Выбрать главу

Dlaczego wzniosłe obietnice Chrystusa nie mają być spełnione; choćby przez

takich jak ja niedowiarków, skoro pobożni zajmują się czym innym?”

W tej chwili Wokulskiemu zrobiło się gorąco... Do stolika hrabiny zbliżył się

elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela

83

zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, który zawsze tak

zastanawiał Wokulskiego.

Na wezwanie hrabiny elegant siadł na tym samym fotelu, który niedawno

zajmował Wokulski, i zawiązała się żywa rozmowa. Wokulski nie słyszał jej

treści, tylko czuł, że w mózgu wypala mu się obraz tego towarzystwa.

Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wierzchu garścią imperiałów, dwa

świeczniki, dziesięć płomyków, hrabina odziana w grubą żałobę, młody

człowiek zapatrzony w pannę Izabelę i ona - rozpromieniona.Nawet ten

szczegół nie uszedł jego uwagi, że od blasku płomyków hrabinie świecą się

policzki, młodemu człowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy.

„Czy oni kochają się? - myślał. - Więc dlaczegóż by się nie pobrali?... - Może

on nie ma pieniędzy... Lecz w takim razie co znaczą jej spojrzenia?... Podobne

rzucała dziś na mnie. Prawda, że panna na wydaniu musi mieć kilku albo i

kilkunastu wielbicieli i wabić wszystkich, ażeby... sprzedać się najwięcej

ofiarującemu!”

Przyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna

Izabela i przystojny młodzieniec, i wszyscy troje z wielkim szelestem poszli ku

drzwiom zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam

młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała tymi samymi,

zupełnie tymi samymi spojrzeniami, które Wokulskiemu zachwiały rozum.

Wreszcie wszystko ucichło: hrabina i panna Izabela opuściły kościół.

Wokulski ocknął się i spojrzał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie

było.

„Jaka szkoda!” - szepnął i uczuł lekkie ściśnięcie serca.

Natomiast obok krzyża leżącego na ziemi wciąż klęczała młoda dziewczyna w

aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwróciła oczy na oświetlony

grób, jej także błysnęło coś na wyróżowanych policzkach. Jeszcze raz ucałowała

nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła.

„Błogosławieni, którzy płaczą... Niechże przynajmniej tobie zmarły Chrystus

dotrzyma obietnicy” - pomyślał Wokulski i wyszedł za nią.

W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała

go okrutna boleść na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za

majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec

jakiegoś wyższego trybunału może byłaby Iepszą i czystszą.

Na ulicy zrównał się z nią i zapytał:

- Dokąd idziesz?

Na jej twarzy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne

wejrzenie i odparła:

- Mogę pójść z panem.

- Tak mówisz?... Więc chodź.

Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku przechodniów obejrzało się za nimi.

84

„Trzeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego - pomyślał

Wokulski idąc w stronę sklepu. - Mniejsza o skandal, ale co, u diabła, za

projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty.

Wreszcie - wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli.”

Wszedł w bramę domu, w którym znajdował się sklep, i skręcił do pokoju

Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie i zobaczywszy

szczególną parę, rozłożył ręce z podziwu.

- Czy możesz wyjść na kilka minut? - zapytał go Wokulski.

Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnych drzwi sklepu i opuścił

pokój.

- Dwu? - szepnęła dziewczyna wyjmując szpilkę z kapelusza.

- Za pozwoleniem - przerwał jej Wokulski. - Dopiero co byłaś w kościeIe,

wszak prawda, moja pani?

- Pan mnie widział?

- Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć, z jakiego powodu?

Dziewczyna zdziwiła się i wzruszając ramionami odparła:

- Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta?

A przypatrzywszy się uważniej Wokulskiemu dodała:

- Ech! także zawracanie głowy... Dowcipny!

Zabierała się do odejścia, ale zatrzymał ją Wokulski.

- Poczekaj. Jest ktoś, który chciałby ci dopomóc, więc nie spiesz się i

odpowiadaj szczerze...

Znowu przypatrzyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na twarz wystąpił

rumieniec.

- Wiem - zawołała - pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy

obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo...

Jeździ powozem i siada w pierwszych rzędach w teatrze.

- Posłuchaj mnie - przerwał - i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele?

- A bo, widzi pan... - zaczęła dziewczyna i opowiedziała tak cyniczną historię

jakiegoś sporu z gospodynią, że słuchając jej Wokulski pobladł.

„Oto zwierzę!” - szepnął.

- Poszłam na groby - mówiła dalej dziewczyna - myślałam, że się trochę

rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości.

Zaczęłam prosić Pana Boga, ażeby albo starą choroba zatłukła, albo żebym ja od

niej wyszła. I widać Bóg wysłuchał, kiedy ten pan chce mnie zabrać.

Wokulski siedział bez ruchu. Wreszcie zapytał:

- Ile masz lat?

- Mówi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście.

- Chcesz stamtąd wyjść?

- A - choćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale...

- Cóż?

- Pewno nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętach sprowadzą mnie i

zapłacą jak wtedy w karnawale, com później tydzień leżała.

85

- Nie sprowadzą.

- Akurat! Mam przecie dług...

- Duży?

Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, skąd się wziął, bo za wszystko

płacę podwójnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten

pan ma pieniądze, to powiedzą, że ich okradłam, i narachują, ile im się podoba.

Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga.

- Powiedz mi, czy ty zechcesz pracować?

- A co będę miała do roboty?

- Nauczysz się szyć.

- To na nic. Byłam przecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie

wyżyje. Wreszcie - jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać.

Wokulski podniósł głowę.

- Nie chcesz wyjść stamtąd!

- Ale chcę!

- Więc decyduj się natychmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na

świecie chleba nie jada...

- I to nieprawda - przerwała. - Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniądze ma.

Nieraz też mówił, że mnie już o nic głowa nie zaboli...

- Nie pójdziesz do żadnego pana, tylko do magdalenek. Albo wracaj na miejsce.

- Magdalenki mnie nie wezmą. Trzeba zapłacić dług i mieć poręczenie...

- Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pójdziesz.

- Jakże ja do nich pójdę?

- Dam ci list, który zaraz odniesiesz, i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?..

- Ha, niech pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie.