420
Jednej Wielkanocy (dziadusia jeszcze wtedy nie było na świecie)przyszedł tu do
zamku młody kowal z Zasławia. Stanął nad potokiem i myśli: „Nie mogłyby się
to mnie pokazać skarby?... Zaraz bym wlazł do nich, choćby przez
najciaśniejszą dziurę, naładowałbym kieszenie i już nie potrzebowałbym dymać
miechem.” Ledwie tak pomyślał, aż naraz - usuwa się kamień, a mój ci kowal
widzi wory pieniędzy, misy ze szczerego złota i tyle drogiej odzieży jak na
jarmarku...
Ale najpierwej wpadła mu przed oczy śpiąca panna, taka, mówił dziaduś,
śliczna, że kowal stanął słupem. Spała se i tylko jej łzy płynęły, a co która
upadła, czy na jej koszulę, czy na łóżko, czy na podłogę, zaraz zamieniała się w
klejnot. Spała i wzdychała z bólu od szpilki; a co westchnęła, to na drzewach
nad potokiem zaszelepały liście z żalu nad jej strapieniem.
Już kowal chciał wejść do podziemiów; ale że czas przeszedł, więc znowu
kamień zamknął się, aż zabulgotało w potoku. Od tego dnia mój kowal nie mógł
sobie miejsca znaleźć na świecie. Robota leciała mu z ręki. Gdzie nie spojrzał,
widział ino potok jak szybę, a za nią pannę, której łzy płynęły. Aż pomizerniał,
bo go coś ciągle trzymało za serce rozpalonymi obcęgami. Zwyczajnie
zamroczyło go. Kiedy już całkiem nie mógł wytrzymać z tęskności, poszedł do
jednej baby, co znała się na ziołach, dał jej srebrnego rubla i spytał o radę.
- Ano - mówi baba - nie ma tu inszej rady, tylo musisz doczekać świętego Jana i
kiedy się kamień odłoży, musisz leźć w otchłań. Byleś pannie wyjął szpilkę z
głowy, obudzi się, ożenisz się z nią i będziesz wielki pan, jakiego świat nie
widział. Tylko wtedy o mnie nie zapomnij, że ci dobrze poradziłam. I to se
spamiętaj: kiedy cię strachy otoczą, a zaczniesz się bać, zaraz przeżegnaj się i
umykaj w imię boskie... Cała sztuka w tym, żebyś się nie zląkł; złe nie ima się
niebojącego człowieka.
- A powiedzcież mi - mówi kowal - jak poznać, że człowieka strach zdejmuje?...
- Takiś ty?.. - mówiła baba. - No, to już idź do otchłani, a jak wrócisz, o mnie
pamiętaj.
Dwa miesiące chodził kowal do potoku, a na tydzień przed świętym Janem
wcale się stąd nie ruszył, tylko czekał. I doczekał. W samo południe kamień
odsunął się, a mój kowal z siekierą w garści skoczył w jamę.
Co się tam - mówił dziaduś - koło niego nie działo, włosy na głowie stają.
Otoczyły go przecie takie poczwary, że inny umarłby od samego ich wejrzenia.
Były - mówił dziaduś - niedopyrze wielkie jak psy, ale ino wachlowały nad nim
skrzydliskami. To zastąpiła mu drogę ropucha, duża jak ot ten kamień, to wąż
zaplątał mu się między nogi, a kiedy kowal ciapnął go, wąż zaczął płakać
ludzkim głosem. Były wilki takie na niego zajadłe, że co im piana padła z pyska,
to buchnęła płomieniem, a w opoce wypalała dziury. Wszystkie te potwory
siadały mu na plecach, chwytały go za surdut, za rękawy, ale żaden nie śmiał go
skrzywdzić. Bo widzieli, że się kowal nie boi, zaś przed nie bojącym się złe
umyka jak cień przed człowiekiem. „Zginiesz tu, kowalu!...” - wołały strachy,
ale on tylko ściskał siekierę w garści i przepraszam... tak im odpowiadał, że
421
wstyd państwu powtórzyć... Dobrał się nareszcie mój kowal do złotego łóżka,
gdzie już nawet poczwary nie miały dostępu, ino stanęły wkoło, kłapiący
zębami. On zaraz zobaczył w głowie panny złotą szpilkę, szarpnął i wyciągnął ją
do połowy... Aż krew trysnęła... Wtem panna łapie go rękami za surdut i woła z
wielkim płaczem:
- Czego mi ból robisz, człowieku!... Wtedy dopiero kowal się zląkł... zatrząsł się
i ręce mu opadły. Strachom tego tylko było trzeba. Który miał największy pysk,
skoczył na kowala i tak go kłapnął, że krew trysnęła przez okno i poplamiła
kamienie, co państwo na własne oczy widzieli. Ale przy tym bestia wyłamał
sobie ząb duży jak pięść, co go później mój dziaduś znalazł w potoku. Od tej
pory kamień zatkał okno do podziemiów, że go już nikt znaleźć nie może. Potok
wysechł, a panna została w otchłani na pół rozbudzona. Płacze teraz już tak
głośno, że ją czasem i pastuchy słyszą na łąkach, i będzie płakać wiek wieków.
Węgiełek skończył. Panna Izabela spuściła głowę i końcem parasolki rysowała
jakieś znaki na gruzach. Wokulski nie śmiał spojrzeć na nią. Po długim
milczeniu odezwał się do Węgiełka:
- Ciekawa jest twoja historia... ale powiedz no mi: w jaki sposób zabierzesz się
do wycięcia napisu?...
- Kiedy nie wiem, co mam wyciąć?
- Prawda.
Wokulski wydobył noteskę, ołówek i napisawszy podał chłopcu. - Tylko cztery
wiersze!... - rzekł Węgiełek. - Za trzy dni, panie, będzie gotowe... Na tym
kamieniu można wyciąć bodaj calowe litery... Oj, zapomniałem sznurka, żeby
wymierzyć. Zejdę, panie, do furmanów, to może oni mi dadzą... Zaraz wrócę.
Węgiełek zbiegł ze wzgórza. Panna Izabela spojrzała na Wokulskiego. Była
blada i wzruszona.
- Co to za wiersze?... - spytała wyciągając rękę. Wokulski podał jej kartkę;
zaczęła czytać półgłosem:
- „Na każdym miejscu i o każdej dobie, gdziem z tobą płakał, gdziem z tobą się
bawił, zawsze i wszędzie będę ja przy tobie, bom wszędzie cząstkę mej duszy
zostawił...”
Dokończyła szeptem. Usta jej drżały, oczy zaszły łzami. Przez chwilę mięła
kartkę w palcach, potem z wolna odwróciła głowę i kartka upadła na ziemię...
Wokulski przykląkł, ażeby podnieść papier. Wtem dotknął sukni panny Izabeli i
już nie wiedząc, co robi, schwycił ją za rękę.
- Obudzisz się, ty moja królewno... - rzekł.
- Nie wiem... może... - odpowiedziała.
- Hop!... hop!... - zawołał z dołu Starski. - A chodźcie już, państwo, bo obiad
wystygnie...
Panna Izabela obtarła oczy i prędko opuściła ruinę. Za nią wyszedł Wokulski.
- Cóżeście państwo tak długo robili? - pytał ze śmiechem Starski podając rękę
pannie Izabeli, która przyjęła ją pośpiesznie.
422
- Słyszeliśmy nadzwyczajną historię!... - odpowiedziała panna Izabela. -
Doprawdy, nigdy nie myślałam, że w tym kraju mogą istnieć podobne legendy i
że mogą je w tak zajmujący sposób opowiadać ludzie prości... Cóż nam dasz na
obiad, kuzynie? Ach, ten chłopak jest niezrównany!... Poproście go, ażeby ją
wam powtórzył...
Wokulskiego nie raziło już to, że panna Izabela idzie ze Starskim pod rękę, że
opiera się na nim, a nawet, że go kokietuje. Wzruszenie, którego był świadkiem,
i jedno nic nie znaczące jej słówko rozproszyło wszystkie jego obawy. Ogarnęło
go spokojne zamyślenie, w którym nie tylko Starski, ale całe towarzystwo
zniknęło mu sprzed oczu.
Pamiętał, że wszedł na górę pod dęby, że coś jadł z wielkim apetytem, że był
wesoły, rozmowny i nawet umizgał się do panny Felicji. Ale o czym mówili?...