temu Szprocinie.)
Naturalnie, ponieważ tego wieczora musiałem pójść nie tyle na piwo, ile ażeby
pogodzić się z niesłusznie obrażonym Szprotem, więc znowu nie byłem u pani
Stawskiej i nie ostrzegłem, ażeby nie siadała w oknie.
Tak więc nie bez przykrości dowiedziałem się, że do Wokulskiego między
kupcami wzrasta niechęć, że sklep nasz będzie sprzedany i że Stach żeni się z
panną Łęcką. Mówię: żeni się, bo on nie mając pod tym względem pewności nie
wyraziłby się tak stanowczo, nawet przede mną.
Dziś już na pewno wiem, za kim on tęsknił w Bułgarii, dla kogo zębami i
pazurami zdobywał majątek... Ha, wola boska!...
No i patrzcie, jak. ja odbiegam od przedmiotu. Ale teraz już na dobre zajmę się
awanturą pani Stawskiej i opowiem z szybkością błyskawicy.
ROZDZIAŁ JEDYNASTY:
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA
„Jednego wieczora, zaraz po ósmej, poszedłem do tych pań. Pani Stawska
swoim zwyczajem w ostatnim pokoju odrabiała lekcje z jakimiś panienkami, a
pani Misiewiczowa z Helunią... znowu swoim zwyczajem siedziały w oknie.
Nie rozumiem, co mogły widzieć po nocy, ale że ich wszyscy widzieli, to
pewne. Nawet przysiągłbym, że pani baronowa w jednym ze swoich
nieoświetlonych okien siedzi z lornetą i penetruje pierwsze piętro, bo rolety jak
zwykle nie były zasunięte.
Cofnąłem się tedy za firankę, ażeby choć mnie ta poczwara nie widziała, i
prosto z mostu pytam pani Misiewiczowej:
445
- Bez obrazy pani dobrodziejki, dlaczego panie tak ciągle siedzicie w oknach?...
To niedobrze...
- Ja się cugów nie boję - odparła szanowna dama - a mam w tym wielką
przyjemność. Bo imaginuj sobie pan, co Helunia odkryła. Czasami okna bywają
w takim porządku oświetlone, że układa się z nich jakby abecadło... Heluniu! -
zwróciła się do dziecka - a nie ma tam jakiej literki?...
- Jest, babciu, i nawet dwie. Jest H i jest T.
- Prawda! - potwierdziła staruszka. - Jest H i jest T. Niechże pan spojrzy...
Spojrzałem. Istotnie, naprzeciw nas były oświetlone dwa okna na trzecim
piętrze, trzy na drugim i dwa na pierwszym w taki sposób, że tworzyły znak: H
Zaś w tylnej oficynie pięć okien trzeciego piętra, jedno drugiego, jedno
pierwszego i jedno na parterze, również oświetlone, tworzyły znak: T
- Przez te okna, panie - mówiła babcia - (choć rzadko układają się z nich literki)
Helunia nabrała ciekawości do abecadła, a i teraz jeszcze bawi się najlepiej,
jeżeli potrafi, złożyć z oświetlonych okien jakąś formę. Dlatego nawet nie
zapuszczamy rolek wieczorem.
Wzruszyłem ramionami, bo i jakże tu bronić dziewczynce, ażeby wyglądała
oknem, jeżeli się ona tym tak ładnie bawi!
- Jak tu nie wyglądać oknem - westchnęła pani Misiewiczowa - kiedy to nasza
jedyna przyjemność. Czy my gdzie bywamy? Czy kogo widujemy?... Od czasu
jak Ludwik wyjechał, zerwały się nasze stosunki z ludźmi. Dla jednych jesteśmy
za ubogie, dla innych podejrzane...
Otarła oczy chustką i mówiła dalej :
- O, Ludwiczek źle zrobił, że wyjechał; bo choćby go nawet uwięzili, okazałaby
się jego niewinność i znowu bylibyśmy razem. A teraz on Bóg wie gdzie, a
Stawska... Mówi pan, żeby nie wyglądać!... Przecież ona, biedactwo, ciągle
czeka, nasłuchuje i wypatruje, czy Ludwik nie wraca, a przynajmniej czy nie
będzie od niego listu? Niech tylko kto biegnie prędzej przez dziedziniec, ona
zaraz do okna myśląc, że to bryftrygier. A jeżeli kiedy do nas wstąpi bryftrygier
(my, panie Rzecki, bardzo rzadko odbieramy listy), to gdybyś pan widział
Helenkęl...Mieni się, blednie, drży...
Nie śmiałem ust otworzyć, a staruszka odpocząwszy prawiła:
- I ja sama lubię siedzieć w oknie, osobliwie kiedy jest ładny dzień i czyste
niebo, bo wtedy staje mi w pamięci mój mąż nieboszczyk jak żywy...
- Tak - szepnąłem - przypomina go pani niebo, gdzie on mieszka obecnie.
- Nie pod tym względem, panie Rzecki - przerwała. - Że on jest w niebie, to
wiem, bo gdzieżby mógł być taki spokojny człowiek? Ale jak patrzę na niebo i
na ścianę tej kamienicy, zaraz przychodzi mi na myśl szczęśliwy dzień naszego
ślubu... Klemens nieboszczyk miał wtedy na sobie szafirowy frak i żółte
nankinowe spodnie, zupełnie tego koloru co nasza kamienica...
O, panie Rzecki - mówiła staruszka płacząc - wierz mi, że dla takich jak my
nieraz okno starczy za teatr, koncert i znajomości. Bo i na co my już mamy
patrzeć?
446
Nie potrafię opisać, jak mi się zrobiło smutno, kiedy z powodu marnego
wyglądania oknem usłyszałem taki dramat... Nagle w drugim pokoju zrobił się
szelest... Uczennice pani Stawskiej skończywszy lekcję zabierały się do domu, a
ich przecudna nauczycielka uszczęśliwiła mnie swoim widokiem.
Kiedym ją witał, miała zimne ręce, a na boskiej twarzy wyraz zmęczenia i
smutku. Zobaczywszy mnie jednak raczyła się uśmiechnąć. (Drogi anioł! jakby
domyślała się, że jej słodki uśmiech na cały tydzień rozświetla mi ciemności
życia.)
- Mówiła panu mama - rzekła pani Stawska - jaki nas dziś spotkał honor?
Aha, prawda, zapomniałam... - wtrąciła pani Misiewiczowa.
Tymczasem dwie panienki wyszły dygając i zostaliśmy sami, jakby w kółku
familijnym.
- Niech pan sobie wyobrazi - mówiła pani Stawska - że miałyśmy dziś wizytę
baronowej... W pierwszej chwili prawie zlękłam się, bo ona, biedaczka, nie ma
przyjemnej powierzchowności, taka blada, tak zawsze czarno ubrana, takie ma
jakieś spojrzenie... Ale rozbroiła mnie w jednej chwili, kiedy zobaczywszy
Helunię rozpłakała się i upadła przed nią na kolana wołając: takie było moje
małe biedactwo i już nie żyje!...
Zimno mi się zrobiło, kiedym tego słuchał. Nie chcąc jednak może na próżno
przerażać pani Stawskiej, nie śmiałem zakomunikować jej moich przeczuć.
Zapytałem tylko:
- I czego ona chce od pani?
- Przyszła mnie prosić, ażebym pomogła jej w uporządkowaniu bielizny, sukien,
koronek, słowem, całego gospodarstwa. Ona spodziewa się, że wkrótce mąż do
niej wróci, i chce poodświeżać jedne drobiazgi, inne zakupić. A że jak mówi,
nie ma gustu, więc prosi mnie do pomocy i obiecujc mi płacić po dwa ruble za
trzy godziny co dzień.
- A pani co na to?
- Mój Boże, cóż miałam robić?... Naturalnie, że przyjęłam z podziękowaniem.
Jest to wprawdzie chwilowe zajęcie, ale bardzo przyszło mi w porę, bo właśnie
onegdaj (nie rozumiem nawet z jakiego powodu) straciłam jedną lekcję muzyki,
za pięć złotych godzina...
Westchnąłem domyślając się, że powodem utraty lekcji mógł być jaki list
anonimowy, w pisaniu których pani Krzeszowska odznacza się wielką
biegłością. Ale - nie powiedziałem nic. Bo czy mogłem radzić pani Stawskiej,
aby odrzuciła dwa ruble dziennie?
Oj, Stachu, Stachu!.:. dlaczego byś ty się z nią nie miał ożenić?...Panna Łęcka
zajechała ci w głowę... Bodajbyś tego nie żałował.