co on im sam odpowiadał, nie wiedział...
Zachodziło słońce, a na niebie pokazały się chmury, kiedy Starski kazał służbie
sprzątnąć naczynia, kosze i dywan, a paniom zaproponował powrót.
Siedli do breku w tym samym porządku co pierwej. Otuliwszy Ewelinę szalami
baron pochylił się do Wokulskiego i szepnął z uśmiechem:
- Jeżeli jeszcze jeden dzień będziesz pan w takim humorze jak dzisiaj,
pozawracasz głowy wszystkim paniom.
- Ach, tak!... - odparł Wokulski wzruszając ramionami. Usiadł na końcu breka,
naprzeciw panny Felicji. Ochocki umieścił się przy furmanie i ruszyli.
Niebo chmurzyło się, ciemność zapadała coraz szybciej. Na breku pomimo to
było bardzo wesoło, dzięki kłótni pani Wąsowskiej z Ochockim, który
zapomniał o swych latawcach i przełożywszy nogi przez poręcz kozła, odwrócił
się do towarzystwa. Nagle, chcąc zapalić papierosa, potarł zapałkę i oświetlił
cały brek, najlepiej zaś Starskiego.
W tej chwili Wokulski gwałtownie cofnął się; coś mignęło mu przed oczyma.
„Głupstwo!... - pomyślał - piłem za wiele...'
Pani Wąsowska parsknęła króciutkim śmiechem, lecz wnet opanowała się i
zaczęła mówić:
- Cóż to za oryginalny sposób siedzenia, panie Ochocki!... Fe, jutro musi pan
klęczeć!... Ach, niegodziwiec, ależ on niedługo postawi komu nogi na
kolanach... Odwróćże się pan natychmiast, bo każę furmanowi, ażeby pana
zostawił na drodze...
Wokulskiemu zimny pot wystąpił na czoło; ale wzruszył ramionami i myślał:
„Przywidzenia... przywidzenia!... Co za głupstwo...”
I nadludzkim wysiłkiem woli odegnał w końcu przywidzenia. Znowu odzyskał
humor í bardzo wesoło począł rozmawiać z panią Wąsowską.
Gdy zaś wrócili do Zasławka późno w nocy, spał jak zabity i nawet śniło mu się
coś zabawnego.
Nazajutrz, gdy przed śniadaniem wyszedł Wokulski na spacer, pierwszą osobą,
którą spotkał na dziedzińcu, była pokojówka panny Izabeli; niosła kilka sukien,
a za nią chłopak dźwigał kufer.
423
„Cóż to jest?... - pomyślał. - Dziś niedziela, więc chyba nie wyjedzie... Nie
może wyjechać w niedzielę... zresztą wspomniałaby mi coś o tym ona lub
prezesowa...”
Poszedł nad staw, obleciał park wokoło, jakby chcąc zgubić w drodze złe
przeczucia. Na próżno. Uczepiła go się myśl, że panna Izabela może wyjechać.
Tłumił ją i przytłumił o tyle, że już nie rysowała mu się jasno, tylko gdzieś na
dnie serca drażniła go nieznacznie.
Przy śniadaniu zdawało mu się, że prezesowa przywitała go czulej niż zwykle,
że wszyscy zachowują się uroczyściej, że panna Felicja wpatruje się w niego
uporczywie i jakby z wyrzutem. Po śniadaniu znowu przywidziało mu się, że
prezesowa dała jakiś znak pani Wąsowskiej.
„Oczywiście jestem chory” - myślał
Wnet jednak ozdrowiał, gdy panna Izabela oświadczyła, że chce przejść się po
parku.
- Ma kto z państwa ochotę iść ze mną? - spytała. Wokulski zerwał się z krzesła,
inni siedzieli. Więc znalazł się sam z panną Izabelą w ogrodzie i znowu
powrócił mu ten spokój, jaki miał zawsze w jej obecności.
W połowie alei odezwała się panna Izabela:
- Bardzo mi żal będzie Zasławka... „Żal?...” - pomyślał Wokulski, a ona prędko
mówiła dalej:
- Muszę już jechać. Ciocia pisała jeszcze we środę, ażeby wracać, ale prezesowa
nie pokazała mi listu, zatrzymała mnie. Dopiero kiedy wczoraj przybył umyślny
posłaniec...
- Jedzie pani jutro? - spytał Wokulski.
- Dziś po drugim śniadaniu... - odpowiedziała spuszczając głowę.
- Dziś!... - powtórzył.
Właśnie przechodzili mimo sztachet, za którymi na dziedzińcu folwarcznym stał
powóz, ten sam, którym przyjechała panna Izabela. Nawet około dyszla furman
układał zaprzęgi. Ale na Wokulskim ani wiadomość, ani przygotowania do
wyjazdu nie zrobiły tym razem wrażenia.
„No cóż - myślał - kto przyjechał, musi odjechać... Rzecz całkiem naturalna...”
Nawet dziwił go ten spokój.
Przeszli jeszcze kilkanaście kroków pod zwieszającymi się gałęźmi i nagle -
opanowała go straszna rozpacz. zdawało mu się, że gdyby w tej chwili zajechał
powóz po pannę Izabelę, on rzuciłby się pod koła i nie pozwoliłby jej jechać.
Niechby go roztratowali i niechby już raz przestał cierpieć.
Wnet jednak przyszła nowa fala spokoju i Wokulski znowu dziwił się, skąd mu
się biorą takie żakowskie myśli. Przecież panna Izabela ma prawo jechać, kiedy
chce, gdzie chce i z kim jej się podoba...
- Długo pani jeszcze zabawi na wsi? - spytał.
- Najwyżej miesiąc.
- Miesiąc!... - powtórzył. - Czy przynajmniej wolno mi będzie po tym miesiącu
odwiedzać państwa?...
424
- O tak, bardzo prosimy... - odparła. - Mój ojciec jest wielkim przyjacielem
pana.
- A pani?
Zarumieniła się i milczała.
- Nie odpowiada pani... - rzekł Wokulski. - Nie domyśla się pani nawet, jak jest
mi drogie każde jej słowo, których tak mało słyszałem... I oto dziś odjeżdża pani
nie zostawiając mi nawet cienia nadziei...
- Może czas to zrobi - szepnęła.
- Bodajby zrobił! - W każdym razie coś pani powiem. Widzi pani, w życiu
można spotkać ludzi weselszych ode mnie, eleganckich, z tytułami, nawet z
majątkiem większym niż mój... Ale przywiązania jak moje - chyba pani nie
znajdzie. Bo jeżeli miłość mierzy się wielkością cierpień, takiej jak moja może
jeszcze nie było na świecie.
I nie mam nawet prawa skarżyć się o to na kogokolwiek. Los to robi. Jakimiż bo
on dziwnymi drogami prowadził mnie do pani! Ile klęsk musiało spaść na ogół,
zanim ja, ubogi chłopak, mogłem zdobyć ukształcenie, które mi dziś pozwala
mówić z panią. Jaki traf popchnął mnie do teatru, gdzie pierwszy raz
zobaczyłem panią. A na majątek, który posiadam; czy może nie złożył się szereg
cudów?...
Kiedy dziś myślę o tych rzeczach, zdaje mi się, że jeszcze przed urodzeniem
naznaczone mi było zejść się z panią. Gdyby mój biedny stryj nie kochał się za
młodu i nie umarł osamotniony, ja dziś nie znajdowałbym się w tym miejscu. I
nie jestże to dziwne, że ja sam, zamiast bawić się kobietami, jak robią inni,
unikałem ich dotychczas i prawie świadomie czekałem na jedną, na panią...
Panna Izabela nieznacznie otarła łzę... Wokulski nie patrząc na nią mówił:
- Nie dalej jak teraz, kiedy byłem w Paryżu, miałem przed sobą dwie drogi.
Jedna prowadzi do wielkiego wynalazku, który może zmieni dzieje świata,
druga do pani. Wyrzekłem się tamtej, bo mnie tu przykuwa niewidzialny
łańcuch: nadzieja, że mnie pani pokocha. Jeżeli to jest możliwym, wolę
szczęście z panią od największej sławy bez pani; bo sława to liczman, za który
własne szczęście poświęcamy dla innych .Ale jeżeli się łudzę, tylko pani może
zdjąć ze mnie to zaklęcie. Powiedz, że nie masz i nie będziesz miała nic dla
mnie i... Wrócę tam, gdzie może od razu powinienem był zostać.