szczęśliwą; Stach jest wyższym nad wszelką wartość człowiekiem, więc - i on
powinien być szczęśliwy. Tymczasem Stach jest ciągle rozdrażniony i smutny
(aż mi się czasem płakać chciało, kiedym na niego patrzył), a pani Stawka miała
sprawę o kradzież...
Gdzież więc jest sprawiedliwość nagradzająca dobrych?...
Zaraz ją zobaczysz, o człowieku małej wiary! Ażeby zaś lepiej przekonać cię, że
na tym świecie jest porządek, zapisuję tu następujące proroctwa :
Po pierwsze - pani Stawka wyjdzie za mąż za Wokulskiego i będzie z nim
szczęśliwa.
Po drugie - Wokulski wyrzeknie się swojej panny Łęckiej, a ożeni się z panią
Stawską i będzie z nią szczęśliwy.
Po trzecie - mały Lulu jeszcze w tym roku zostanie cesarzem Francuzów pod
imieniem Napoleona IV, zbije Niemców na bryndzę i zrobi sprawiedliwość na
całym świecie, co mi jeszcze przepowiadał śp. mój ojciec.
Że Wokulski ożeni się z panią Stawską i że zrobi coś nadzwyczajnego, o tym
już dziś nie mam najmniejszej wątpliwości. Jeszcze się, co prawda, nie zaręczył
z nią, jeszcze się nawet nie oświadczył, zresztą... jeszcze nawet on sam sobie z
tego nie zdaje sprawy. Ale ja już widzę... Jasno widzę, jak rzeczy pójdą, i głowę
dam sobie uciąć, że tak będzie... Ja mam nos polityczny!
Bo tylko uważ, co się dzieje.
Na drugi dzień po procesie Wokulski był wieczorem u pani Stawskiej i siedział
do jedynastej w nocy. Na trzeci dzień był w sklepie u Milerowej, przejrzał
księgi i oddawał wielkie pochwały pani Stawskiej, co nawet trochę ubodło
Milerowę. Na czwarty zaś dzień...
No, on wprawdzie nie był ani u Milerowej, ani u pani Stawskiej, ale za to mnie
zdarzyły się dziwne wypadki.
470
Przed południem (jakoś nie było gości w sklepie) ni stąd, ni zowąd przychodzi
do mnie kto?... Młody Szlangbaum, ten starozakonny, który pracuje w ruskich
tkaninach.
Patrzę mój Szlangbaum zaciera ręce, wąs do góry, głowa pod sufit... Myślę:
„Zwariował czy co?...” A on - kłania mi się, ale z głową zadartą, i mówi
dosłownie te wyrazy:
- Spodziewam się, panie Rzecki, że cokolwiek nastąpi, będziemy dobrymi
przyjaciółmi...
Myślę: „Tam do diabła, czy Stach nie dał mu dymisji?..” Więc odpowiadam :
- Możesz być pewny, panie Szlangbaum, mojej życzliwości, cokolwiek bądź
nastąpi, byleś nie popełnił nadużycia, panie Szlangbaum...
Na ostatnie słowa położyłem nacisk, bo mi mój pan Szlangbaum wyglądał tak,
jakby miał zamiar albo nasz sklep kupić (co wydaje mi się
nieprawdopodobnym), albo kasę okraść... Czego, lubo jest uczciwy
starozakonny, nie uważałbym za rzecz niemożliwą.
On to widać zmiarkował, bo uśmiechnął się nieznacznie i wyszedł do swojego
oddziału. W kwadrans później wpadłem tam niby niechcący, ale zastałem go jak
zwykle przy robocie. Owszem, powiedziałbym nawet, że pracował gorliwiej niż
zwykle: wbiegał na drabinki, wydobywał sztuki rypsu i aksamitu, wkładał je na
powrót do szaf, słowem kręcił się jak bąk.
„Nie - myślę - już ten chyba nas nie okradnie...”
Spostrzegłem, co mnie również zastanowiło, że pan Zięba jest uniżenie grzeczny
dla Szlangbauma, a na mnie patrzy trochę z góry, choć jeszcze nie bardzo:
„Ha! - myślę - chce Szlangbaumowi wynagrodzić dawne krzywdy, a wobec
mnie, najstarszego subiekta, zachowuje godność osobistą. Bardzo uczciwie robi,
zawsze bowiem należy trochę zadzierać głowy wobec wyższych, a być
uprzedzająco grzecznym dla niższych...”
Wieczorkiem zaszedłem do restauracyjki na piwko. Patrzę, jest pan Szprot i
radca Węgrowicz. Ze Szprotem od tamtej afery, co to o niej mówiłem, jesteśmy
na stopie obojętności, ale z radcą witam się kordialnie. A on do mnie:
- No i co, już?...
- Przepraszam - mówię - ale nie rozumiem. (Myślałem, że robi aluzję do procesu
pani Stawskiej.) Nie rozumiem - mówię - panie radco.
- Czego nie rozumiesz - on mówi - tego, że sklep sprzedany?...
- Przeżegnaj się pan, panie radco - ja mówię - jaki sklep?
Poczciwy radca był już po szóstym kuflu, więc zaczyna się śmiać i mówi :
- Phy! ja się przeżegnam, ale panu to się i przeżegnać nie pozwolą, jak z
chrześcijańskiego chleba przejdziesz na żydowską chałę; wszak ci to; jak
gadają, Żydzi wasz sklep kupili...
Myślałem, że dostanę apopleksji.
- Panie radco - mówię - jesteś pan zbyt poważnym człowiekiem, ażebyś nie miał
powiedzieć, skąd ta wiadomość.
471
- Całe miasto gada - odparł radca - a zresztą niech obecny tu pan Szprot pana
objaśni.
- Panie Szprot - mówię kłaniając się - nie chciałbym ubliżyć panu, tym więcej,
że żądałem od pana satysfakcji, a pan odmówiłeś mi jej jak hultaj... Jak hultaj,
panie Szprot... Oświadczam panu jednak, że albo powtarzasz, albo sam
fabrykujesz plotki...
- Co to jest?!... - wrzasnął Szprot, znowu jak niegdyś bijąc pięścią w stół. -
Odmówiłem, gdyż nie jestem od dawania satysfakcji panu ani nikomu. Z tym
wszystkim powtarzam, że sklep wasz kupują Żydzi...
- Jacy Żydzi?
- Diabeł ich wie: Szlangbaumy, Hundbaumy, czy ja ich zresztą znam!...
Taka mnie porwała wściekłość, żem kazał przynieść piwa, a radca Węgrowicz
mówi :
- Z tymi Żydami to może być kiedyś głupia awantura. Tak nas duszą, tak nas ze
wszystkich miejsc wysadzają, tak nas wykupują, że trudno poradzić z nimi. Już
my ich nie przeszachrujemy, to darmo, ale jak przyjdzie na gołe łby i pięści,
zobaczymy, kto kogo przetrzyma...
- Pan radca ma rację! - dodał Szprot. - Tak wszystko ci Żydzi zagarniają, że w
końcu trzeba im będzie siłą odbierać, dla utrzymania równowagi. Bo zobaczcie
tylko, panowie, co się dzieje choćby z takimi kortami...
- No - mówię - jeżeli nasz sklep kupią Żydzi, to i ja się z wami połączę; jeszcze
moja pięść coś zaważy... Ale tymczasem, na miłosierdzie boskie, nie
rozpuszczajcie plotek o Wokulskim i nie drażnijcie ludzi przeciw Żydom, bo już
i bez tego panuje rozgoryczenie...
Wróciłem do domu z bólem głowy, wściekając się na cały świat. Budziłem się
kilka razy w ciągu nocy, a po każdym zaśnięciu śniło mi się, że Żydzi naprawdę
sklep nasz kupili i że ja, aby nie umrzeć z głodu, chodziłem po podwórzach z
katarynką, na której był napis: „Ulitujcie się nad biednym, starym oficerem
węgierskim!”
Dopiero z rana wpadłem na jedyną myśl prostą i rozsądną, ażeby stanowczo
rozmówić się ze Stachem i jeżeli istotnie sklep sprzedaje, wystarać się o
miejsce.
Ładna kariera po tylu latach służby! Gdyby człowiek był psem, to by mu
przynajmniej w łeb strzelili... Ale że jest człowiekiem, więc musi wycierać obce
kąty, niepewny zresztą, czy nie zbilansuje życia w rynsztoku.
Przed południem Wokulski nie był w sklepie, więc około drugiej wybrałem się
do niego. Może chory?