na jego miejscu), ten... ten dziwak, zapytał się: czy nie potrzebują jakich
reperacyj w mieszkaniu...
- O, już wszystko, co było potrzebne, zrobił poczciwy pan Rzecki - odparła pani
Misiewiczowa zwracając się do mnie z sympatycznym uśmiechem. (Szczerze
mówiąc, nawet nie lubię takich uśmiechów u osób w pewnym wieku.)
W kuchni Stach zatrzymał się na sekundę, widać drażnił go zapach kalafiorów,
więc rzekł do mnie:
- Trzeba by tu urządzić jaki wentylator albo co...
Na schodach nie mogłem już wytrzymać i zawołałem:
- Gdybyś tu bywał częściej, sam byś poznał, jakie melioracje należałoby
zaprowadzić w tym domu. Ale co ciebie obchodzi dom albo nawet taka piękna
kobieta!
Wokulski stanął w sieni i patrząc na rynnę mruknął:
- Phy!... gdybym ją poznał wcześniej, może bym się z nią ożenił:
Usłyszawszy to doznałem dziwnego uczucia: byłem kontent, a jednocześnie
jakby mnie kto w serce kolnął.
- A tak, to już się nawet nie ożenisz? - spytałem.
- Kto wie?... - odparł. - Może się i ożenię... Ale nie z nią.
Usłyszawszy zaś to, doznałem jeszcze dziwniejszego uczucia; było mi żal, że
pani Stawska nie dostanie Stacha za męża, a jednocześnie jakby mi kto zdjął
ciężar z piersi.
Ledwie wyszliśmy na dziedziniec, patrzę, a pani baronowa wychyla się ze
swego lufcika i woła, oczywiście do nas:
- Panie !... Proszę !...
Nagle - rozdzierającym głosem krzyknęła: „Ach nihiliści...”, i cofnęła się w głąb
pokoju.
440
Jednocześnie o kilka kroków od nas spadł na podwórze śledź, na którego stróż
rzucił się z taką drapieżnością, że nawet mnie nie spostrzegł.
- Nie zajdziesz do pani baronowej? - zapytałem Stacha. - Ona, zdaje się, ma do
ciebie interes.
- Niech mi da święty spokój!- odparł machnąwszy ręką.
Na ulicy zawołał dorożkę i wróciliśmy do sklepu nie rozmawiając ze sobą.
Jestem jednak pewny, że myślał o pani Stawskiej i że gdyby nie te podłe
kalafiory...
Taki byłem nieswój, taki zmartwiony, że zamknąwszy sklep poszedłem na piwo.
Spotkałem tam radcę Węgrowicza, który wciąż psy wiesza na Wokulskim, ale
miewa bardzo szczęśliwe pomysły polityczne... i kłóciliśmy się z nim do
północy. Węgrowicz ma rację: istotnie widać z gazet, że w Europie na coś się
zanosi. Kto wie, czy po Nowym Roku mały Napoleonek (nazywają go Lulu,
zrobi on wam lulu!) nie przeniesie się z Anglii do Francji... Prezydent
MacMahon za nim, ks. Broglie za nim, w narodzie większość za nim.:. Można
by się założyć, że zostanie cesarzem jako Napoleon IV, a na wiosnę zacznie
taniec z Niemcami. Teraz przecie Niemcy nie pójdą do Paryża; nie udaje się
dwa razy ta sama sztuka.
Otóż tedy... Co ja chciałem powiedzieć?... Aha! We trzy, może we cztery dni po
naszej wizycie u pani Stawskiej przychodzi Stach do sklepu i podaje mi list, ale
adresowany do niego.
- Przeczytaj no - rzekł ze śmiechem.
Otworzyłem - czytam:
„Panie Wokulski! Wybacz, że nie nazywam cię szanownym, ale trudno dawać
taki tytuł człowiekowi, od którego już wszyscy odwracają się ze wstrętem.
Nieszczęsny człowieku! Jeszcze nie zrehabilitowałeś się ze swych dawniejszych
występków, a już hańbisz się nowymi. Dziś o niczym więcej nie mówi całe
miasto, tylko o twoich odwiedzinach u kobiety tak źle prowadzącej się jak
Stawska. Już nie tylko miewasz z nią schadzki na mieście, nie tylko zakradasz
się do niej po nocach, co by jeszcze dowodziło, żeś niezupełnie wstyd zatracił,
ale nawet odwiedzasz ją w biały dzień, wobec służby, młodzieży i uczciwych
mieszkańców tej skompromitowanej kamienicy.
Nie łudź się jednak, nieszczęsny, że sam tylko romans z nią prowadzisz.
Pomaga ci jeszcze twój rządca, ten nędznik Wirski, i ten osiwiały w rozpuście
twój plenipotent Rzecki.
Muszę dodać, że Rzecki nie tylko uwodzi ci twoją kochanicę, ale jeszcze okrada
cię w dochodach z domu: pozniżał bowiem komorne niektórym lokatorom, a
przede wszystkim tej Stawskiej. Skutkiem tego dom twój już nic niewart, ty sam
stoisz nad brzegiem przepaści i zaprawdę! wielką wyrządziłby ci łaskę
szlachetny dobroczyńca, który by zechciał kupić tę ruderę po Łęckich z małą dla
ciebie stratą.
Gdyby więc znalazł się taki dobrodziej, pozbądź się ciężaru, weź z
wdzięcznością, co się da, i uciekaj za granicę, pierwej, nim sprawiedliwość
441
ludzka okuje cię w kajdany i wtrąci do lochów: Czuwaj nad sobą!... strzeż się!...
i posłuchaj rady życzliwego przyjaciela”
- Zuch baba, co? - zapytał Wokulski spostrzegłszy, żem już skończył czytanie.
- Niech ją diabli porwą!- zawołałem domyślając się, że mówi o autorce listu. -
Ja, według niej, osiwiałem w rozpuście!... Ja kradnę!... Ja romansuję!...
Przeklęta jędza.
- No, no, uspokój się, bo już widzę jej adwokata - rzekł Stach.
Istotnie, w tej chwili wszedł do sklepu człeczyna w starym futrze, wypłowiałym
cylindrze i ogromnych kaloszach. Wszedł, rozejrzał się jak ajent śledczy,
zapytał Klejna, kiedy będzie pan Wokulski, potem nagle udał, że dopiero nas
spostrzega, i przybliżywszy się do Stacha szepnął :
- Wszak pan Wokulski?... Czy mogę mieć z panem króciutką konferencję na
osobności?
Stach mrugnął na mnie i poszliśmy we trzech do mego mieszkania. Gość
rozebrał się, przy czym zauważyłem, że jego spodnie są jeszcze bardziej
wytarte, a zarost mocniej zjedzony przez mole niż futro.
- Prezentuję się panom - rzekł wyciągając do Wokulskiego prawą, a do mnie
lewą rękę. - Jestem adwokat...
Tu wymienił nazwisko i - tak został z rękoma w powietrzu. Dziwnym bowiem
trafem ani Stach, ani ja nie czuliśmy ochoty do uściskania go.
Poznał to, ale nie zmieszał się. Owszem, z najlepszą miną zatarł ręce i rzekł
śmiejąc się:
- Panowie nawet nie pytają: jaki mnie tu interes sprowadza
- Domyślamy się, że pan sam powiesz - odparł Wokulski.
- Racja! - zawołał gość. - Otóż mówię krótko. Jest tu jeden bogaty, ale bardzo
skąpy Litwin (Litwini są bardzo skąpi!), który prosił mnie, ażebym mu
nastręczył do nabycia jaką kamienicę. Mam ich z piętnaście, ale przez szacunek
dla pana, panie Wokulski, bo wiem, co pan robisz dla kraju, nastręczyłem mu
pańską, tę po Łęckim, i po dwutygodniowej pracy nad nim tylem zrobił, że
gotów dać... Zgadnijcie panowie: ile?... Osiemdziesiąt tysięcy rublil... Co?
Kokosowy interes. Nieprawdaż?...
Wokulski zaczerwienił się z gniewu, a przez chwilę myślałem, że wyrzuci
gościa za drzwi. Pohamował się jednak i odparł, ale już tym swoim tonem, tym
ostrym i nieprzyjemnym:
- Znam tego Litwina, nazywa się baronowa Krzeszowska
- Co?... - zdziwił się adwokat.
- Ten skąpy Litwin daje nie osiemdziesiąt, ale dziewięćdziesiąt tysięcy za mój
dom, pan zaś proponujesz mi niższą cenę, ażeby więcej zarobić...
- Hę! Hę! hę... - zaczął śmiać się adwokat. - Któż by inaczej robił, szanowny