Выбрать главу

panie Wokulski?

- Powiedz pan zatem swojemu Litwinowi - przerwał mu Stach że sprzedam

kamienicę, ale za sto tysięcy rubli. I to do Nowego Roku. Po Nowym Roku cenę

podniosę.

442

- Ależ to jest nieludzkie, co pan mówi!... - wybuchnął gość. - Pan chce tej

nieszczęśliwej kobiecie wydrzeć ostatni grosz... Co świat na to powie, zastanów

się pan!...

- Co powie świat, o to nie dbam - rzekł Wokulski. - A jeżeli zechce mnie

moralizować, tak jak pan, pokażę mu drzwi. O, tam są drzwi, widzisz pan, panie

adwokacie?

- Daję panu dziewięćdziesiąt dwa tysiące rubli i ani grosza więcej - odparł

adwokat.

- Niech pan włoży futro, bo się pan zaziębi na dziedzińcu...

- Dziewięćdziesiąt pięć... - wtrącił adwokat i szybko zaczął się ubierać.

- No, żegnam pana... - rzekł Wokulski otwierając drzwi. Adwokat nisko ukłonił

się i wyszedł, zza proga zaś dodał słodkim tonem :

- To ja tu przyjdę za parę dni. Może szanowny pan będźie lepiej dysponowany...

Stach zamknął mu drzwi przed nosem.

Po wizycie obrzydliwego adwokata wiedziałem już, co myśleć. Pani baronowa z

pewnością kupi kamienicę Stacha, ale pierwej użyje wszelkich środków, ażeby

coś utargować. Znam te środki! Jednym z nich był ów list anonimowy, w

którym szkaluje panią Stawską, a o mnie mówi, że osiwiałem w rozpuście.

Skoro zaś kupi kamienicę, przede wszystkim wypędzi z niej studentów, a

zapewne i biedną panią Helenę. Gdybyż choć na tym ograniczyła swoją

nienawiść...

Teraz już mogę opowiadać galopem wszystkie wypadki, które później nastąpiły.

Otóż po wizycie tego adwokata tknęło mnie złe przeczucie. Postanowiłem dziś

jeszcze odwiedzić panią Stawską i ostrzec ją, ażeby się miała na baczności przed

baronową. Nade wszystko zaś, ażeby jak najrzadziej siadała w oknie.

Te panie bowiem, obok zdobiących je cnót, mają fatalny zwyczaj, że ciągle

siedzą w oknie. Pani Misiewiczowa sobie, pani Stawska sobie, Helunia sobie i

nawet kucharka Marianna też sobie. I nie dość, że siedzą cały dzień, ale jeszcze

siedzą wieczorami przy lampach i nawet nie zapuszczają rolet, chyba przed

udaniem się na spoczynek. Toteż widać wszystko, co się dzieje w ich

mieszkaniu, jak w latarni.

Dla uczciwych sąsiadów taki sposób przepędzania czasu byłby najlepszym

dowodem ich zacności: pokazują się wszystkim cały dzień, bo nie mają czego

ukrywać. Gdym sobie jednak przypomniał, że te kobiety są ciągle szpiegowane

przez Maruszewicza i przez panią baronowę, i gdy jeszcze pomyślałem, jak

baronowa nienawidzi pani Stawskiej - ogarnęły mnie najgorsze przeczucia.

Tego samego wieczora chciałem pobiec do moich szlachetnych przyjaciółek i

zakląć na wszystkie świętości, ażeby tak ciągle nie przesiadywały w oknach i

nie narażały się na śledztwo baronowej. Tymczasem akurat o wpół do dziewiątej

zachciało mi się pić i - zamiast do pań, poszedłem na kufelek.

Był już tam radca Węgrowicz i Szprot, ajent handlowy. Właśnie mówili coś o

tym domu, co zawalił się przy ulicy Wspólnej, kiedy naraz Węgrowicz trąca

swoim kuflem w mój kufel i mówi:

443

- Niejeden się to jeszcze dom zawali przed Nowym Rokiem!

A Szprot mrugnął okiem.

Nie podobało mi się jego mruganie, bo nigdy nie lubiłem przemrugiwać się z

lada błaznem, więć pytam:

- Cóż to, panie, mają znaczyć pańskie pantominy?

On śmieje się głupowato i mówi:

- Przecież pan wie lepiej aniżeli ja, co to znaczy. Wokulski sprzedaje sklep...

Męko Chrystusowa!... Żem go nie trzasnął kuflem w łeb, dziwię się samemu

sobie. Na szczęście, pohamowałem pierwszy impet, wypiłem dwa kufle piwa

jeden po drugim i pytam go niby spokojnym głosem:

- Po cóż by Wokulski miał sklep sprzedać i komu?

- Komu?... - wtrąca Węgrowicz. - Alboż to mało Żydów w Warszawie? - Złożą

się we trzech, bodaj w dziesięciu, i zaparszywią Krakowskie Przedmieście z

łaski jaśnie wielmożnego pana Wokulskiego, co trzyma własny powóz i jeździ

do arystokracji na letnie mieszkanie. Mój Boże!... pamiętam, jak mi to

biedactwo podawało rozbratel u Hopfera... Nie ma teraz, jak jeździć na wojnę i

rewidować tureckie kieszenie.

- Ale po co by sprzedawał sklep? - pytam szczypiąc się w kolano, ażeby nie

wybuchnąć na tego dziada.

- Dobrze robi, że sprzedaje! - odparł Węgrowicz wziąwszy w garść już nie wiem

który kufel piwa. - Co on ma robić między kupcami, taki pan, taki... dyplomata,

taki... nowator, co nam tu nowe towary sprowadza ?...

- Mnie się zdaje, że jest inny powód - wtrącił Szprot. - Wokulski stara się o

pannę Łęcką, a choć zrazu dostał odkosza, jednak dziś znowu tam bywa, więc

musi mieć widoki... A że panna Łęcka nie wyszłaby za galanteryjnego kupca,

choćby on był dyplomatą i nowatorem...

W oczach zaczęły mi ognie latać. Uderzyłem kuflem w stół i krzyknąłem :

- Kłamiesz pan, wszystko pan kłamiesz, panie Szprot!... A oto mój adres... -

dodałem rzucając mu bilet na stół.

- Co mi pan dajesz adresy? - odparł Szprot. - Mam panu przysłać partię kortu

czy co?...

- Satysfakcji żądam od pana - krzyknąłem, wciąż bijąc w stół.

- Tere-fere! - mówi Szprot i kręci palcem w powietrzu. - Łatwo panu żądać

satysfakcji, boś oficer węgierski. Zamordować człowieka albo nawet dwu czy

samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem... Ale ja, panie, jestem ajent

handlowy, mam żonę, dzieci i terminowe interesa...

- Zmuszę pana do pojedynku!

- Co to zmuszę?... Ciupasem mnie pan sprowadzisz czy co?... A jakbyś mi pan

coś podobnego powiedział po trzeźwemu, tobym poszedł do cyrkułu i daliby

panu pojedynek...

- Jesteś pan bez honoru! - zawołałem.

Teraz on zaczął bić w stół.

444

- Kto bez honoru?... Komu pan to mówisz?... Nie płacę weksli czy daję zły

towar, czym bankrutował?... Zobaczymy w sądzie, kto ma honor!...

- Uspokójcie się! - prosił radca Węgrowicz. - Pojedynki to były w modzie

dawniej, nie teraz... Podajcie sobie ręce...

Wstałem od stołu zalanego piwem, zapłaciłem w bufecie i wyszedłem. Noga

moja więcej nie postanie w tej podłej dziurze...

Naturalnie, że po takim wzburzeniu nie mogłem już być u pani Stawskiej. Z

początku myślałem nawet, że całą noc spać nie będę. Alem jakoś zasnął. A gdy

Stach przyszedł na drugi dzień do sklepu, zapytałem go :

- Wiesz, co mówią?... Że sklep sprzedajesz?...

- A choćbym sprzedał, cóż by w tym było złego?...

(Prawda! Cóż by w tym było złego?... Że też mi tak prosta myśl nie przyszła do

głowy.)

- Ale bo widzisz - szepnąłem - mówią jeszcze, że żenisz się z panną Łęcką...

- Gdyby tak... Więc i cóż? - odparł.

(Jużci, ma rację! Cóż to, jemu nie wolno żenić się, z kim by chciał, nawet z

panią Stawską?... Że też nie zorientowałem się i bez potrzeby zrobiłem awanturę