Выбрать главу

Pomimo resztek pogardy i wstrętu, jakie w niej jeszcze tlały, musiała przyznać,

że ten szorstki i ponury człowiek więcej znaczy i lepiej wygląda aniżeli

marszałek, baron Dalski, a nawet aniżeli panowie: Niwiński, Malborg i

Szastalski.

Najsilniej jednak wpłynął na postanowienia jej książę.

Książę, na którego prośbę Wokulski nie tylko w grudniu roku zeszłego nie

chciał ofiarować pani Krzeszowskiej dziesięciu tysięcy rubli, ale nawet w

styczniu i lutym roku bieżącego nie dał ani grosza na protegowanych przez

niego ubogich, książę na chwilę stracił serce do Wokulskiego. Wokulski zrobił

księciu przykry zawód. Książę sądził i wierzył, iż ma prawo tak sądzić, że

człowiek podobny Wokulskiemu, raz posiadłszy książęcą życzliwość, powinien

wyrzec się nie tylko swoich gustów i interesów, ale nawet majątku i osoby. Że

powinien lubić to, co lubi książę, nienawidzieć tego, co nienawidzi książę,

służyć tylko księcia celom i dogadzać tylko jego upodobaniom. Tymczasem ten

parweniusz (aczkolwiek niewątpliwie dobry szlachcic) nie tylko nie myślał być

książęcym sługą, ale nawet odważył się być samodzielnym człowiekiem; nieraz

sprzeczał się z księciem, a co gorsza, wręcz odmawiał jego żądaniom.

„Szorstki człowiek... interesowny... egoista!...” - myślał książę, ale coraz

mocniej dziwił się zuchwalstwu dorobkiewicza.

Traf zdarzył, że pan Łęcki, nie mogąc już ukryć zabiegów Wokulskiego o pannę

Izabelę, zapytał księcia o zdanie o Wokulskim i o radę.

Otóż książę, pomimo rozmaitych słabości, był z gruntu uczciwym człowiekiem.

W sądzie o ludziach nie polegał na własnym upodobaniu, ale zasięgał opinii.

490

Poprosił więc pana Łęckiego o parę tygodni zwłoki „dla uformowania sobie

zdania”, a ponieważ miał rozmaite stosunki i jakby własną policję,

podowiadywał się więc różnych rzeczy.

Naprzód tedy zauważył, że szlachta, lubo o Wokulskim odzywa się z przekąsem

jako o dorobkiewiczu i demokracie, w cichości jednak chełpi się nim:

Znać, że nasza krew, choć przystał do kupców!

Ile razy zaś chodziło o przeciwstawienie kogoś żydowskim bankierom,

najzakamienialsi szlachcice wysuwali naprzód Wokulskiego.

Kupcy, a nade wszystko fabrykanci, nienawidzili Wokulskiego, najcięższe

jednak zarzuty, jakie mu stawiali, były te: „To szlachcic... wielki pan...

polityk!...”, czego znowu książę w żaden sposób nie mógł mu brać za złe...

Najciekawszych jednak wiadomości dostarczyły księciu zakonnice. Był jakiś

furman w Warszawie i jego brat dróżnik na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej,

którzy błogosławili Wokulskiego. Byli jacyś studenci, którzy głośno opowiadali,

że Wokulski daje im stypendia; byli rzemieślnicy, którzy zawdzięczali mu

warsztaty, byli kramarze, którym Wokulski pomógł do założenia sklepów.

Nie brakło nawet (o czym siostry mówiły z pobożną zgrozą i rumieniąc się), nie

brakło nawet kobiety upadłej, którą Wokulski wydobył z nędzy, oddał do

magdalenek i ostatecznie zrobił z niej uczciwą kobietę, o ile (mówiły siostry)

taka osoba może być uczciwą kobietą.

Relacje te nie tylko zdziwiły, ale wprost przestraszyły księcia. I naraz Wokulski

spotężniał w jego opinii. Był przecie człowiekiem, który ma swój własny

program, ba! nawet prowadzi politykę na własną rękę, i który ma wielkie

znaczenie wśród pospólstwa...

Toteż kiedy książę w oznaczonym terminie przyszedł do pana Łęckiego, nie

omieszkał jednocześnie zobaczyć się z panną Izabelą. W znaczący sposób

uścisnął ją i powiedział te zagadkowe słowa:

- Szanowna kuzynko, trzymasz w ręku niezwykłego ptaka... Trzymajże go i

pieść tak, ażeby wyrósł na pożytek nieszczęśliwemu krajowi...

Panna Izabela bardzo zarumieniła się; odgadła, że owym niezwykłym ptakiem

jest Wokulski.

„Tyran... despota!...” - pomyślała.

Pomimo to w stosunku Wokulskiego do panny Izabeli pierwsze lody były

przełamane. Już decydowała się wyjść za niego...

Pewnego dnia, kiedy pan Łęcki był trochę niezdrów, a panna Izabela czytała w

swoim gabinecie, dano jej znać, że w salonie czeka pani Wąsowska. Panna

Izabela natychmiast wybiegła tam i zastała, oprócz pani Wąsowskiej, kuzynka

Ochockiego, który był bardzo zachmurzony:

Obie przyjaciółki ucałowały się z demonstracyjną czułością, ale Ochocki, który

widział nie patrząc, spostrzegł, że albo jedna z nich, albo obie mają do siebie

jakąś pretensję, zresztą niewielką.

„Czyby o mnie?... - pomyślał. - Nie trzeba się zbytecznie angażować...”

491

- A, i kuzynek jest tutaj! - rzekła panna Izabela podając mu rękę - czegóż taki

smutny?

- Powinien być wesoły - wtrąciła pani Wąsowska - gdyż przez całą drogę, od

banku do was, umizgał się do mnie, i to z dobrym skutkiem. Na rogu Alei

pozwoliłam mu odpiąć dwa guziki u rękawiczki i pocałować się w rękę. Gdybyś

wiedziała, Belu, jak on nie umie całować...

- Tak?... - zawołał Ochocki rumieniąc się powyżej czoła .Dobrze! Od tej pory

nigdy nie pocałuję pani w rękę... Przysięgam...

- Jeszcze dziś przed wieczorem pocałujesz mnie pan w obie - odparła pani

Wąsowska.

- Czy mogę złożyć uszanowanie panu Łęckiemu? - spytał uroczyście Ochocki i

nie czekając na odpowiedź panny Izabeli wyszedł z salonu.

- Zawstydziłaś go - rzekła panna Izabela.

- To niech się nic umizga, kiedy nie umie. W podobnych wypadkach

niezręczność jest śmiertelnym grzechem. Czy nieprawda?

- Kiedyżeś przyjechała?

- Wczoraj rano - odpowiedziała pani Wąsowska. - Ale dwa razy musiałam być

w banku, w magazynie, zrobić porządki u siebie. Tymczasem asystuje mi

Ochocki, dopóki nie znajdę kogoś zabawniejszego. Jeżeli mi kogo odstąpisz... -

dodała z akcentem.

- Cóż znowu za pogłoski! - rzekła rumieniąc się panna Izabela.

- Które doszły aż: do mnie na wieś. Starski opowiadał mi, nie bez zazdrości, że

w tym roku, jak zawsze zresztą byłaś królową. Podobno Szastalski zupełnie

głowę stracił.

- I obaj jego równie nudni przyjaciele - wtrąciła panna Izabela z uśmiechem. -

Wszyscy trzej kochali się we mnie co wieczór, każdy oświadczał mi się w takich

godzinach, ażeby nie przeszkadzać innym, a później wszyscy trzej zwierzali się

przed sobą ze swoich cierpień. Ci panowie wszystko robią na spółkę.

- A ty co na to?

Panna Izabela wzruszyła ramionami.

- Ty mnie pytasz? - rzekła.

- Słyszałam również - mówiła pani Wąsowska - że Wokulski oświadczył się...

Panna Izabela zaczęła bawić się kokardą swej sukni.

- No, zaraz: oświadczył się!... Oświadcza mi się, ile razy mnie widzi: patrząc na

mnie, nie patrząc, mówiąc, nie mówiąc... jak zwykle oni.

- A ty?

- Tymczasem przeprowadzam mój program.

- Wolno wiedzieć, jaki?

- Owszem, nawet zależy mi, ażeby nie był tajemnicą. Naprzód, jeszcze u

prezesowej... Jakże ona się ma?