Выбрать главу

- Proszę łaski pana, ludzie z prowincji nie patrzą na nogi, ino na butelkę. Jak

dojrzy butelkę i kieliszek, to już nie chybi, ale trafi prosto do Szmula.

Wokulskiemu coraz więcej podobał się rezolutny chłopak.

- Nic ożeniłeś się jeszcze? - zapytał go.

- Nie. z taką, co chodzi w chustce, to ja się nie ożenię, a kapeluszowa mnie by

nie chciała.

- I cóż tu robisz, kiedy nie ma szyldów do malowania?

- O tak, panie: trochę to, trochę owo, a razem nic. Dawniej robiłem

stolarszczyznę i nie mogłem nadążyć. Za jakie parę lat odłożyłbym z tysiąc

rubli. Ale spaliłem się tamtego roku i już nie mogę przyjść do siebie. Drzewo,

warsztaty, wszystko poszło na węgiel, a mówię łasce pana, był taki ogień, że

najtwardsze pilniki stopiły się jak smoła. Kiedym spojrzał na pogorzel, tom ino

plunął ze złości, ale dziś nawet mi szkoda tej śliny...

- Odbudowałeś się? Masz warsztat?

- Ehe! panie... Odbudowałem w ogrodzie chałupę jak barak, żeby matka miała

gdzie gotować, ale warsztaty... Toż by na to, panie, trzeba pięćset rubli

gotowego grosza, słowo honoru daję, jak mi Bóg miły...Ileż to przecie lat ojciec

nieboszczyk harował, nim postawił dom i zebrał naczynie.

Zbliżali się do ruin. Wokulski rozmyślał.

- Słuchaj, Węgiełek - rzekł nagle - podobasz mi się. Będę w tej okolicy - dodał,

cicho wzdychając - będę jeszcze z tydzień... A jeżeli wyrzeźbisz mi dobrze

418

napis, wezmę cię do Warszawy na jakiś czas...Tam przekonam się, co jesteś

wart, i... może odnajdą się twoje warsztaty.

Chłopak pochylał głowę na prawo i na lewo, przypatrując się Wokulskiemu.

Nagle przyszło mu na myśl, że musi to być bardzo bogaty pan, a może nawet z

takich panów, których niekiedy Bóg zsyła, ażeby opiekowali się ludźmi

biednymi, i - zdjął czapkę.

- Cóżeś stanął? Nakryj głowę... - rzekł Wokulski.

- Przepraszam pana... może ja co złego powiedziałem?... Ale u nas, panie, to

tacy panowie nie bywają... Podobno bywali dawnymi czasy...Nawet ojciec

nieboszczyk gadał, że sam widział takiego pana, co wziął z Zasławia sierotę i

zrobił z niej wielką panią, a jegomości zostawił tyle pieniędzy, że z nich

wybudowali nową dzwonnicę...

Wokulski uśmiechał się patrząc na zakłopotaną minę chłopaka i z dziwnym

uczuciem myślał, że za swój jednoroczny dochód mógłby uszczęśliwić stu

kiĺkudziesięciu takich jak ten oto...

„Pieniądz naprawdę jest wielką potęgą, tylko trzeba go umieć użyć...” Byli już

pod górą zamkową, kiedy z sąsiedniej odezwał się głos panny Felicji:

- Panie Wokulski, my tu jesteśmy!...

Wokulski podniósł oczy i zobaczył między dębami wesoły ogień, dokoła

którego siedziało zasławskie towarzystwo. O kilkanaście kroków z boku

chłopak kredensowy i pokojówka nastawiali samowar.

- Niech pan zaczeka, idę do pana! - zawołała panna Izabela podnosząc się z

dywanu.

Starski podskoczył do niej.

- Sprowadzę kuzynkę - rzekł.

- O, dziękuję, sama zejdę -odpowiedziała panna Izabela cofając się. Potem

zaczęła iść ze stromej ściany z taką swobodą i wdziękiem, jakby to była ulica w

parku.

„Podły jestem z moimi posądzeniami” - szepnął Wokulski. W tej chwili

przywidziało mu się, że jakiś tajemniczy głos każe mu robić wybór między

tysiącami takich jak Węgiełek, którzy potrzebują pomocy, i jedną kobietą, która

schodziła tam z góry.

„Już zrobiłem wybór!...” - pomyślał Wokulski.

- Ale do zamku nie wejdę sama, musi mi pan podać rękę - rzekła panna Izabela

stanąwszy przy Wokulskim.

- Może państwo pozwolą lżejszą drogą - odezwał się Węgiełek.

- Prowadź!

Okrążyli górę i poczęli wspinać się na jej szczyt łożyskiem wyschłego potoku.

- Jaki dziwny kolor tych kamieni - odezwała się panna Izabela patrząc na

kawały wapienia poplamionego brunatnymi piętnami.

- Ruda żelazna - odparł Wokulski.

- O nie - wtrącił Węgiełek - to nie ruda, to krew...

Panna Izabela cofnęła się.

419

- Krew?... - powtórzyła.

Stanęli na szczycie wzgórza, zasłonięci od reszty towarzystwa walącym się

murem. Z tego miejsca widać było dziedziniec zamkowy zarośnięty cierniem i

berberysem. Pod jedną z wież stał oparty o jej ścianę olbrzymi granit.

- Oto jest kamień - rzekł Wokulski.

- Ach, ten.., Ciekawam, jak go tu wnieśli?... Mój człowieku, co mówiliście o

krwi? - spytała panna Izabela Węgiełka.

- To dawna historia - odparł Węgiełek - jeszcze mi ją dziaduś opowiadał...

Wreszcie tu wszyscy o niej wiedzą.

- Opowiedzcie ją - nalegała panna Izabela. - Między ruinami bardzo lubię

słuchać legend. Nad Renem pełno tego...

Weszła na dziedziniec, ostrożnie wymijając cierniste krzaki, i usiadła na

kamieniu.

- Opowiedzcie historię o tej krwi...

Węgiełek wcale nie zmieszał się tą propozycją; owszem, uśmiechnął się i

zaczął:

- W dawnych czasach, kiedy jeszcze mój dziaduś łapał ptaki między dębami, po

tych kamieniach, cośmy nimi szli, płynęła woda. Teraz ona pokazuje się tylko

na wiosnę albo po wielkim deszczu, ale za małości dziadusia szła przez cały rok.

I był strumień w tym miejscu.

Na dnie potoku, jeszcze za małości dziadusia, leżał jeden spory kamień, jakby

nim kto dziurę zatykał. W rzeczy samej była tam dziura, właśnie nawet okno do

podziemiów, gdzie są zachowane wielkie skarby, jakich by na całym świecie nie

znalazł. A między tymi majątkami, na szczerozłotym łóżku, śpi panna, może

nawet jaka hrabini, bardzo śliczności i bogato odziana. Mówią, że za to samo, co

ona ma we włosach, kupiłby wszystkie dobra od Zasławia do Otrocza.

Ta zaś panna śpi przez taki interes, że jej ktoś wbił złotą szpilkę w głowę, może

ze zbytków, a może i z nienawiści; Bóg ich tam wie. Tak śpi i nie ocknie się,

dopóki jej kto szpilki z głowy nie wyciągnie i potem się z nią nie ożeni. Ale to

rzecz ciężka i nawet niebezpieczna, bo tam w podziemiach pilnują skarbów i

samej panny różne straszydła. A jakie one są, to wiem dobrze, bo póki mi się

dom nie spalił, chowałem taki jeden ząb jak pięść, który ząb dziaduś znalazł w

tym miejscu (sprawiedliwie mówię i nic nie kłamię). A jeżeli jeden ząb był jak

pięść (widziałem go przecie i miałem w rękach przez długie czasy), to już łeb

musiał być jak piec, a cała osoba chyba jak stodoła... Więc borykać się z takim

było trudno i jeszcze nie z jednym, ale z wieloma. Dlatego najśmielszy

człowiek, choćby mu się i jak spodobała panna, a jeszcze lepiej jej majętności,

wejść do podziemiów nie miał odwagi, ażeby go co nie ujadło...

O tej pannie i o tych majątkach - prawił dalej Węgiełek - wiedzieli ludzie od

dawna; takim sposobem, że dwa razy do roku, na Wielkanoc i na święty Jan,

usuwał się kamień, co leżał na dnie potoku i jeżeli kto stał wtedy nad wodą,

mógł zajrzeć do otchłani i widzieć tamtejsze dziwy.