Выбрать главу

- Właśnie. Jest to mostek, po którym...

W tej chwili panna Izabela wstała nagle od swego stolika i podeszła do nich;

była wzburzona.

- Porzucasz mistrza? - spytała ją pani Wąsowska.

- Ależ to jest impertynent! - rzekła panna Izabela tonem, w którym czuć było

gniew.

- Bardzom kontent, kuzynko, że tak prędko poznałaś się na tym poliszynelu -

odezwał się Ochocki. - Może pani siądzie?

Ale panna Izabela rzuciła na niego piorunujące spojrzenie, zaczęła rozmawiać z

Malborgiem, który właśnie zbliżył się do niej, i odeszła do sali.

Na progu, spoza wachlarza, spojrzała w stronę Molinariego, który bardzo

wesoło rozmawiał z panną Rzeżuchowską...

- Zdaje mi się, panie Ochocki - rzekła pani Wąsowska - że prędzej zostaniesz

naszym Kopernikiem, aniżeli nauczysz się ostrożności! Jak mogłeś wobec

Izabeli nazwać tego pana poliszynelem?...

- Ona przecież nazwała go impertynentem...

- Niemniej interesuje się nim.

- No, proszę ze mnie nie żartować. Jeżeli nie interesuje się człowiekiem, który ją

ubóstwia...

- To właśnie będzie interesować się takim, który ją lekceważy.

- Pociąg do ostrych sosów jest oznaką nietęgiego zdrowia zauważył Ochocki.

- Która tu jest zdrowa! - rzekła pani Wąsowska, pogardliwie obwodząc

wzrokiem towarzystwo. - Podaj mi pan rękę i idźmy do salonu.

Na przejściu spotkali księcia, który z wielkim zadowoleniem przywitał panią

Wąsowską.

- Cóż, mości książę, Molinari?... - zapytała.

- Ma bardzo ładny ton... Bardzo...

- I będziemy przyjmować go u siebie?

- O tak... w przedpokoju...

W parę minut dowcip księcia obleciał wszystkie sale... Pani Rzeżuchowska z

powodu nagłej migreny musiała puścić gości.

Gdy pani Wąsowska rozmawiając po drodze ze znajomymi weszła z Ochockim

do salonu, zobaczyła już pannę Izabelę siedzącą w towarzystwie Molinariego.

- Kto z nas miał rację? - rzekła trącając Ochockiego wachlarzem. - Biedny

Wokulski!...

- Zapewniam panią, że jest mniej biednym aniżeli panna Izabela.

- Dlaczego?

513

- Bo jeżeli kobiety kochają tylko tych, którzy je lekceważą, to moja kuzynka

bardzo prędko będzie musiała oszaleć za Wokulskim.

- Powiesz mu pan?... - oburzyła się pani Wąsowska.

- Nigdy! Jestem przecie jego przyjacielem, a już to samo wkłada na mnie

obowiązek nieostrzegania o niebezpieczeństwach. Ale jestem także mężczyzną i

dalibóg, czuję, że gdy między mężczyzną i kobietą zacznie się tego rodzaju

walka...

- To przegra mężczyzna.

- Nie, pani. Przegra kobieta, i to na łeb na szyję. Przecież dlatego kobiety

wszędzie są niewolnicami, że lgną do tych, którzy je lekceważą.

- Nie bluźnij pan.

Ponieważ Molinari zaczął rozmawiać z panią Wywrotnicką, pani Wąsowska

zbliżyła się do panny Izabeli, wzięła ją pod rękę i zaczęły spacerować po

salonie.

- Pogodziłaś się jednak z tym impertynentem? - zapytała pani Wąsowska.

- Przeprosił mnie - odparła panna Izabela.

- Tak prędko? A czy choć obiecał poprawę?

- Moją będzie rzeczą, ażeby nie potrzebował się poprawiać.

- Był tu Wokulski - mówiła pani Wąsowska - i dosyć nagle wyszedł.

- Dawno?

- Kiedyście siedli do kolacji; stał nawet w tych drzwiach.

Panna Izabela zmarszczyła brwi.

- Moja Kaziu - rzekła - wiem, o co ci chodzi. Otóż oświadczam ci raz na

zawsze, że ani myślę wyrzekać się dla Wokulskiego moich sympatii i upodobań.

Małżeństwo nie jest więzieniem, a ja mniej niż kto inny nadaję się na więźnia.

- Masz słuszność. Czy jednakże dla kaprysu godzi się drażnić takie uczucia?

Panna Izabela zmieszała się.

- Więc cóż mam robić?

- To już od ciebie zależy. Jeszcze nie jesteś z nim związana...

- Ach, tak!... już pojmuję... - uśmiechnęła się panna Izabela.

Stojący pod oknem pan Malborg z panem Niwińskim przypatrywali się obu

damom przez binokle.

- Piękne kobiety! - westchnął pan Malborg. ,

- A każda w innym guście - dodał pan Niwiński.

- Którą byś wolał?

- Obie.

- A ja Izabelkę, a potem... Wąsowską.

- Jak one tulą się do siebie... jak się uśmiechają!... To wszystko, ażeby nas

podrażnić. Sprytne są te kobietki.

- A w gruncie mogą się nienawidzieć.

- No, przynajmniej nie w tej chwili - zakończył pan Niwiński.

Do spacerujących pań zbliżył się Ochocki.

- Czy i kuzynek należy do spisku przeciw mnie? - zapytała panna Izabela. ,

514

- Do spisku nigdy; mogę z panią być tylko w otwartej wojnie.

- Z panią? w otwartej wojnie?... Cóż to znaczy. Wojny prowadzą się w celu

zawarcia korzystnego pokoju!

- To nie mój system.

- Czy tak?... - rzekła panna Izabela z uśmiechem. - Więc załóżmy się, że

kuzynek złożysz broń; bo wojnę uważam już za rozpoczętą.

- Przegrasz ją, kuzynko, nawet w tych punktach, w których liczysz na

najzupełniejsze zwycięstwo - odpowiedział uroczyście Ochocki.

Panna Izabela sposępniała.

- Belu - szepnęła do niej przechodząca w tej chwili hrabina wyjeżdżamy.

- Cóż, Molinari obiecał?... - zapytała tym samym tonem panna Izabela.

- Wcale go nie prosiłam - odpowiedziała dumnie hrabina.

- Dlaczego, ciociu?...

- Zrobił niekorzystne wrażenie.

Gdyby doniesiono pannie Izabeli, że umarł Wokulski z powodu Molinariego,

wielki skrzypek nie straciłby nic w jej oczach. Ale wiadomość, że zrobił złe

wrażenie, dotknęła ją w niemiły sposób.

Pożegnała artystę chłodno, prawie wyniośle.

Pomimo znajomości trwającej ledwie kilka godzin Molinari żywo zainteresował

pannę Izabelę.

Kiedy późno wróciwszy do domu spojrzała na swego Apollina, zdawało jej się,

że marmurowy bożek ma coś z postawy i rysów skrzypka. Zarumieniła się

przypomniawszy sobie, że posąg bardzo często zmieniał fizjognomię; nawet

przez krótką chwilę był podobny do Wokulskiego. Uspokoiła się jednak uwagą,

że dzisiejsza zmiana jest ostatnią, że dotychczasowe jej upodobania polegały na

omyłkach i że Apollo, jeżeli mógł kogoś symbolizować, to tylko Molinariego

Nie mogła zasnąć, w sercu jej walczyły najsprzeczniejsze uczucia: gniew,

obawa, ciekawość i jakaś tkliwość. Czasem nawet budziło się zdumienie, kiedy

przypominała sobie zuchwałe czyny skrzypka. Przy pierwszych słowach

powiedział, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką zna; idąc na kolację namiętnie

przytulał jej ramię i oświadczył, że ją kocha.

A przy kolacji, bez względu na obecność Szastalskiego i panny Rzeżuchowskiej,

tak natarczywie szukał pod stołem jej ręki, że... cóż miała zrobić?...

Podobnie gwałtownych uczuć nie spotkała jeszcze nigdy. On naprawdę musiał

ją pokochać od pierwszego wejrzenia, szalenie, na śmierć. Czy jej wreszcie nie

szepnął (co nawet zmusiło ją do opuszczenia stolika), że bez namysłu oddałby

życie za kilka dni spędzonych z nią razem.