

piękniejsza pogoda, ale Wokulski nie uważał na nic, zatopiony w smutnych

myślach... Już nie był sam z panną Izabelą, jak wczoraj jeszcze; nawet nie

siedział w breku blisko niej, tylko naprzeciw panny Felicji, a nade wszystko...

Ale to już mu się tylko zdawało i nawet śmiał się w duszy ze swych przywidzeń.

Zdawało mu się, że Starski w jakiś dziwny sposób spojrzał na pannę Izabelę i że

ją oblał rumieniec.

„Ach, głupstwo - mówił do siebie - po cóż miałaby mnie oszukiwać!... Ona

mnie, który przecie nie jestem nawet jej narzeczonym.”

Otrząsnął się ze swych przywidzeń i tylko było mu trochę przykro, że Starski

siedzi obok panny Izabeli. Ale tylko trochę...

„No, przecież nie zabronię jej - myślał - siadać, przy kim zechce. I nie zniżę się

do zazdrości, która bądź jak bądź jest podłym uczuciem, a najczęściej gruntuje

się na pozorach... Zresztą, gdyby chcieli wymieniać ze Starskim tkliwe

spojrzenia, nie robiliby tego tak jawnie. Szaleniec jestem...”

W parę godzin znaleźli się na miejscu.

Zasław, niegdyś miasteczko, dziś licha osada, stoi w nizinie otoczonej mokrymi

łąkami. Oprócz kościoła i dawnego ratusza wszystkie budowle, są parterowe,

drewniane i stare. Na środku cynku, a raczej placu pełnego ostów i jam, wznosi

się piętrowa kupa śmieci i studnia pod dziurawym dachem opartym na czterech

zgniłych słupach.

Z powodu szabasu rynek był pusty, a wszystkie kramiki zamknięte. Dopiero o

wiorstę za miastem, w południowej stronie, leżała grupa wzgórz. Na jednym

stały ruiny zamku, składające się z dwu wież sześciokątnych, gdzie ze szczytów

i okien zwieszały się bujne zielska; na drugim rosła kępa starych dębów.

Gdy podróżni zatrzymali się w rynku, Wokulski wysiadł, ażeby zobaczyć się z

proboszczem, Starski zaś objął komendę.

- Więc my - rzekł - jeździmy brekiem do tych dębów i tam zjemy, co Bóg dał, a

kucharze przygotowali. Następnie brek wróci się tu po pana Wokulskiego...

- Dziękuję - odparł Wokulski. - Nie wiem, jak długo zabawię, i wolę iść

piechotą. Zresztą muszę jeszcze wstąpić do ruin...

- I ja z panem - odezwała się panna Izabela. - Chcę zobaczyć ulubiony kamień

prezesowej... - dodała półgłosem. - Proszę mi dać znać, jak pan tam będzie.

Brek odjechał, Wokulski wstąpił na plebanię i w ciągu kwadransa skończył

interes. Proboszcz oświadczył mu, że nikt w mieście nie będzie miał pretensji,

jeżeli na kamieniu zamkowym znajdzie się jaki napis, byle nie nieprzyzwoity i

nie bezbożny... Dowiedziawszy się zaś, że chodzi pamiątkę po nieboszczyku

kapitanie Wokulskim, którego znał osobiście, proboszcz obiecał zająć się

ułatwieniem tej sprawy.

- Jest tu - rzekł - niejaki Węgiełek, sprytny hultaj, trochę kowal, trochę stolarz,

więc może on potrafi wyrzeźbić na kamieniu, co potrzeba. Zaraz ja po niego

poślę. W ciągu następnego kwadransa zjawił się i Węgiełek, chłopak

417

dwudziestokilkoletni, z fizjonomią wesołą i inteligentną. Dowiedziawszy się od

księżego sługi, że można coś zarobić, ubrał się w szaraczkowy surdut z krótkim

stanem i połami do ziemi i obficie wytarł sobie włosy słoniną.

Ponieważ Wokulskiemu było pilno, więc pożegnał proboszcza i poszedł z

Węgiełkiem w stronę ruin.

Gdy znaleźli się za nieczynną dziś rogatką osady, Wokulski zapytał chłopaka: -

Dobrze umiesz pisać, mój bracie?

- Oj, oj!... Przecie mi nieraz ze sądu dawali do przepisywania, choć nie mam

lekkiej ręki. A te wiersze, co pan ekonom z Otrocza pisywał do leśniczanki, to

wszystko moja robota. On tyle, że kupował papier i jeszcze mi do tej pory nie

dopłacił czterdzieści groszv za pisanie. A o zakręty to tak się dopominał...

- I na kamieniu potrafisz pisać?

- Niby wklęsło, nie wypukło?... Co nie mam potrafić. Podjąłbym się pisania

nawet na żelazie, a choćby na szkle i literami, jakimi chcąc: pisanymi,

drukowanymi; niemieckimi, żydowskimi... Przecie ja tu, nie chwaląc się,

wszystkie szyldy malowałem w mieście.

- I tego krakowiaka, co wisi nad szynkiem?

- A jużci.

-A gdzieżeś ty widział takiego krakowiaka?

- U pana Zwolskiego jest furman, co się nosi z krakowska, więcem se jego

obejrzał.

- I widziałeś, że ma obie nogi na lewym boku?