Выбрать главу

Jego salony były pełne gości, a do przedpokoju sypały się bilety wizytowe jak

śnieg. I znowu pan Tomasz znalazł się w tej szczęśliwej pozycji, że nie tylko

miał kogo przyjmować, ale nawet mógł robić wybór pomiędzy odwiedzającymi.

- Pewnie już niedługo umrę - mówił nieraz do córki. - Mam jednak tę

satysfakcję, że ludzie ocenili mnie choć przed śmiercią.

Panna Izabela słuchała tego z uśmiechem. Nie chciała rozpraszać ojcowskich

złudzeń, ale była pewna, że rój wizytujących jej składa hołdy - nie ojcu.

Wszakże pan Niwiński, najwykwintniejszy aranżer, najczęściej z nią tańczył, nie

z ojcem. Pan Malborg, wzór dobrych manier i wyrocznia mody, z nią

rozmawiał, nie z ojcem, a pan Szastalski, przyjaciel poprzedzających, nie przez

ojca, tylko przez nią czuł się nieszczęśliwym i niepocieszonym. Pan Szastalski

wyraźnie jej to oświadczył, a chociaż sam nie był ani najwykwintniejszym

tancerzem jak pan Niwiński, ani wyrocznią mody jak pan Malborg, był jednak

przyjacielem panów: Niwińskiego i Malborga. Mieszkał blisko nich, z nimi

jadał, z nimi sprowadzał sobie angielskie lub francuskie garnitury, damy zaś

dojrzałe nie mogąc w nim dopatrzeć żadnych innych zalet nazywały go

przynajmniej poetycznym.

Dopiero drobny fakt, jedno zdanie zmusiło pannę Izabelę do szukania w innym

kierunku tajemnicy jej triumfów.

Podczas pewnego balu rzekła do panny Pantarkiewiczówny:

- Nigdy tak dobrze nie bawiłam się w Warszawie jak tego roku.

- Bo jesteś zachwycająca - odpowiedziała krótko panna Pantarkiewiczówna

zasłaniając się wachlarzem, jakby chciała ukryć mimowolne ziewnięcie...

- Panny „w tym wieku” umieją być interesujące - odezwała się na cały głos pani

z de Ginsów Upadalska do pani z Fertalskich Wywrotnickiej.

Ruch wachlarza panny Pantarkiewiczówny i słówko pani z de Ginsów

Upadalskiej zastanowiły pannę Izabelę. Za dużo miała rozumu, ażeby nie

zorientować się w sytuacji, jeszcze tak jaskrawo oświetlonej.

„Cóż to za wiek? - myślała. - Dwadzieścia pięć lat jeszcze nie stanowią <<tego

wieku>>... Co one mówią?...”

Spojrzała na bok i zobaczyła utkwione w siebie oczy Wokulskiego. Ponieważ

miała do wyboru albo przypisać swoje triumfy „temu wiekowi”, albo

Wokulskiemu, więc... poczęła zastanawiać się nad Wokulskim.

Kto wie, czy nie był on mimowolnym twórcą uwielbień, które ją ze wszech

stron otaczały?...

488

Zaczęła przypominać sobie. Przede wszystkim ojciec pana Niwińskiego miał

kapitały w spółce, którą założył Wokulski, a która (o czym było wiadomo nawet

pannie Izabeli) przynosiła wielkie zyski. Następnie pan Malborg, który ukończył

jakąś szkołę techniczną (z czym się nie zdradzał), za pośrednictwem

Wokulskiego (co w najgłębszej zachował dyskrecji) starał się o posadę przy

kolei. I rzeczywiście, dostał taką, która posiadała jedną wielką zaletę, że nie

wymagała pracy, i jedną straszną wadę, że nie dawała trzech tysięcy rubli pensji.

Pan Malborg miał nawet o to żal do Wokulskiego; lecz ze względu na stosunki

ograniczał się na wymawianiu jego nazwiska z ironicznym półuśmiechem.

Pan Szastalski nie miał kapitałów w spółce ani posady przy kolei. Ale ponieważ

dwaj jego przyjaciele, panowie Niwiński i Malborg, mieli do Wokulskiego

pretensję, więc i on miał do Wokulskiego pretensję, którą formułował

wzdychając obok panny Izabeli i mówiąc:

- Są ludzie szczęśliwi, którzy...

O tym, jak wyglądają ci „którzy...”, panna Izabela nigdy nie mogła się

dowiedzieć. Tylko przy wyrazie „którzy” przychodził jej na myśl Wokulski.

Wtedy zaciskała drobne pięści i mówiła do siebie:

„Despota... tyran...”

Choć Wokulski nie zdradzał najmniejszej skłonności ani do tyranii, ani do

despotyzmu. Tylko przypatrywał się jej i myślał:

„Tyżeś to czy... nie ty?.. „

Czasami na widok młodszych i starszych elegantów otaczających pannę Izabelę,

której oczy błyszczały jak brylanty albo jako gwiazdy, po niebie jego

zachwytów przelatywał obłok i rzucał mu na duszę cień nieokreślonej

wątpliwości. Ale Wokulski na cienie zamykał oczy. Panna Izabela była jego

życiem, szczęściem, słońcem, którego nie mogły zaćmić jakieś przelotne

chmurki, może nawet zgoła urojone.

Niekiedy przychodził mu na myśl Geist, zdziczały mędrzec wśród wielkich

pomysłów, który wskazywał mu inny cel aniżeli miłość panny Łęckiej. Ale

wówczas starczyło Wokulskiemu jedno spojrzenie panny Izabeli, ażeby go

otrzeźwić z mrzonek.

„Co mi tam ludzkość! - mówił wzruszając ramionami. - Za całą ludzkość i za

całą przyszłość świata, za moją własną wieczność... nie oddam jednego jej

pocałunku...” I na myśl o tym pocałunku działo się z nim coś niezwykłego.

Wola w nim słabła, czuł, że traci przytomność, i ażeby odzyskać ją, musiał

znowu zobaczyć pannę Izabelę w towarzystwie elegantów. I dopiero wówczas,

gdy słyszał jej szczery śmiech i stanowcze zdania, kiedy widział jej ogniste

spojrzenia rzucane na panów: Niwińskiego, Malborga i Szastalskiego, przez

mgnienie oka zdawało mu się, że spada przed nim zasłona, poza którą widzi

jakiś inny świat i jakąś inną pannę Izabelę. Wtedy, nie wiadomo skąd, zapalała

się przed nim jego młodość pełna tytanicznych wysiłków. Widział swoją pracę

nad wydobyciem się z nędzy, słyszał świst pocisków, które kiedyś przelatywały

mu nad głową, a potem widział laboratorium Geista, gdzie rodziły się

489

niezmierne wypadki, i spoglądając na panów: Niwińskiego, Malborga i

Szastalskiego; myślał:

„Co ja tu robię?..: Skąd ja modlę się do jednego z nimi ołtarza?.:”

Chciał roześmiać się, ale znowu wpadał w moc obłędu. I znowu wydawało mu

się, że takie jak jego życie warto złożyć u nóg takiej jak panna Izabela kobiety.

Bądź jak bądź, pod wpływem nieostrożnego słówka pani z de Ginsów

Upadalskiej, w pannie Izabeli poczęła wytwarzać się zmiana na korzyść

Wokulskiego. Z uwagą przysłuchiwała się rozmowom panów odwiedzających

jej ojca i w rezultacie spostrzegła, że każdy z nich ma albo kapitalik, który chce

umieścić u Wokulskiego; „bodajby na piętnaście procent”, albo kuzyna,

któremu chce wyrobić posadę, albo pragnie poznać się z Wokulskim dla jakichś

innych celów. Co się zaś tycze dam, te albo również chciały kogoś protegować,

albo miały córki na wydaniu i nawet nie taiły się, że pragną odbić Wokulskiego

pannie Izabeli, albo, o ile nie były zbyt dojrzałymi, rade były uszczęśliwić go

same.

- Oto być żoną takiego człowieka! - mówiła z Fertalskich Wywrotnicka.

- Choćby nawet i nie żoną! - odparła z uśmiechem baronowa von Ples, której

mąż od pięciu lat był sparaliżowany.

„Tyran... despota...” - powtarzała panna Izabela czując, że lekceważony przez

nią kupiec zwraca ku sobie wiele spojrzeń, nadziei i zazdrości.