Выбрать главу

jaszczykami. Idący ze mną w szeregu poczęli żegnać się: „ W imię Ojca i

Syna...” - Ten i ów popił z manierki.

Na lewo od nas huk wzmagał się: pojedynczych strzałów już nie można było

odróżnić. Nagle krzyknięto w przednich szeregach:

- Piechota!... piechota!...

Machinalnie schwyciłem karabin na tuj myśląc, że pokazali się Austriacy. Ale

przed nami oprócz wzgórza i rzadkich krzaków nie było nic. Natomiast na tle

grzmotu armat, który prawie przestał nas interesować, usłyszałem jakiś trzask

podobny do rzęsistego deszczu, tylko o wiele potężniejszy.

- Bitwa!... - zawołał ktoś na froncie przeciągłym głosem.

Uczułem, że mi na chwilę serce bić przestało, nie ze strachu, ale jakby w

odpowiedzi na ten wyraz, który od dzieciństwa robił na mnie dziwne wrażenie.

W szeregach pomimo marszu zrobił się ruch. Częstowano się winem, oglądano

broń, mówiono, że najdalej za pół godziny wejdziemy w ogień, a nade wszystko

- w grubiański sposób żartowano z Austriaków, którym nie wiodło się w tych

czasach. Ktoś zaczął gwizdać, inny nucił półgłosem ; stopniała nawet sztywna

powaga oficerów zamieniając się w koleżeńską zażyłość. Trzeba było dopiero

komendy: „ Baczność i cisza!...”, ażeby nas uspokoić.

Umilkliśmy i wyrównały się nieco pogięte szeregi. Niebo było czyste, ledwie tu

i ówdzie bielił się nieruchomy obłok; na krzakach, które mijaliśmy, nie poruszał

się żaden listek; nad polem, zarośniętym młodą trawą, nie odzywał się

wystraszony skowronek. Słychać było tylko ciężkie stąpanie batalionu, szybki

oddech ludzi, czasem szczęk uderzonych o siebie karabinów albo donośny głos

majora, który jadąc przodem, odzywał się do oficerów. A tam, na lewo,

104

wściekały się stada armat i lał deszcz karabinowych strzałów. Kto takiej burzy

przy jasnym niebie nie słyszał, bracie Katz, ten nie zna się na muzyce!...

Pamiętasz, jak nam wówczas dziwnie było na sercu?... Nie strach, ale tak coś

jakby żal i ciekawość...

Skrzydłowe bataliony oddalały się od nas coraz bardziej; wreszcie prawy

zniknął za wzgórzami, a lewy o paręset sążni od nas dał nurka w szeroki parów i

tylko kiedy niekiedy błysnęła fala jego bagnetów. Podzieli się gdzieś huzarzy i

armaty, i ciągnąca z tyłu rezerwa, i został sam nasz batalion, schodzący z

jednego wzgórza, ażeby wejść na drugie, jeszcze wyższe. Tylko od czasu do

czasu z frontu, od tyłu albo z boków przeleciał jakiś jeździec z kartką albo z

ustnym poleceniem od majora. Prawdziwy cud, że od tylu poleceń nie zamąciło

mu się we łbie!

Nareszcie, już była blisko dziewiąta, weszliśmy na ostatnią wyniosłość porosłą

gęstymi krzakami. Nowa komenda; plutony idące jeden za drugim poczęły

stawać obok siebie. Gdy zaś dosięgliśmy szczytu wzgórza, kazano nam pochylić

się i zniżyć broń, a w końcu przyklęknąć.

Wtedy (pamiętasz, Katz?) Kratochwil, który klęczał przed nami, wetknął głowę

między dwie młode sosenki i szepnął:

- Patrzajcie no!...

Od stóp wzgórza, na południe, aż gdzieś do krawędzi horyzontu ciągnęła się

równina, a na niej - jakby rzeka białego dymu, szeroka na kilkaset kroków,

długa - czy ja wiem - może na milę drogi.

- Tyralierzy!... - rzekł stary podoficer.

Po obu stronach tej dziwnej wody widać było kilka czarnych i kilkanaście

białych chmur, kotłujących się przy ziemi.

- To baterie, a tam płoną wsie... - objaśniał podoficer.

Wpatrzywszy się zaś lepiej, można było dojrzeć gdzieniegdzie, również po obu

stronach długiej smugi dymu, prostokątne plamy: ciemne po lewej, białe po

prawej. Wyglądały one jak wielkie jeże z połyskującymi kolcami.

- To nasze pułki, a to austriackie... - mówił podoficer. - No, no!... - dodał - i sam

sztab lepiej nie widzi...

Z tej długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie karabinowych

strzałów, a w tamtych białych chmurach szalała burza armat.

- Phy! - odezwałeś się wtedy, Katz - i to ma być bitwa?... Miałem się też czego

bać...

- Zaczekaj no - mruknął podoficer.

- Przygotuj broń!... - rozległo się po szeregach.

Klęcząc zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo się szczękanie

stalowych stempli i trzask odciąganych kurków... Podsypaliśmy proch na

panewki i znowu cisza.

Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi gościniec.

Spostrzegłem, że na jego żółtym tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce

utworzyły białą linię, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu leżącego o

105

kilkaset kroków na lewo od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem

sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas huknął

strzał armatni i nad białym oddziałem austriackim ukazał się siwy obłoczek

dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół

minuty - znowu strzał i znowu obłoczek...

- Her Gott!-- zawołał stary podoficer - jak nasi strzelają... Bem komenderuje

czy diabeł...

Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała

plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu

błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym...

trzeci dym... czwarty...

- Mądre bestie! - mruknął podoficer.

- Batalion!... naprzód marsz!... - wrzasnął ogromnym głosem nasz major.

- Kompania!... naprzód marsz!... Pluton!.. naprzód marsz!... - powtórzyli

różnymi głosami oficerowie.

Znowu uszykowano nas inaczej. Cztery środkowe plutony zostały na tyle, cztery

poszły naprzód, na prawo i na lewo. Podciągnęliśmy tornistry i wzięliśmy broń,

jak się komu podobało.

- Z górki na pazurki!... - zawołałeś wtedy, Katz.

A w tej chwili granat przeleciał wysoko nad nami i pękł gdzieś w tyle z wielkim

łoskotem.

Wtedy błysnęła mi szczególna myśl. Czy bitwy nie są hałaśliwymi komediami,

które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy?... To

bowiem, na co patrzyłem, wyglądało wspaniale, ale nie tak znowu strasznie.

Zeszliśmy na równinę. Od naszej baterii przyleciał huzar donosząc, że jedna z

armat zdemontowana. Współcześnie na lewo od nas padł granat ; zarył się w

ziemię, ale nie wybuchnął.

- Zaczynają nas lizać - rzekł stary podoficer.

Drugi granat pękł nad naszymi głowami i jedna z jego skorup padła

Kratochwilowi pod nogi. Pobladł, ale śmiał się.

- Oho!... ho!... - zawołano w szeregu.

W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na lewo, zrobiło się

zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi:

jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział trzymając się

rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do

mnie, alem go nie słyszał ; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam